Artur "Kornik" Sowiński: Zlekceważyłem Conora McGregora

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Artur Sowiński
Artur Sowiński Szymon Starnawski /Polska Press
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Na początku po utracie pasa była duża złość. Później udało się ją zamienić w motywację do działania. Chyba nawet dobrze, że przytrafiła mi się ta porażka. Zmobilizowała mnie do jeszcze mocniejszej pracy - podkreśla były mistrz KSW wagi piórkowej Artur Sowiński. "Kornik" po utracie tytułu powrócił na zwycięski szlak poddaniem Łukasza Chlewickiego w walce wieczoru kwietniowej gali KSW 38: Live in Studio. W obszernym wywiadzie mówi nam m.in. o planach odzyskania pasa, gali KSW na Narodowym i chęci zmierzenia się z Mariuszem Pudzianowskim, Popkiem czy "Hardkorowym Koksem". Wspomina też swój pojedynek z największą gwiazdą współczesnego MMA Conorem McGregorem.

Ile pizz zjadł Pan po poddaniu Łukasza Chlewickiego w walce wieczoru KSW 38: Live in Studio?
(śmiech) Dwie wpadły. Jedna koło południa, druga na dobranoc.

Szybka, efektowna wygrana była Panu potrzebna po porażce i utracie mistrzowskiego pasa KSW w grudniowej walce z Marcinem Wrzoskiem?
Po porażce zawsze fajnie jest wygrać. Najlepiej w dobrym stylu. Przed pojedynkiem wizualizowałem sobie różne scenariusze wygranej. Ale tak szybkiego zwycięstwa się nie spodziewałem. Poszło gładko, ale wcale nie było łatwo.

Mówi się, że prawdziwego mistrza poznaje się po tym, jak powraca po porażkach. Jak złość i podrażniona duma wpłynęły na Pana przygotowania do walki z Chlewickim?
Nikt nie lubi przegrywać, ja nie jestem wyjątkiem. Na początku była duża złość. Później udało się nam ją zamienić w motywację do działania. Wyznaczyłem sobie cele, do których teraz dążę. Chyba nawet dobrze, że przytrafiła mi się ta porażka. Zmobilizowała mnie do jeszcze mocniejszej pracy.

Na początku rozczarowanie było tym większe, że nie został Pan znokautowany czy poddany, lecz walkę przerwała interwencja lekarza?
Zgadza się. Ja zawsze chcę walczyć do końca. Kiedy pojedynek, zwłaszcza taki o pas, jest przerywany przez lekarza, będzie to budziło mój wewnętrzny sprzeciw. Nie mam do niego pretensji, wykonywał swoją pracę i w pełni rozumiem jego zachowanie. Ale wszyscy powinni też zrozumieć mnie. Jestem wojownikiem. Gdyby zdrowie było dla mnie najważniejsze, nie brałbym się za zawodowy sport, a tym bardziej MMA. Moim priorytetem jest zwyciężanie. Dlatego po decyzji lekarza czułem się okradziony. Ale nie rozpaczam nad tą porażką. Wiem, co straciłem. Teraz pracuję nad tym, by to odzyskać.

Od 2011 roku przez jakiś czas korzystał Pan z pomocy psychologa sportowego. Był pomysł, żeby wrócić do tej współpracy?
Nie, tym razem nie potrzebowałem takiej pomocy. Jestem już na tyle doświadczonym sportowcem i człowiekiem, by radzić sobie z porażkami. Bo przecież nie zdarzają się one tylko w sporcie, ale też w życiu prywatnym. Czasami upadamy, wtedy trzeba się podnieść i iść dalej. Z porażek można wyciągnąć wiele dobrych wniosków. Nauczyć się czegoś, czego nie dałoby nam zwycięstwo. Tak do tego podszedłem. Jasne, na początku była złość i czarne myśli. Ale to też pokazuje, jak bardzo zależy mi na wygrywaniu. Gdybym nie przeszedł okresu załamania i zwątpienia, coś byłoby nie tak.

Podobno pomogli Panu też internetowi hejterzy, których wpisy jeszcze bardziej Pana motywowały?
Zdecydowanie. Jestem spełnionym człowiekiem. Robię to co kocham i nie potrzebuję niczego nikomu udowadniać. Ale w gorszych chwilach, kiedy widzę negatywny komentarz, pojawia się we mnie głos mówiący „Tak? Ja ci pokażę!” (śmiech)

Co teraz? Skupia się Pan tylko na rewanżu z Wrzoskiem czy dopuszcza możliwość innej walki?
Mam w głowie tylko walkę o pas. Marcin ma przed sobą pojedynek z Kleberem Koike Erbstem podczas gali na PGE Narodowym. To bardzo wymagający przeciwnik. Nie lubimy się z Wrzoskiem, ale trzymam za niego kciuki. Chciałbym, żeby pasy KSW były w polskich rękach. Mam nadzieję, że w maju obroni tytuł i kolejną walkę stoczy już ze mną. A wtedy wszystko potoczy się już jak powinno.

Po walkach z Wrzoskiem i Koike twierdzi Pan, że Polak wcale nie będzie faworytem. Co musi zrobić, by zneutralizować parter Japończyka?
To nie tylko moja opinia, faworytem bukmacherów też jest Koike. To magiczny zawodnik. Wspaniały w parterze, w stójce chaotyczny, ale jego ciosy i tak dochodzą celu. Jest bardzo niebezpieczny, zawsze dąży do skończenia walki przed czasem. Wierzę w to, że Marcin podejdzie do tej walki poważnie. Jeśli przygotuje dobrą taktykę i będzie się jej trzymał, jest w stanie wypunktować Klebera. A może nawet skończyć go przed czasem ciosami.

W wadze piórkowej poza Wrzoskiem, Panem, Koike i Chlewickim są jeszcze młodzi Roman Szymański i Filip Wolański, bez problemów do tej kategorii mógłby pewnie wrócić Anzor Ażyjew. Dywizja do 66 kg jest według Pana najlepiej obsadzona w KSW?
Zdecydowanie tak. Ta kategoria bardzo długo się rozwijała, do listopada 2015 roku czekaliśmy na pierwszą walkę o pas, którą wygrałem z Kleberem. W tym momencie w wadze do 66 kg jest mnóstwo dobrych zawodników. „Sasza” Chlewicki zszedł z kategorii lekkiej i ma teraz dwie porażki z rzędu, ale w moich oczach to wciąż bardzo solidny zawodnik. Mimo dojrzałego wieku będzie jeszcze walczył o miejsce w topie dywizji piórkowej.

Wielkimi krokami zbliża się gala KSW Colosseum. Pan bił się na kameralnej gali studyjnej, ale na każdym kroku podkreśla, że jest z tego bardzo zadowolony.
Pewnie. Byłem twarzą gali transmitowanej w otwartym Polsacie. A na Narodowym bym zniknął wśród innych. Kto pamięta pierwsze walki znakomitych gal, choćby tej, na której Mamed Chalidow walczył z Michałem Materlą? Ja się tam biłem, więc co nieco kojarzę, ale trudno mi wymienić wszystkich zawodników, którzy tam wystąpili. Zwłaszcza w pojedynku otwierającym galę, bo pewnie walczyłbym gdzieś na początku. Do tego w pay-per-view obejrzałoby mnie mniej ludzi. Dlatego cieszę się, że walczyłem na KSW 38. Miło jest, kiedy twoja twarz jest na plakacie gali KSW. A w przypadku Colosseum trudno byłoby mi się tam załapać. Tak wiele wyśmienitych nazwisk zawalczy w maju na Narodowym.

Gdyby była konieczność zastąpienia Wrzoska czy Koike, byłby Pan gotowy wskoczyć w miejsce któregoś z nich?
Myślę, że dałbym radę. Ale nie chcę deklarować, że będę szykował się na zastępstwo na galę na Narodowym. Do każdej walki człowiek przygotowuje się inaczej. Trening, gdy nie ma się zakontraktowanej walki, to nie to samo co pod konkretnego rywala. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi mistrzowski pas. Gdybym miał pojawić się na Narodowym jako zastępstwo, moja motywacja, a co za tym idzie przygotowanie, mogłoby nie być odpowiednie. Dlatego nie życzę nikomu kontuzji. Niech wygra lepszy. I od razu szykuje się na pojedynek ze mną.

Na Narodowym wystąpią też inni zawodnicy, z którymi od dawna chce się Pan zmierzyć - Mariusz Pudzianowski, Popek, Hardkorowy Koksu. Przed galą dzwoni telefon, może Pan walczyć z którymś z nich. Zgadza się Pan?
Na taką walkę byłbym nawet bardziej chętny niż na pojedynek o pas. Po prostu nie musiałbym zbijać wagi. A na Burneikę czy Popka moja forma z okresu roztrenowania w zupełności by wystarczyła. W taką walkę mogę wskoczyć z luźnych treningów i ich pojechać. Wiem, że wielu hejtuje mnie za wyzywanie do walki takich postaci ze świata wagi ciężkiej. Ale umówmy się, to nie są żadni zawodnicy. Ze sportami walki ci panowie mają bardzo niewiele wspólnego. Masą i siłą mnie przewyższają, ale w walce liczą się też umiejętności techniczne, doświadczenie, wytrzymałość czy kondycja. Zdecydowanie więcej atutów jest po mojej stronie. O ile rozumiem, że niektórzy mają wątpliwości, czy dałbym radę Pudzianowi, to w przypadku walki z Popkiem czy Hardkorowym Koksem jestem stuprocentowym faworytem. Wiem, że ludziom nie podoba się, że tak mówię. Ale to moje marzenie – u schyłku kariery walczyć z przeciwnikami z wagi ciężkiej. Wydaje mi się, że to jak najbardziej do spełnienia.

Co z Pudzianowskim? On trenuje już od ponad ośmiu lat, mierzył się z takimi nazwiskami jak Tim Sylvia, James Thompson, Peter Graham czy Marcin Różalski. Co prawda z każdym przegrał, ale jemu miano stuprocentowego zawodnika już się chyba należy?
Jak najbardziej, Pudzian ma zdecydowanie najwięcej argumentów, z którymi musiałbym się zderzyć i jakoś na nie odpowiedzieć. Po stronie panów, o których mówiłem wcześniej, takich nie widzę. To nie brak skromności, ale realna ocena moich i ich umiejętności.

Mimo wszystko takie postacie są potrzebne. Gdyby nie Pudzian, nie byłoby boomu na MMA w Polsce. Popek czy Burneika też pewnie sprzedadzą sporo biletów i pay-per-view.
Oczywiście. To, że wyzywam Mariusza do walki, nie świadczy o tym, że go nie szanuję czy nie jestem mu wdzięczny za to, co zrobił dla polskiego MMA. Bo to dzięki niemu mogę teraz żyć tylko z walk. Pudzian to wszystko rozumie. Kiedy się widzimy, zawsze wymienimy kilka zdań i uściśniemy dłonie. Pełen szacunek, nikt nie musi nas rozdzielać. (śmiech) Podziwiam Mariusza jako osobę i sportowca. Po prostu uważam, że w walce ze mną nie miałby tak łatwo, jak się niektórym wydaje.

Jeśli nie wystąpi Pan na Narodowym jako zawodnik, to może usłyszymy Pana głos? Łukasz Jurkowski będzie walczył na gali, a Pan ma doświadczenie w komentowaniu, dzień po KSW 38 usiadł Pan za mikrofonem podczas gali Ladies Fight Night, wcześniej komentował m.in. gale Spartan Fight.
Faktycznie, ostatnio coraz częściej wskakuję w rolę komentatora. Sprawia mi to olbrzymią frajdę, to super sprawa. Ale nic mi nie wiadomo o tym, że miałbym zamienić się rolami z "Jurasem". Podejrzewam, że KSW już wybrało jego zastępstwo i nie wystąpię w roli komentatora KSW 39. Ale na pewno odwiedzę PGE Narodowy i będę gościem gali.

W zestawieniu najczęściej pojawiających się w zeszłym roku w mediach zawodników KSW był Pan trzeci, za Pudzianem i Popkiem, a przed takimi gwiazdami jak Chalidow czy Materla. Czuje się Pan jedną z twarzy KSW?
To bardzo miłe. Ale mówiąc szczerze nie czuję się aż trzecią twarzą KSW. (śmiech) Na pewno walczę już dla KSW tak długo, że jestem jedną z twarzy federacji. Dzięki temu mogłem być zawodnikiem, który „ciągnął” kwietniową galę. KSW to największa organizacja w Europie, bycie jej częścią to już duży sukces. Zostanie pierwszym mistrzem wagi piórkowej – jeszcze większy. A bycie jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych zawodników bardzo cieszy.

Był Pan chyba pierwszym polskim zawodnikiem, który miał pomysł na to, jak „sprzedać się” medialnie. Każdy otwarty trening czy ważenie to w Pana wykonaniu show, lubi Pan udzielać się w mediach, ma też świetny kontakt z kibicami na Facebooku czy Instagramie. Skąd pomysł na takie ubarwienie swojego wizerunku?
To siedziało we mnie od zawsze. Ale przed długi czas powstrzymywałem się, bo myślałem że mi nie wypada. Że jeśli ktoś może powygłupiać się na media treningu, to np. Mamed czy Michał. Na szczęście z czasem wszystko sobie ułożyłem w głowie. Jestem na tyle spełnionym i szczęśliwym człowiekiem, że robię to, na co mam ochotę. Kiedy chcę zrobić jaja na media treningu, spiąć się z kimś na ważeniu albo nawiązać kontakt z publicznością podczas walki, nikt mi tego nie zabroni. Dla mnie to też coś fajnego, mam dzięki temu dodatkowe emocje i adrenalinę.

Kiedy ktoś porównuje Pana do Conora McGregora, który jest mistrzem w sprzedawaniu swoich walk, jak Pan reaguje?
Zazwyczaj porównują nas ze względu na brodę. Tylko że teraz jakieś 80 proc. zawodników MMA ma brody, pozostali są zbyt młodzi i jeszcze im nie wyrosły. (śmiech) Do tego tak jak Irlandczyk często ubieram się w koszulę albo marynarkę. Ale kto nie lubi dobrze wyglądać? M.in. dzięki wspomnianemu Pudzianowi w MMA pojawiły się lepsze pieniądze, więc coraz częściej mogę sobie na to pozwolić. Porównania do Conora traktuję jako komplement, w końcu to persona numer jeden w świecie MMA. Ale też z lekkim przymrużeniem oka. Nie jestem ani tak dobrze ubrany, ani tak bogaty jak on. (śmiech) Pod względem bycia showmanem też dużo mi do niego brakuje. Conor jest niezwykle wygadany, wiele potrafi sobie wyszczekać. Mnie trash talking zawsze wychodził słabo. Nie czuję potrzeby słownych przepychanek z rywalem, jeśli mamy sobie coś udowodnić, zróbmy to w klatce.

Pan walczył z McGregorem w 2011 roku. Jak wspomina Pan ten pojedynek?
Źle, bo przegrałem. (śmiech) Po walce w jakimś wywiadzie powiedziałem, że Conor na pewno trafi do UFC i zostanie mistrzem. Muszę znaleźć tę wypowiedź i pokazać wszystkim, że już w 2011 roku się na nim poznałem!

„Notorious” już wtedy zapowiadał się na tak wielką gwiazdę?
Zdecydowanie. Walczyliśmy w Dublinie, dla mnie był to trzeci pojedynek na Wyspach. Polonia zawsze chętnie przychodziła mi kibicować. Nie powiem, że byłem gwiazdą, ale rozpoznawalną osobą na pewno. Do Conora nie miałem jednak żadnego porównania, on był tam już młodym bogiem. (śmiech) Wszyscy mówili tylko o nim. Nie bez powodu. Facet ma w dłoniach cegły. Pamiętam, że po naszej walce głowa pękała mi przez dwa tygodnie. To był twardy pojedynek. Na początku mogłem go udusić, ale nie wykorzystałem swojej szansy. Przez kilka następnych minut z tego powodu cierpiałem, dostałem straszne bęcki w stójce.

Kiedy McGregor był skonfliktowany z UFC, współwłaściciel KSW Maciej Kawulski zatweetował do niego, że daje mu trzy miliony dolarów za walkę z Panem o pas KSW. Jak widziałby Pan swoje szanse z Irlandczykiem zanim przeszedł do wagi lekkiej?
Na pewno miałbym większe szanse niż w naszej pierwszej walce. Przyznaję, trochę zlekceważyłem wtedy Conora. Jakkolwiek by to teraz nie brzmiało. (śmiech) Wzięliśmy ten pojedynek trzy tygodnie po KSW 16, na którym wygrałem po decyzji sędziów. Kiedy zadzwonili z Irlandii, czy nie przylecę na walkę z jakimś Conorem McGregorem, zgodziłem się. Nie miałem żadnej kontuzji, ale każdy pojedynek wiąże się z dużym stresem i obciążeniem psychicznym. Zawodnik potrzebuje później chwili oddechu, by napięcie z niego zeszło. Biorąc kolejną walkę nie mogłem sobie na to pozwolić, trzeba było znów wskoczyć w okres przygotowawczy. Człowiek miał już dość sali treningowej. A był maj, wychodziło słoneczko... Trudno zmusić się do czegoś, co robiło się już praktycznie przed chwilą. Do tego mój przeciwnik na KSW był praworęczny, a Conor to mańkut. Musieliśmy opracować zupełnie nową strategię, zaprosić innych sparingpartnerów itd. Z perspektywy czasu uważam, że wzięcie walki z Conorem było złą decyzją. Nie byłem do niej właściwie przygotowany.

Pana nie ciągnie do UFC? Znalazłem wywiad z Panem z początków występów dla KSW. Mówił Pan, że MMA uprawia się kilkanaście lat, a optymalną formę osiąga w wieku lat 30. Dlatego chciał Pan wtedy być w UFC, bo tam walczą najlepsi na świecie.
Mnie w KSW jest bardzo dobrze. Poza tym UFC to nie gwiazdka z nieba. Nawet jeśli powiem, że chcę tam iść, nie znaczy to że za chwilę zadzwonią czy wyślą kontrakt pocztą. Poza tym wydaje mi się, że mój rekord jest zbyt mocno skażony porażkami, żebym był zawodnikiem atrakcyjnym dla UFC. W Polsce jestem rozpoznawalny, w UFC jestem pewnie kojarzony z KSW, ale szum medialny wokół mnie tam nie dotrze. Łatwiej zakontraktować im kogoś z rekordem 5-0, który ładnie wygląda na papierze. Po kolejnych zwycięstwach można takiego zawodnika wypromować na gwiazdę. A stary wyjadacz jak ja nie dość, że ma porażki w rekordzie, to jeszcze zażąda większych płac. Dlatego niestety nie jestem zbyt atrakcyjnym celem dla UFC.

Rozmawiał Tomasz Dębek
Obserwuj autora artykułu na Twitterze

Druga część wywiadu z Sowińskim w przyszły poniedziałek. "Kornik" opowie m.in. o swoich piłkarskich początkach w Ruchu Radzionków, fascynacji mieszanymi sztukami walki, dorabianiu na starcie kariery w MMA, łamaniu stereotypów i zespole Loa Karma, w którym gra na gitarze basowej.

Kolejna gala KSW odbędzie się 27 maja na PGE Narodowym. Dla naszych czytelników, którzy nie mają jeszcze biletów na KSW Colosseum przygotowaliśmy specjalny sektor, z którego z bliska będą mogli oglądać popisy Mameda Chalidowa, Borysa Mańkowskiego, Marcina Różalskiego, Mariusza Pudzianowskiego i pozostałych bohaterów majowej gali.

Zakupu biletów można dokonać tylko na stronie eBilet.pl!
Aby zakupić bilety na sektory dla czytelników Sportowy24, należy w lewym menu w ofertach specjalnych kliknąć PlPress – Sportowy24, wybrać miejsce, wpisać kod dostępowy PLPRESS i dokonać zapłaty.

Miejsca dla czytelników Sportowy24 są blisko sceny (widać je po kliknięciu naszej oferty specjalnej), a tak dobre siedzenia w innych sektorach już się praktycznie wyprzedały.

Wideo

Materiał oryginalny: Artur "Kornik" Sowiński: Zlekceważyłem Conora McGregora - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie