Chory zdrój

Beata Cichecka
W mieście żyje się coraz trudniej. Upadają kolejne zakłady pracy, pogłębia się bieda.

Jak przerwać ten dramat?
Jeszcze kilkanaście lat temu 15-tysięczne Głuchołazy były silnie uprzemysłowionym miasteczkiem, a wysoki wskaźnik zatrudnienia porównywano tu do Górnego Śląska. W sześciu kluczowych przedsiębiorstwach, takich jak: Zakłady Papiernicze, Armatury, Galmet, Renifer, Omex i Fabryka Mebli, pracowało ponad 10 tysięcy osób, nie licząc mniejszych firm, w tym Spółdzielni Inwalidów, Dębu, Elektrometu i całej sfery budżetowej, obejmującej szpitale, ośrodki wczasowe, urząd gminy czy szkolnictwo. Do pracy dojeżdżali tu nawet nysanie. W ostatnich latach lokalny rynek pracy drastycznie się skurczył. Część firm przestała istnieć. W ubiegłym roku upadła zatrudniająca jeszcze do niedawna około 700 osób Głuchołaska Fabryka Mebli. 5 marca Sąd Gospodarczy w Opolu ogłosił upadłość fabryki galanterii metalowej Galmet, gdzie pracowało kiedyś blisko tysiąc osób. 70-osobowa załoga, jaka tam pozostała, od listopada nie otrzymała wynagrodzeń. W Armaturach, będących kiedyś czołowym producentem zaworów przemysłowych w kraju, z dawnego tysiąca pracowników pozostało jeszcze 195 osób, ale kolejne 45 zgłoszono już do zwolnienia.
- Kiedyś cała produkcja naszych firm rozchodziła się na pniu - wspomina Jan Szawdylas, burmistrz Głuchołaz. - Żeby kupić guziki, klamerki czy cokolwiek w sklepie fabrycznym Omeksu, trzeba było dobrze znać dyrektora, a w mieście mieć niezłe chody. Nie można było dostać nawet zwyczajnych skórzanych rękawic z Renifera. Kiedy pod koniec lat 80. jeździłem na targi poznańskie jako ówczesny dyrektor ds. handlowych Głuchołaskiej Fabryki Mebli, to wystawialiśmy tam meble, których całoroczna produkcja była już sprzedana. Ale wtedy jeszcze wszystko miało kupca, towary gromadziło się dla potomnych i przechowywało dla nich na strychach. Dziesięć lat później polska rzeczywistość diametralnie się zmieniła.

Kłopoty głuchołaskich firm zaczęły się w 1990 r., kiedy weszły w życie reformy Balcerowicza i gospodarka wolnorynkowa. Zakłady zaczęły wówczas tracić płynność finansową z powodu wysokiego oprocentowania kredytów. Zaciągały łatwo dostępne pożyczki, które okazały się pułapką. Na domiar złego okazało się, że ogromna część ich dotychczasowej produkcji stała się niepotrzebna. Złe zarządzanie, nieumiejętność znalezienia się na rynku, a także utrata kooperantów systematycznie pogłębiały problemy.
- Trudno powiedzieć, ile osób w Głuchołazach ma jeszcze jakąś pracę - przyznaje Urszula Ilnica, kierownik głuchołaskiej filii Powiatowego Urzędu Pracy w Nysie. - Nikt nie prowadzi takiej statystyki. A szkoda. Być może przeprowadzony niebawem po latach przerwy narodowy spis powszechny da nam klarowny obraz sytuacji.
Wiadomo jedynie, że jest bardzo źle. Szeregi bezrobotnych w Głuchołazach powiększa co miesiąc sto osób. Pod koniec lutego zarejestrowanych było tu 3321 bezrobotnych, z których tylko 782 miało prawo do zasiłku. W najgorszej sytuacji są kobiety. Zresztą, z ofertami pracy generalnie jest tragicznie nie tylko w Głuchołazach, ale w całym powiecie nyskim. Kto tylko może, to ima się dorywczych, sezonowych robót, także za granicą.
- Dużo osób interesuje się też pożyczkami na podjęcie działalności gospodarczej, ale limit tych funduszy jest mały - mówi Urszula Ilnicka. - Ludzie czekają na kredyty miesiącami. Niektórzy mają bardzo ciekawe pomysły, jak małe stacje benzynowe czy renowacja mebli. Trudno jednak powiedzieć, czy wszystkie będą miały rację bytu. Miejscowy rynek jest bowiem zbyt mały, a mieszkańcy za biedni.

- Wszystko po kolei upada, bo ludzie nie mają pieniędzy - zauważa mężczyzna zbierający opłaty za parking na rynku. - O, ten sklep, gdzie teraz jest pasmanteria - wskazuje palcem - w ostatnim czasie pięciokrotnie zmieniał branżę, bo nic nie idzie. Nie wiadomo, czy za chwilę nie splajtuje.
Tę biedę widać dobrze, kiedy przed otwarciem sklepów spożywczych ustawia się przed nimi kolejka osób, robiących zakupy "na zeszyt". Mieszkańców wspomagają w ten sposób najstarsi głuchołascy sprzedawcy, którzy mają do swoich klientów sentyment i zaufanie. Dają jednak towar tylko tym, co jeszcze pracują albo mają jakieś źródło dochodu, bo muszą przecież mieć gwarancję, że im później za wydane produkty zapłacą.
- Jak idę do roboty wczesnym rankiem, to na rynku stoi kupa ludzi - opowiada parkingowy. - U nas dużo sklepów daje "na zeszyt", a niektórzy biorą tak od paru lat. U mnie na osiedlu to tylko w "Biedronce" nie da rady tak się zaopatrywać. W Głuchołazach bardzo ciężko się żyje. Z robotą jest tu tragicznie. Mnie udało się załapać jako palacz-parkingowy, jak kończyło mi się prawo do zasiłku. O 5.00 rano palę w kotłowni, a potem od 9.00 do 16.00 zbieram opłaty za postój. Nachodzę się jak głupi za kierowcami, którzy nie raz uciekają. Zarabiam 520 złotych, a i tak zazdroszczą mi tej roboty. Gdyby płatnych parkingów było więcej, to miasto by zarobiło, a ludzie by tam pracowali, chociażby na najniższej stawce. Bo jak się nie ma na chleb, to nikt nie wybrzydza. Dobrze, że mam żonę na rencie, to jeszcze jakoś da się przeżyć, ale nasze dzieci, które kończą już szkoły, nie mają tu żadnych widoków na przyszłość.
- Miejscowi rzadko są moimi klientami i jest ich z roku na rok mniej - twierdzi Zygmunt Raba, prowadzący księgarnię w rynku. - Kupują tylko podręczniki i pomoce do szkoły, a czasem poradniki zdrowia. Wydają na to, na co muszą. Niekiedy w książki potrzebne dzieciom 1 września zaopatrują się sukcesywnie przez cały rok. Na szczęście nasze miasto przyciąga jeszcze turystów. W przeciwnym razie księgarnię dawno by zamknięto.

Wiele głuchołaskich rodzin nie ma od lat żadnych środków do życia ani nadziei na poprawę swojego losu. Tysiąc objętych jest pomocą opieki społecznej.
- Miesięcznie wydajemy bardzo dużo decyzji administracyjnych, bo każda pomoc poprzedzona jest tonami papieru, za którymi idzie potem 50 do 70 złotych zapomogi, mającej zaspokoić potrzeby całej rodziny - mówi Jadwiga Popowicz, kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej w Głuchołazach. - W tym roku nie dostaliśmy jeszcze ani złotówki na zasiłki okresowe. Nie jesteśmy w stanie nawet wypłacić zasiłków obligatoryjnych dla kobiet w ciąży, samotnych matek z dziećmi, rent socjalnych. Nieraz zastanawiam się, jak ludzie sobie radzą, skoro obiektywnie patrząc, niemożliwe jest przetrwanie przez wiele lat w tak skrajnym ubóstwie. Dziś już gołym okiem widać, że rodziny, które kiedyś dobrze funkcjonowały i radziły sobie nawet na początku bezrobocia, bo miały jeszcze jakieś oszczędności i mogły liczyć na chwilowe wsparcie najbliższych, teraz cierpią biedę. Ludzie ci są wychudzeni i bardzo skromnie ubrani. Niektórzy z nich będą tak wegetować, dopóki nie osiągną wieku emerytalnego. W najgorszej sytuacji są osoby w wieku produkcyjnym, ale już nieatrakcyjnym dla pracodawców, między 40. a 50. rokiem życia.

Tutejszy rynek zapełniony jest stolarzami i krawcowymi, ponieważ były tu dwie szkoły zawodowe i technikum o tych profilach. Zapotrzebowania na nich nie ma teraz żadnego, a jeśli już, to szuka się osób młodych i z dużym doświadczeniem zawodowym, a to zwykle nie idzie w parze.
Według wyliczeń Krzysztofa Zyonia, pracownika powiatowego urzędu pracy, obsługującego głuchołaski "Sklep z Pracą", bezrobocie w gminie przekroczyło już 28 procent.
- Mieszkańcy przychodzą codziennie, pytają o roboty fizyczne, budowlane, w charakterze murarzy, płytkarzy, a także o pracę dla kierowców - informuje. - Zostawiają podania i życiorysy, ale żaden pracodawca jeszcze się tu nie pojawił.
- O trudnej sytuacji w przedsiębiorstwach samorząd dowiaduje się najczęściej wtedy, kiedy jest już bardzo źle - mówi burmistrz Jan Szawdylas. Zresztą gmina i tak nie ma wpływu na funkcjonowanie podmiotów gospodarczych i niewiele może im pomóc, bo nie ma ku temu instrumentów prawnych.
- Jedyne, co możemy, to odroczyć opłaty lokalne. Budżet gminy, który ma określone ustawowe wydatki, oczywiście na tym cierpi, bo jak nie ma wpływów, to musimy zaciągać kredyty, żeby pokryć niedobory. Firmom, których większość jest w gminie zadłużona, wydaje się, że my tu mamy jakiś worek z pieniędzmi w piwnicy i jak nam brakuje, to idziemy je stamtąd wygrzebać. Umorzenie podatku od nieruchomości nie uzdrowi jednak problemów zakładów, bo w skali ich obrotów stanowi on zwykle ułamek procenta. Gmina jednak zawsze patrzy na sytuację z punktu widzenia społecznego. Staramy się wspierać mieszkańców, tym, co nie mają dochodów, nie naliczamy odsetek za zaległości czynszowe, wypłacamy dodatki mieszkaniowe i zasiłki. Zwiększamy systematycznie pulę na opiekę społeczną, ale nie możemy wydać na nią całego budżetu.

Władze samorządowe nie mają złudzeń, że przemysł na taką skalę, w jakiej tu kiedyś funkcjonował, już się nie odrodzi. Stawiają więc na inny kierunek rozwoju gminy.
- Musimy reaktywować w Głuchołazach uzdrowisko, bo tylko to pozwoli nam zmniejszyć bezrobocie, ożywi ośrodki wczasowe i sanatoryjne, powstrzyma jednocześnie dyskusję nad likwidacją placówek służby zdrowia, które będą wówczas potrzebne - podkreśla Jan Szawdylas. - Szanse na to są, a kasa chorych jest zainteresowana tym projektem. Wszystko zależy od nas. Na gminie bowiem spoczywa obowiązek sporządzenia wszystkich operatów i dokumentów wymaganych przez Ministerstwo Zdrowia. Na przygotowanie tej dokumentacji wspólnie z Polską Izbą Uzdrowisk zaplanowaliśmy w tegorocznym budżecie 100 tys. złotych.
Samorząd chce, by w Głuchołazach było jak przed wojną, kiedy wszystkie domy wczasowe i sanatoria były zapełnione, a przez Kopę Biskupią przewijało się dziennie tysiąc osób. Żeby znów przyciągnąć turystów, podjęli starania o budowę aquaparku. O rozwoju turystyki mówi się w Głuchołazach od wielu lat, powstają tam różne stowarzyszenia mające o nią dbać, a tymczasem rejon ten odwiedza coraz mniej wczasowiczów.
- Bo rzecz nie polega na gadaniu, ale na inwestowaniu - kwituje burmistrz. - Do takiej bazy, jaką tu mamy, nikt nie przyjedzie. Ciężar podniesienia standardu w hotelach i pensjonatach, a także urozmaicenia oferty turytycznej, spada na ich właścicieli. Jak każdy będzie czekać, aż gmina wybuduje nowoczesny ośrodek, w którym będzie organizować ogniska i potańcówki, to nigdy się tego nie doczeka.
- Od 1990 roku rządziło tu już 13 burmistrzów i wiceburmistrzów. Każdy z nich forsował swoje pomysły, a zamierzenia poprzedników uważał za głupie. Cierpiały na tym, niestety, gminne finanse. Jedno jest pewne - same przejścia graniczne, których mamy tu aż pięć, i dobry klimat nie wystarczą - uważa burmistrz Szawdylas.

Rossmann będzie miał silną konkurencję

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie