Boliwia. Piękny kraj biednych ludzi

archiwum prywatne
Nawet w niezamożnej Boliwii przy szczególnej okazji - a taką zawsze jest przyjazd biskupa do parafii - rodzice dbają, by dzieci były ubrane odświętnie. Biskup Antoni Reimann w ostatnim rzędzie drugi z lewej.
Nawet w niezamożnej Boliwii przy szczególnej okazji - a taką zawsze jest przyjazd biskupa do parafii - rodzice dbają, by dzieci były ubrane odświętnie. Biskup Antoni Reimann w ostatnim rzędzie drugi z lewej. archiwum prywatne
Tu jak pada deszcz i jest zimno, ludzie nie przyjdą do kościoła, choćby i biskup do nich przyjechał. Boją się przemoknąć, bo wielu ma tylko jedno ubranie. Tym biskupem jest o. Antoni Reimann z Opolszczyzny.

Ojciec Antoni pochodzi z parafii Ligota Turawska. Podczas niedawnego pobytu w rodzinnych stronach obchodził na Górze św. Anny 10-lecie święceń biskupich. Kiedy pytam go, co jest podobnego w Boliwii i w Polsce, zamyśla się na chwilę. A potem mówi, że tacy sami są na pewno ludzie. Ale poza tym wszystko jest inaczej.

Parafia długa na 200 km
Choćby parafia. Może rozciągać się np. 80 kilometrów na północ od kościoła i 120 kilometrów na południe. A między tym prawie 50 wiosek. I jeden ksiądz. Misjonarz jeździ po niej konno lub samochodem. Takich parafii w liczącym 80 tys. kilometrów kwadratowych (to z grubsza tyle, co jedna czwarta powierzchni Polski) wikariacie Nuflo de Chavez, którego pasterzem jest o. Antoni, jest mniej niż 20. Bo i wszystkich księży diecezjalnych jest właśnie tylu - sześciu Boliwijczyków i czternastu misjonarzy z Europy. Ten czternasty, ks. Piotr Wojtala pochodzący z Szymiszowa, dołączył dosownie kilka dni temu. Do tego dochodzi kilka żeńskich i męskich placówek zakonnych.

Boliwia różni się też od Polski klimatem. Zamiast naszych czerech pór roku, mieszkańcy wikariatu bpa Reimanna mają dwie - suchą i deszczową (wiakariat to taki młodszy brat diecezji podlegający bezpośrednio Stolicy Apostolskiej - przyp. red.). Tę drugą - między listopadem a kwietniem - charakteryzują wysokie temperatury do 38-40 stopni i częste deszcze. W porze suchej, jak u nas zaczyna się wiosna, tam robi się chłodno, ale bywa, że i wtedy znad Argentyny wiatr przywieje opady.
- I właśnie wówczas ludzie nie przyjdą do kościoła, nawet jeśli przyjeżdżam na bierzmowanie - mówi bp Reimann. - Większość z nich ma tylko jedno ubranie. Jak przemokną, nie mają się w co przebrać. Rozumiem to i cierpliwie czekam. Nie tylko na zmianę pogody. Bywa i tak, że udzielanie bierzmowania ma się zacząć na przykład o 17.00. Tuż przed wskazaną godziną przychodzi 2-3 chłopaków. Proszą, żeby poczekać, bo jeszcze nie przyjechali ich padrino - świadkowie. Dlaczego nie wezmą innych? Bo właśnie tamci mają przywieźć dla swoich podopiecznych nowe spodnie.

Mieszkańcy tego rejonu Boliwii są biedni, ale na ogół nie głodują. W górach - 3 tysiące metrów nad poziomem morza - brakuje ziemi pod uprawę i deszczów, które mogłyby ożywić tę ziemię, która jest. Zimą temperatura potrafi spaść do minus dwudziestu. Więc ludzie stamtąd uciekają na niższe tereny. Charaktery mają twarde, nawykłe do walki o swoje, jak to górale. Boliwijczycy mieszkający na południu, niżej, przez wieki nie walczyli o nic. W tym klimacie wystarczyło grzebnąć patykiem w ziemi i coś zawsze urosło. Kto chciał zjeść, polował w lesie lub łowił ryby w rzece. Ale czasy się zmieniły. Ekologia, a raczej jej brak - w Ameryce Południowej zrobił swoje. Lasów gwałtownie ubyło.
Samą koką nie wyżyjesz

Reformę rolną przeprowadzono tam jeszcze w latach 50. Ale od tamtego czasu wielu obdarowanych ziemią zabraną obszarnikom już dawno ją utraciło. Na rzecz poprzednich lub całkiem nowych właścicieli. Bo też zwykle nie mieli jej czym uprawiać. A według miejscowego prawa ziemia należy właśnie do tego, kto zajmuje się uprawą. W dodatku wielu prostych ludzi nie miało uregulowanych spraw własności i im najłatwiej było ją odebrać. Ci ludzie nie mają dziś ani oszczędności, ani wizji na przyszłość. Żyją z dnia na dzień.

Razem z nimi żyje tu także Kościół. Biskup jego rolę opisuje krótko: Pan Jezus przyszedł do nas i stał się dla nas darem. Staramy się go zanieść tym ludziom.

Misjonarze, co oczywiste, odprawiają msze, spowiadają, chrzczą i głoszą kazania. Ale w Boliwii nie wystarczy samo nauczanie o Panu Bogu. Trzeba też prowadzić szkoły, zakładać szpitale, organizować warsztaty dla kobiet i Bóg wie, co jeszcze. Państwo płaci pensje lekarzom i nauczycielom, ale resztę bierze na siebie Kościół.

- Staramy się łączyć ewangelizację z solidarnością z ludźmi, czyli z działalnością społeczną - mówi biskup Antoni. - A to oznacza, że przy każdej parafii od początku istnienia naszego wikariatu działał mały szpital, przychodnia lekarska dla chorych i szkoła. Dopiero z czasem szpitale i szkoły zaczęło budować państwo, a niektóre placówki kościelne przejmować.
Problemów społecznych w Boliwii nie brakuje. Jednym z nich są narkotyki.
- Cocaleros mogą legalnie uprawiać jeden hektar koki - opowiada biskup - nasi ludzie żują jej liście od wieków. Ale kto stymuluje organizm głównie nimi i zaniedbuje jedzenie, zwykle nie dożywa pięćdziesiątki. Ale prawdziwym problemem nie jest koka, tylko kokaina, za produkcją której stoi mafia.
Miejscowy Indianin, który zatrudni się przy wytwarzaniu kokainy, w jedną noc zarobi więcej niż przez miesiąc w zwykłej robocie, więc zwykle nie pyta, ile na tym narkotyku zarobi ten, kto go najął. Dla bezrobotnych rodziców wielodzietnych rodzin jest to pokusa prawie nie do odparcia. Do przenoszenia kokainy z Boliwii do Chile zatrudnia się 10-12-letnie dzieci. Jeśli nawet zostaną złapane, z powodu wieku nie odpowiadają przed sądem.

Barok po indiańsku
- Ani państwo, ani Kościół nie są wobec tego problemu bierne - zapewnia biskup. - Poprzedni rząd stworzył program tworzenia na dobrych glebach, gdzie rośnie koka, plantacji bananów, pomarańczy oraz powstawania zakładów przetwórczych, żeby stworzyć alternatywę dla pracy przy kokainie.
Wikariat utworzył i prowadzi szkołę zawodową. Młodzi chłopcy w ciągu 2-3 lat uczą się zawodu stolarza, murarza czy mechanika samochodowego. Dyplom kościelnej placówki jest tu dowodem, że człowiek został przygotowany solidnie, a to zwiększa szanse na rynku pracy. Popołudniami w tej samej placówce szycia, gotowania, malowania i obsługi komputera uczy się 180 kobiet.

- Ponadto bezhabitowe siostry z Walencji prowadzą u nas szkołę dla dziewcząt. Mają po 18-20 lat. Na tyle wcześnie zostały matkami, że nie zdążyły nawet skończyć podstawówki. Wiele z nich doprowadziliśmy do matury, a niektóre już studiują i z nich jestem bardzo dumny - mówi biskup Reimann.

Inną dumą wikariatu jest instytut muzyczny w Guajaros dla około 400 dzieci. Przez osiem lat uczą się gry na - sprawadzanych z Europy - instrumentach, od trąbki po pianino. W instytucie działa m.in. znakomity zespół muzyki barokowej, wykonujący nie tylko XVII-wieczną muzykę europejską, ale i pochodzące z tego samego okresu utwory indiańskie.

- Trochę jak w głośnym filmie "Misja" - śmieje się bp Antoni Reimann - opowiadającym o misji jezuitów w Paragwaju. Misjonarze już wtedy trafnie zauważyli, że Indianie są niezwykle muzykalni. Także w Boliwii komponowali i grali ze słuchu, a misjonarze notowali ich muzykę znanym nam zapisem nutowym. Najbardziej znanym z nich jest jezuita, o. Cosipoli. Ta muzyka przeżywa dzisiaj swój renesans. Bo to jest barok i nie jest jednocześnie. Te dźwięki mają duszę miejscowych ludzi. Jeden z naszych misjonarzy, werbista o. Piotr Nawrot, jest z pierwszego wykształcenia muzykologiem. Jako chłopiec śpiewał w chórze profesora Stuligrosza "Poznańskie Słowiki" Udało mu się odtworzyć i uzupełnić pięć tysięcy częściowo zniszczonych partytur z XVII-wieczną muzyką indiańską. Lansujemy je dzisiaj i są one powoli grane w różnych miejscach na świecie.

Na razie na czele instytutu stoi jedna siostra zakonna. Wkrótce opiekę nad szkołą ma przejąć jedno ze zgromadzeń, najpewniej franciszkanie. Będą się zajmować nadal ewangelizacją przez muzykę.

Opolanie pomagają
Ale nie zawsze świeci słońce. Jednym z problemów Boliwii jest narkomania i uzależnienie od alkoholu. W okolicy Cicepcion powstanie wkrótce na 200 hektarach ziemi przekazanych przez wikariat ośrodek rehabilitacji dla ludzi uzależnionych od alkoholu i narkotyków oraz chorych na AIDS. Poprowadzą go doświadczeni świeccy terapeuci sprowadzeni z Brazylii, gdzie działa około 30 podobnych placówek. Opieką duchową zajmą się miejscowi księża.
Społecznym problemem Boliwii są też dzieci ulicy. Jest ich coraz więcej. Rodzice wyjeżdżają do pracy, najczęściej do Argentyny lub Hiszpanii. Jeśli opiekę nad dziećmi przejmują dziadkowie, pół biedy. Choć rzadko mogą im poświęcić tyle uwagi, ile potrzeba. Gorzej, gdy dzieci zostają same, bo zwykle są skazane na żebranie na ulicy. Dla nich tworzy się - także z udziałem wiakariatu - tzw. Ośrodki Wschodzącego Słońca prowadzone przez siostry zakonne.

Ta działalność społeczna jest możliwa dzięki temu, że wikariat dysponuje około 3 tys. hektarów ziemi i może liczyć na pomoc z Europy. - Nasi ludzie już zrozumieli, że pieniędzy z tych hektarów nie biorę do swojej kieszeni - mówi bp Antoni. - Ze sprzedanych płodów rolnych czy krów finansujemy nasz wkład w te placówki.

W pomoc dla Kościoła w Boliwii włączyli się niedawno także mieszkańcy naszego regionu w ramach akcji "Opolanie dla Opolan". Akcja rozpoczęła się w lutym od pobytu w Boliwii ks. prof. Stanisława Rabieja z UO i prof. Marka Tukiendorfa z PO.

- W Guajaros pracują bracia Gustaw i Wojciech Mazurowie pochodzący z Opola - mówi ks. prof. Rabiej. - W pomoc dla nich włączyło się Radio Opole, które m.in. udostępniło konto, oraz opolscy franciszkanie (w kościele jest wystawiona skarbonka na ten cel).

Podczas niedawnego pobytu w Opolu z darczyńcami spotkał się bp Reimann. - Dotychczas udało się zebrać 10.030 zł oraz 3225 dolarów - dodaje biskup - i prace ruszyły. Spodziewam się, że radio, które bardzo pomoże nam w działalności kulturalnej i ewangelizacyjnej, zacznie działać za rok. Musimy pokonać przeszkody administracyjne oraz zebrać całą potrzebną sumę, czyli ok. 17 tys. dolarów. Warto, bo książkę może nie każdy weźmie tu do ręki. Ale tranzystorowe radia grają tu wszędzie. Także przy pracy w polu.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

w
wacław

zbiórka wszystkich proboszczy za działki które dostały w prezencie od pastwa od hektara 1000zł haraczu na Boliwię 

J
Jarek
Po przeczytaniu artykułu proponuję inny tytuł. "Boliwia. Biedny kraj pięknych ludzi".
Dodaj ogłoszenie