Arka Noego pod Głuchołazami

Beata Cichecka
Osiem spośród dziesięciu koni wykupionych w poniedziałek od śmierci przez 15-letniego Kubę Stępniaka z Gdańska znalazło schronienie u Jerzego Bernackiego z Burgrabic.

Co roku z Europy Wschodniej eksportuje się do Unii Europejskej 100 tys. koni, z których 90 proc. pochodzi z Polski.

W Bodzentynie koło Kielc odbywa się jeden z największych w Europie targów koni rzeźnych. Kupują je tam na mięso zagraniczni odbiorcy, głównie Włosi. W miniony poniedziałek 15-letni gdańszczanin Kuba Stępniak kupił tu dziesięć koni, by uchronić je przed transportem na śmierć.
- Jestem szczęśliwy - powiedział - że zamiast na zagraniczne stoły zwierzęta te trafiły do hodowli, gdzie będą mogły spokojnie dożyć swoich dni i posłużą do hipoterapii dzieci chorych na autyzm czy porażenie mózgowe.

Kuba wydał na konie
50 tysięcy złotych.
30 tysięcy uzyskał z charytatywnego koncertu w obronie godności koni pod hasłem "Zwierzę też człowiek", który zorganizował jesienią ubiegłego roku w sopockiej Operze Leśnej. Jego przyjazd do Bodzentyna 25 lutego spowodował jednak raptowny wzrost cen koni na bazarze. Gdyby rolnicy żądali za te zwierzęta tyle samo, co w inne poniedziałki, to wystarczyłoby mi pieniędzy na więcej sztuk - twierdzi. Pierwszą 3-letnią klacz kupił od sołtysa z Tychowa koło Starachowic za 3.400 złotych. Pojechała ona wraz z siedmioma innymi końmi na Opolszczyznę, do Burgrabic w gminie Głuchołazy. Do ostatniego, dziesiątego zwierzęcia jego tato dołożył z własnej kieszeni prawie 2 tysiące złotych.

Uratuję te konie
Znajomość Jerzego Bernackiego z Kubą Stępniakiem zapoczatkował artykuł w "Super Exspressie", opowiadający o akcji charytatywnej nastolatka z Trójmiasta i okrutnym traktowaniu koni przeznaczonych na rzeź.
- Po przeczytaniu tego tekstu byłem tak wstrząśnięty, że nie mogłem spać - mówi pan Jerzy. Wycinek z artykułem oprawił w ramki i powiesił na ścianie.
- Te biedne zwierzęta śniły mi się po nocach. Widziałem je stłoczone w strasznych warunkach, odwodnione, poranione, chore, zmuszane siłą do wejścia do ciężarówki, biciem, kopaniem. Wyobrażałem sobie, jak odrąbują nogę koniowi, któremu kopyto zakleszczyło się w dziurawej podłodze ciężarówki. To było przerażające. W końcu zadzwoniłem do redakcji i zdobyłem numer Kuby. Od lipca wydałem krocie na telefony.
Jerzy Bernacki i jego żona Krystyna nigdy nie myśleli o prowadzeniu hipoterapii ani o czerpaniu z tego jakichś zysków.
- Chcieliśmy po prostu pomóc Kubie uratować te konie - mówi pani Krystyna. - To on namówił nas do otwarcia takiego ośrodka. Jak zobaczył, że mąż jest takim wielkim miłośnikiem zwierząt, to sam zaproponował, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i zająć się też pomocą chorym dzieciom. Zgodziliśmy się, a ja postanowiłam skończyć odpowiedni kurs. Z wykształcenia jestem inżynierem rolnikiem.

Na wsi zoo
Bernaccy kochają wszystkie zwierzęta. W ich gospodarstwie znajdują schronienie i opiekę psy, bezpańskie koty, potrącone przez samochód sarny, kozy, wietnamskie świnki, a nawet jeże, które latem przychodzą do nich całymi grupami na kozie mleko.
- Nie mamy dzieci, więc opiekujemy się zwierzątkami, jak możemy, a one okazują nam swoją wdzięczność - wyznaje Krystyna Bernacka. - Wszystkie zwierzaki żyją u nas zgodnie, biegają swobodnie po podwórzu i jadają z jednej miski. Nawet ludzie nie potrafią się tak dzielić. Mieszkańcy wsi mówią, że założyliśmy tu zoo i pytają, kiedy zaczniemy sprzedawać bilety. Prawda jest jednak taka, że zarazili się od nas tą chęcią opieki nad zwierzętami. Jak kupiliśmy kozy, to w całej wsi zapanowała moda na ich hodowlę i teraz są w co drugim domu.
Jerzy Bernacki zawsze marzył o koniach. Pierwszego odkupił od jednego z gospodarzy 12 lat temu.
- To był stary koń, schorowany, zabiedzony i trzymany w fatalnych warunkach - wspomina. - Jadł obornik spod siebie. Strasznie żal mi go było, więc wymieniłem na niego starego fiata kombi. Nie wiem, czy był tego wart, ale pożył u nas jeszcze 10 lat. Zdechł ze starości. Żeby kupić następnego, sprzedałem piękną, przedwojenną bryczkę. Niestety, musiałem się go pozbyć, bo był strasznie narowisty, połamał mi nogi i żebra, omal mnie nie zabił. Na kupno innego nie było mnie już stać. Jestem na emeryturze, a żona pracuje w sklepie. Jestem szczęśliwy, że Kuba obdarzył mnie takim zaufaniem.

Handlarze byli agresywni
Konie odebrał sam bezpośrednio z targu w Bodzentynie. Krystyna Sepniak, mama Kuby, która wspiera syna w jego przedsięwzięciach, wyjaśnia, że transport jest zbyt drogi, by mogli go charytatywnie zapewnić.
- Przewiezienie jednego konia kosztuje 2-2,5 tys. złotych - informuje. - Musieli o to zadbać sami obdarowani.
Zorganizowanie przewozu nie było łatwe.
- Załamałem się, kiedy w ostatniej chwili odmówiła mi pomocy stadnina w Prudniku, z którą wszystko było wcześniej nagrane - wzdycha Jerzy Bernacki. - Aż mi mowę odebrało, jak usłyszałem, że nic z tego, bo muszą przewieźć swoje konie na wyścigi. Przypomniałem sobie na szczęście o stadninie w Mosznej, która dała się ubłagać. Pani prezes Donimirska przełożyła o dzień własny wyjazd. Nie wiem, ile będzie mnie to kosztować. Na razie dałem tylko zadatek w wysokości 1.500 złotych.
W gospodarstwie Jerzego Bernackiego przebywają na razie dwie klacze - Laura i Zuza - oraz źrebak Filip. Pozostałe pięć koni Jerzy Bernacki umieścił u zaprzyjaźnionych gospodarzy w Burgrabicach, Biskupowie i Gierałcicach, do czasu przygotowania dla nich odpowiednich stanowisk.
- Zwierzęta są bardzo wychudzone, zabiedzone i nieufne - oceniają ich kondycję państwo Bernaccy. - Filip jest cały pogryziony, a te dwie klacze są dość krnąbrne, boją się ludzi, a na dodatek wzajemnie się nie lubią. Musiały być źle traktowane przez poprzednich właścicieli i dużo czasu będzie musiało upłynąć, zanim się z nami oswoją. A i na tym targu wszyscy wiele przeżyliśmy.
- Polskich chłopów nie stać na końską emeryturę - stwierdza Bernacki. - A że cienko przędą, wyzbywają się wszystkiego za grosze. Na koniach zarabiają natomiast handlarze. Ci byli wobec nas bardzo agresywni. Niektórzy próbowali ośmieszyć Kubę albo odmawiali mu sprzedaży. Padały głosy, że przejmuje się końmi, a dola bezrobotnych i biednych ludzi nie obchodzi go w ogóle. Inni mówili, że młokos doprowadzi jeszcze do zahamowania eksportu żywych koni na rzeź i pogrąży rolników w jeszcze większej biedzie. Bo jak Włoch nie przyjedzie do Bodzentyna, to nikt inny w kraju nie kupi konia za tę cenę. Dla nas podniesiono ją o tysiąc złotych na sztuce.
Bernaccy uważają, że dadzą sobie radę. - Wykarmienie konia kosztuje 10 złotych dziennie - szacuje pan Jerzy. - Przyjdzie lato, to będą pasły się na łące, gdzie już przygotowaliśmy dla nich kwatery. Owies nie jest drogi, posiejemy też buraki, kukurydzę. Teraz rolnictwo tak podupadło, że pola i łąki wszędzie leżą odłogiem. Można uprawiać na nich rośliny na paszę. To tylko kwestia ciężkiej pracy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie