Anders Bodegard: - Szymborska przed moimi tłumaczeniami była znana w Szwecji

sv.wikipedia.org
Anders Bodegard
Anders Bodegard sv.wikipedia.org
Z Andersem Bodegardem rozmawia Danuta Nowicka

Spotkaliśmy się telefonicznie. On, wielki tłumacz, a równocześnie "niewysoki mężczyzna o śmiejących się oczach" (jak ktoś zauważył), rozmawiał ze swojego domu w Sztokholmie podczas "najgorszej kwietniowej pogody, kiedy miasto przysypane jest śniegiem" (jak zauważył sam).

Kiedy usłyszał, że w Opolu temperatura dochodzi do 20 stopni i że zakwitły tulipany, zażartował: "Nie wierzę!". Więc porzuciliśmy temat pogody na rzecz literatury.

- Kraków, grudzień 1981. Ponuro, w sklepach puste półki, do tego przyjaciele internowani. A pan decyduje się zostać...
- Niedawno zostałem lektorem języka szwedzkiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wcześniej pracowałem we Francji, ale ciągnęło mnie do Polski.

- Sytuacja polityczna pana nie zniechęciła? Że nie wspomnę o skrajnym dyskomforcie, o nędzy w sklepach... Nie miał pan żadnych obaw?
- Czego właściwie miałem się bać? UJ załatwił mi mieszkanie, miałem kapitalnych sąsiadów, spotkałem się ze świetną młodzieżą, bardzo zainteresowaną Szwecją. Nie brakowało mi kolegów, a nawet przyjaciół. 12 grudnia ze studentami skorzystałem z zaproszenia ambasady szwedzkiej w Warszawie na "świętą Łucję", królową światła, którą u nas obchodzi się bardzo uroczyście, choć Szwecja to kraj protestancki. Nastał sobotni wieczór, było sympatycznie, a tu nagle - stan wojenny. Ambasador, który oczywiście trzymał stronę polskiej opozycji, nie krył oburzenia, my pociągiem wróciliśmy do Krakowa. Uniwersytet został zamknięty, zlecono mi ewakuację obywateli z krajów nordyckich. 17 grudnia przez Wiedeń wróciłem do Szwecji, ale najwcześniej, jak to było możliwe, pojawiłem się z powrotem. W lutym rozpoczęły się zajęcia; przypuszczałem, że studenci nie wrócą - po co studiować obcy język w warunkach izolacji, myślałem, sądząc, że podążam ich tropem - ale stało się na odwrót. Zająłem się kontaktami z opozycją, z pisarzami.

- Już przetłumaczył pan książeczkę o Solidarności?
- Właśnie zacząłem ją przekładać. Potem zabrałem się do tekstów ks. Tischnera.

- Nie ułatwił pan sobie zadania; nie była to literatura lekka ani przyjemna.
- A właściwie dlaczego miałem sobie ułatwiać? Wieczorami nie można było wychodzić z domu, czasu zbywało i dzięki temu ks. Tischner z czasem ukazał się w Szwecji. Komputerów jeszcze nie było, ale po byłej teściowej miałem maszynę do pisania, z której uzyskiwało się szesnaście kopii. Wystukiwałem teksty drugiego obiegu i stałem się bardzo popularny w Krakowie...

- Pańska sława rozpoczęła się wcześniej. Kiedy zaczął pan śpiewać...
- W bardzo dobrym chórze akademickim, "Organum", przy Klubie Inteligencji Katolickiej, działającym do dzisiaj. Przyjęli mnie, mimo że nie jestem katolikiem.

- Początkowo zajął się pan tłumaczeniem, żeby lepiej poznać Polaków, potem zainteresowała pana sama literatura. Co w niej miało taką siłę przyciągania?
- Przede wszystkim polska poezja, a w tamtych czasach powstało jej niemało. Pierwszym utworem, nad którym pracowałem, był "Raport z oblężonego miasta". Został opublikowany jako anonimowy, ale i tak wszyscy wiedzieli, że autorem jest Herbert. Potem przyszła kolej na Maja, Lipską, Zagajewskiego, Szymborską...

- Różewicza, Gombrowicza...
- To już trochę później.

- Jak przypuszczam, musiał się pojawić jakiś osobisty powód, dla którego zarzucił pana tłumaczenia z francuskiego na rzecz polskich.
- Zadecydowała przede wszystkim sytuacja w Polsce. Wszystko tu było zadziwiające. W efekcie trochę lepiej zrozumiałem wasz kraj w trudnym momencie polityczno-społecznym, ale i bez tego kontekstu. A i samego siebie.

- Polski przypadek we własnym życiu potraktował pan jako przygodę?
- Coś w tym rodzaju.

- Na czym polegają kłopoty przy tłumaczeniu z polskiego na szwedzki? Podobno podczas gdy my często posługujemy się zdaniami podrzędnie złożonymi, w języku szwedzkim takie konstrukcje występują okazjonalnie. Często pojawia się spójnik "oh", czyli "i".
- To prawda.

- Wypracował pan własny sposób na tłumaczenie?
- Jestem człowiekiem z gatunku "mówiących", w związku z czym wszystko, co przekładam, ma swoje brzmienie. Liczy się melodia, dźwięki, cała ta zawiła fonetyka. Jest taki piękny wiersz Szymborskiej "Utopia" i jeszcze na początku naszej znajomości spytałem ją, jak należy go czytać. Odpowiedziała, że ceni sobie naturalność i nie lubi aktorów, którzy interpretują tekst zbyt lirycznie, zbyt dramatycznie. Ucieszyłem się. To wyznanie ułatwiło mi pracę nad tłumaczeniem. Od tej pory zacząłem słyszeć jej głos.

- Szymborska stwierdziła, że to panu zawdzięcza Nobla.
- Powiedziała inaczej. Kiedy się o nim dowiedziała, była w Zakopanem. "To wina Andersa!" - wykrzyknęła wcale nie żartobliwie, bo naprawdę nie chciała tej nagrody. Oczywiście pomyliła się, bo jeszcze przed moimi tłumaczeniami była znana w Szwecji. Na początku lat siedemdziesiątych sześć jej wierszy znakomicie przetłumaczył krytyk i slawista Erik Mesterton.

- Powiedział pan o poezji Szymborskiej, że jest "lekka, tańcząca i zabawna".
- Dodam: i spokojna. Także - zajmująca. Nigdy nie przesadza. Nie tylko w limerykach potrafi bawić i zadziwiać. Bywa dobrotliwie ironiczna, przy czym ta ironia obejmuje także ją samą. Kiedyś powiedziałem, że twórczość Szymborskiej charakteryzują wyrazy na "i": ironia, iluzja, idiomatyczność. Szczególnie ważne jest to ostatnie. Miałem ogromny kłopot z tytułem "Wszelki wypadek", w którym wykorzystała popularne w języku polskim powiedzenie, usuwając słowo "na". W szwedzkim nie ma takiego wyrażenia, najbliższe wydaje się "blisko oka".

Anders Bodegard (ur. 1944) - szwedzki slawista, tłumacz literatury polskiej i francuskiej na szwedzki. Tłumaczył i spopularyzował w Szwecji m.in. twórczość Witolda Gombrowicza, Ryszarda Kapuścińskiego, Wisławy Szymborskiej, Ewy Lipskiej, Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego, ks. Józefa Tischnera. Laureat licznych nagród, w tym PEN Clubu, Instytutu Książki Transatlantyk. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi RP.

- To znaczy?
- Mniej więcej - "groźnie", ponieważ oko jest bardzo czułe. Nie odważyłem się zachować oryginalnego tytułu z obawy, że szwedzki czytelnik go nie zrozumie i zastąpiłem - "Nara ogat", czyli właśnie "Blisko oka".

- Mówi się o panu jako przyjacielu noblistki, jak i Ryszarda Kapuścińskiego.
- Byli bardzo różni, ale łączyło ich jedno - lubili innych. Mieszkałem niedaleko Szymborskiej, na Zakątku. Bodaj po roku poznałem ją osobiście, m.in. przez Ewę Lipską i Adama Zagajewskiego. Bywałem w jej mieszkaniu na Chocimskiej, więc miałem także okazję poznać Kornela Filipowicza. Traktowała mnie bardzo przyjacielsko, z wielką miłością, podobnie jak Kapuściński. Podczas niedawnej stypy, tak jak inni poproszeni o głos, miałem do dyspozycji trzy minuty. Posłużyłem się cytatem: "Wiesz, Andrzejku, miałam szczęście do ludzi".

- Było poznanie i było pożegnanie. 14 kwietnia poprowadził pan spotkanie w sztokholmskim Królewskim Teatrze Dramaten. Kiedy rozmawialiśmy dzień przed imprezą, zabrakło już biletów...
- Były kolejki do kas i przepełniona sala. Wytypowałem sześć osób spoza sceny i sześciu świetnych aktorów - każdy z nich zaprezentował jeden wiersz, z własnego wyboru. Przez dwie godziny nikt na widowni nawet nie zakaszlał, co jest bardzo dobrym symptomem, i nikt nie wyszedł. Czułem się bardzo szczęśliwy.

- Jak ma się polska literatura w Szwecji?
- Ceni się jej bogactwo i polityczność, w najlepszym sensie tego słowa. Także - odwołania do historii. Do tej pory nie mówiliśmy o Gombrowiczu, który został u nas odkryty jeszcze w latach 60. i z ogromnym sukcesem zagrany w Królewskim Teatrze. Tłumaczyłem go po powrocie z Polski. Ostatnio trzy tomy dzienników wydano w postaci pocket-booka. Kosztuje tyle, ile bilet do kina, co najlepiej świadczy o zainteresowaniu.

- Porzućmy temat literatury. Podobno słuchając Polaków, odnosił pan wrażenie, że się kłócimy. Nie drażni pana słowiańska egzaltacja?
- Raczej bawi. Jestem, jako jedyny cudzoziemiec, jurorem nagrody Kapuścińskiego za najlepszy reportaż literacki wydany w formie książki. Dyskusja czasami jest tak żywa, że brzmi jak kłótnia. W Szwecji w takich przypadkach czeka się na głos, w Polsce się wymusza, kiedy inni jeszcze mówią. Naprawdę bardzo śmieszne.

- A może coś z polskiej mentalności chciałby pan przenieść do mentalności Szwedów?
- Wolałbym nie wypowiadać się na ten temat. Nie wierzę w istnienie takiego zjawiska jak narodowa mentalność.

- Podobno podczas swojego pierwszego, studenckiego pobytu w Krakowie w 67 r. często odwiedzał pan kościół Mariacki i wpatrywał się w ołtarz Wita Stwosza.
- W stanie wojennym, kiedy wprowadzono tak wiele ograniczeń, kościoły były otwarte i wiele się w nich działo. To było bardzo piękne. Co do ołtarza... Zawsze wpadam do kościoła Mariackiego, kiedy jestem w Krakowie.

- Jak często wpada pan do Polski?
- Jak najczęściej. Wielokrotnie do Warszawy, Krakowa, do Wsoli koło Radomia, gdzie mieści się muzeum Gombrowicza. Za to od dawna nie byłem w Gdańsku.

- Jest takie miejsce, do którego szczególnie chętnie pan wraca?
- To się zmienia, bo i miasta się zmieniają, nie tylko w dobrym kierunku. Tragiczny, surowy widok krakowskiego Rynku z czasów stanu wojennego bardziej do mnie przemawiał niż współczesny z parasolami z reklamą coca-coli. Ale na szczęście stało się to, co się stało.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie