Arcybiskup Józef Michalik - stary szef, nowe wyzwania

fot. Archiwum
Przykłady widocznych świetnie z opolskiej perspektywy Kościołów niemieckiego czy holenderskiego pokazują, że próby schlebiania powszechnym przekonaniom i gustom nie zapełniają świątyń.
Przykłady widocznych świetnie z opolskiej perspektywy Kościołów niemieckiego czy holenderskiego pokazują, że próby schlebiania powszechnym przekonaniom i gustom nie zapełniają świątyń. fot. Archiwum
Mówienie, że abp Michalik będzie dobrym przewodniczącym episkopatu, bo pod jego rządami Kościołowi w Polsce nie grożą żadne wstrząsy, jest absurdalne. Mądry, solidny wstrząs ogromnie by się przydał.

Ponowne postawienie abpa Józefa Michalika na czele polskich biskupów najbardziej chyba zaskoczyło jego samego, skoro zdążył wcześniej wywieźć z Warszawy swoje rzeczy.

Z woli biskupów będzie je musiał ściągać z powrotem. Media oceniły ten wybór wyjątkowo zgodnie: biskupi, stawiając na nowego-starego przewodniczącego, opowiedzieli się za utrzymaniem status quo w Kościele w Polsce.

Część komentatorów poszła jeszcze dalej: Sytuacja naszego Kościoła jest dobra, nie trzeba niczego zmieniać.

Rozmowa, nie wojna

Z tą ostatnią hipotezą trudno - gdy ma się otwarte oczy - się zgodzić. Świat zmienia się bardzo szybko, a Kościół - chcąc nie chcąc - musi za nim nadążać. I nie chodzi wcale o to, że powinien się do świata na siłę upodabniać.

Przykłady widocznych świetnie z opolskiej perspektywy Kościołów niemieckiego czy holenderskiego pokazują, że próby schlebiania powszechnym przekonaniom i gustom nie zapełniają świątyń.

Tam, gdzie księża przestali mówić w kazaniach o Ewangelii i etyce, a by nie drażnić wiernych, chętniej zajmują się z ambony ekologią, nie ma masowych nawróceń. Także przymknięcie oka na przystępowanie do komunii bez spowiedzi nie przyniosło wzrostu eucharystycznej pobożności. Kto był daleko od Kościoła, daleko został. Wielu tych, co byli blisko, zniechęciło się, bo Kościół, który nie miał odwagi być znakiem sprzeciwu, przestał im być potrzebny.

Polska nie jest jeszcze Holandią, ale wielu Polaków też go już nie potrzebuje. Albo korzysta z Kościoła sporadycznie - przy okazji chrztu dziecka, śmierci rodziców czy święcenia pokarmów wielkanocnych. Nasza polska specjalność: praktykujący-niewierzący wydaje się szerzyć.

Nie należy jednak raczej oczekiwać, że Kościół w Polsce - niezależnie od tego, czy na jego czele stanąłby kardynał Dziwisz, czy któryś z trójki arcybiskupów: Michalik, Głódź, Nycz - zacznie z tego powodu mówić co innego niż dotąd o aborcji, eutanazji, karze śmierci czy metodzie in vitro. Ale nie jest obojętne także to, jak się mówi.

Na wieść o rozpoczęciu przez Ministerstwo Zdrowia dyskusji o eutanazji biskup Pieronek powiedział niedawno, że kto chce w tej sprawie wojny, będzie ją miał. Nie wiem, czy w obronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci trzeba prowadzić wojnę.

Wydaje się, że znacznie bardziej potrzebna jest stanowcza, ale spokojna argumentacja. Adresowana nie tylko do niewierzących, ale także do znacznej grupy ludzi szczerze przyznających się do Kościoła i równocześnie mających wątpliwości co do niektórych elementów jego nauczania. To jest jedno z wyzwań dla Kościoła w Polsce: jak mówić jasno, przekonująco, a bez agresji o swoich wymaganiach.

Czy katecheta wierzy?

W sprawach związanych z bioetyką Kościół odwołuje się nie tylko do Ewangelii, ale także do najnowszych osiągnięć specjalistycznej medycyny. Tylko kto o tym wie?

Wielu wierzących nie potrafiłoby choćby najprościej wytłumaczyć, dlaczego ich Kościół jest przeciw aborcji czy metodzie in vitro. Gorzej, jeśli nie tłumaczy tego także ksiądz. Powiedzenie: nie wolno, bo nie wolno, wielu ludziom nie wystarcza i trudno się dziwić.

A brak gotowości do dialogu charakteryzuje też często drugą stronę. Ileż razy słyszałem w dyskusji zdania typu: ty jesteś praktykujący katolik, więc musisz być przeciw aborcji, eutanazji, in vitro, karze śmierci (niepotrzebne skreślić). Tego, że nie tyle muszę, ile chcę i w dodatku wiem dlaczego, często mojego rozmówcy już nie interesowało.

Generalnie jednak katolicy w Polsce o swojej wierze wiedzą bardzo mało i to jest kolejne wielkie wyzwanie stojące przed Kościołem, Episkopatem Polski i jego przewodniczącym.

Nasze społeczeństwo przypomina trochę bohaterów "Rancza" uciekających w popłochu przed wikarym zadającym im przed sklepem w Wilkowyjach proste pytania, np. o imiona czterech ewangelistów. A trudno jest wierzyć, kiedy się nie wie, w Kogo i w co się wierzy. Zresztą żeby zobaczyć stan religijnej wiedzy i świadomości, nie trzeba koniecznie oglądać seriali. Statystyki nie kłamią.

Cztery piąte gimnazjalistów deklaruje wprawdzie wiarę w Boga (wśród dorosłych 90 procent), ale połowa z nich nie zna choćby najbardziej podstawowych modlitw. Za to 60 procent uczniów jest za antykoncepcją.

Takie wyniki badań każą pytać o skuteczność katechezy szkolnej i szczątkowej katechezy parafialnej. Biskupi i społeczeństwo są zgodni, że praktyki religijne nie powinny być oceniane na lekcjach religii. Ale trudno nie pytać, w jakim stopniu te lekcje są jeszcze przekazem wiary. Na ile katecheci świeccy i duchowni są jej autentycznymi świadkami, a nie tylko dostarczycielami wiedzy, którzy nie różnią się niczym od nauczycieli matematyki, historii czy wuefu. Poza tym, że postawiona przez nich ocena mniej się liczy.

Trudno się więc oprzeć wrażeniu, że jakaś reforma katechezy szkolnej w Polsce jest jednym z pilnych wyzwań dla biskupów.

Kto nauczy mamusię

Niepokojący stan religijności gimnazjalistów pokazuje ponadto, że gdzieś zerwała się transmisja wiary między rodzicami a dziećmi. A może przekaz został zakłócony, bo część rodziców nie ma już za bardzo czego transmitować.

Trudno dorosłemu zachęcać dziecko do modlitwy, jak się samemu nie modli, trudno mu rozmawiać z dziećmi o Bogu, gdy nie ma nic do powiedzenia. A skoro tak, to jak najszybciej potrzebna jest spójna koncepcja katechezy dorosłych.

Być może trzeba ją prowadzić z nowożeńcami przygotowującymi się do sakramentu małżeństwa (parę godzin nauk przedślubnych już chyba nie wystarczy). Na pewno z rodzicami uczniów przygotowujących się do I komunii i bierzmowania. Otwarte na dziś pozostają pytania: Jak to zorganizować przy zapracowaniu ludzi w Polsce? Jak zachęcić uczestników, by przyszli? Kto ma ich katechizować, skoro w większości naszych parafii pracuje jeden ksiądz i zwykle też nie brakuje mu zajęć. A może jest to pole do zaangażowania świeckich, zwłaszcza absolwentów wydziałów teologicznych, którzy połączą swoje fachowe przygotowanie z prostym, niehermetycznym językiem mówienia o Panu Bogu.

Oczywiście, biskupi o wszystkich tych problemach wiedzą. Nowo wybrany przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski mówił wprost, że największym wyzwaniem dla jego 5-letniej kadencji jest panujący w Polsce kryzys moralny. Ważne, żeby za tą świadomością poszły konkretne programy duszpasterskie, a potem ich realizacja. Mówienie, że arcybiskup Michalik będzie dobrym przewodniczącym, bo pod jego rządami Kościołowi w Polsce nie grożą żadne wstrząsy, jest absurdalne. Mądry, solidny wstrząs duszpasterski ogromnie by się przydał.

Papież to nie kremówki

Jedną z nie wykorzystanych inspiracji tego wstrząsu jest nadal Jan Paweł II. Póki co przeciętny Polak z jego nauczania często pamięta co najwyżej historyczne wezwanie Ducha Świętego wypowiedziane na placu Zwycięstwa w 1979 roku i wadowickie wspominki o kremówkach.

Serdecznie mało jak na blisko 30 lat pontyfikatu i tysiące zapisanych stron jego nauczania. I problem nawet nie w tym, żeby każdy chrześcijanin w Polsce przeczytał wszystkie jego encykliki. Dla wielu z nas są zwyczajnie za trudne. Ważniejsze, by w codziennym duszpasterstwie naśladować postawę papieża.

Z jednej strony stojącego mocno na gruncie kościelnego nauczania, z drugiej - otwartego na życzliwy dialog z myślącymi i odczuwającymi inaczej niż on. Wielkiego teologa i naukowca, ale i duszpasterza doceniającego służbę przy ołtarzu, w konfesjonale czy w kancelarii parafialnej oraz wrażliwego na działalność społeczną Kościoła na rzecz biednych, bezrobotnych, wykluczonych.

Z powodu tego pragnienia pójścia śladami Karola Wojtyły część środowisk w Kościele (m.in. grupa "Tygodnika Powszechnego") życzyła wyboru warszawskiemu biskupowi Kazimierzowi Nyczowi, byłemu biskupowi pomocniczemu w Krakowie.

A przed nowym przewodniczącym stoi znacznie więcej wyzwań. Mówi się, że wybrano go także dlatego, że utrzyma - mówiąc hasłowo - równowagę między Kościołami toruńskim i łagiewnickim i uchroni episkopat od rozłamu. Ale problem chyba nie tylko w równowadze.

Ważniejsze i trudniejsze będzie, by biorąc z Radia Maryja szczerą pobożność, nie stracić otwartości na świat "Tygodnika Powszechnego". Jeśliby się to udało, zyskałyby obie strony i Kościół w Polsce.

Problem jest zresztą szerszy: Jak sensownie prezentować Kościół w mediach, także świeckich. Bo skoro na niedzielną mszę przychodzi połowa Polaków, to druga połowa głosu z ambony nie usłyszy, ale gazetę czasem przeczyta albo zajrzy do internetu.

To wszystko zależy, oczywiście, nie tylko od abpa Józefa Michalika. Nie tylko dlatego, że przewodniczący KEP nie ma zbyt wielu uprawnień, a o pracy duszpasterskiej w diecezjach decydują poszczególni biskupi ordynariusze. Bo i oni wszystkiego nie załatwią. Matka Teresa z Kalkuty, pytana kiedyś przez dziennikarza, co trzeba zmienić w Kościele, odpowiedziała: ciebie i mnie. Trudno się z nią nie zgodzić. Ale abpowi Michalikowi i innym biskupom powodów do inspirowania zmian też pewnie nie braknie. Oby się odważyli.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie