Dalekowidzący. Co można zobaczyć z Kopy Biskupiej?

    Dalekowidzący. Co można zobaczyć z Kopy Biskupiej?

    Robert Jamróz

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Tatry Zachodnie widziane z Biskupiej Kopy.

    Tatry Zachodnie widziane z Biskupiej Kopy. ©Robert Jamróz

    Czy w zimową, mroźną noc warto pięć godzin pedałować z Głuchołaz na szczyt Pradziada? Żeby zobaczyć panoramę odległych o 200 kilometrów Tatr - warto.
    Tatry Zachodnie widziane z Biskupiej Kopy.

    Tatry Zachodnie widziane z Biskupiej Kopy. ©Robert Jamróz

    Z dwóch miejsc na Opolszczyźnie przy sprzyjającej widoczności można gołym okiem zobaczyć Tatry. Z Kopy Biskupiej (najwyższy szczyt województwa i Gór Opawskich) widać Tatry Zachodnie - 210 kilometrów w prostej linii do Bystrej na Słowacji.

    Z Góry Świętej Anny, a właściwie ze szczytu Chełmca widać Tatry Wysokie (203 kilometry). Robert Jamróz z Charbielina koło Głuchołaz nie tylko je zobaczył, ale też sfotografował.
    Jako jedyny mieszkaniec Opolszczyzny Robert jest redaktorem portalu internetowego DalekieObserwacje.eu, założonego w 2008 roku przez kilku entuzjastów gór i nietypowych fotografii z Górnego Śląska.
    - W 2008 roku trafiłem na forum miłośników dalekich obserwacji i wciągnąłem się w to - opowiada Robert.

    Mirek Petrzik, kasztelan czeskiej wieży widokowej na Kopie Biskupiej, wymalował na murze okalającym taras na szczycie nazwy pasm i szczytów, które widać na horyzoncie. To od niego Robert Jamróz usłyszał po raz pierwszy, że w sprzyjających okolicznościach można tu trafić na panoramę Tatr.

    - Wtedy Tatr jeszcze nie widziałem, ale odległa o 130 kilometrów Śnieżka w Karkonoszach to był z Kopy bardzo częsty widok, zwłaszcza w zimie - wspomina obserwator.

    11 stycznia 2009 roku rano wybrał się pierwszy raz polować na Tatry. Kasztelan Petrzik dojechał na szczyt o 9, żeby otworzyć wieżę dla turystów, a Robert już na niego czekał. Pognał po schodach na górę.

    Nie miał wątpliwości, rozpoznając na zachodzie charakterystyczne małe "ząbki", postrzępione granie, które już tyle razy widział na fotografiach dalekich obserwacji. Przesiedział wtedy na Kopie cały dzień, co chwila wchodząc na wieżę z jakimś znajomym turystą, żeby jeszcze raz pokazać niecodzienny widok, i schodząc na dół, żeby się trochę zagrzać przed mrozem.

    Ponad morzem chmur

    Tego dnia Robert Jamróz połknął niebezpiecznego bakcyla dalekich obserwacji. Klasyczny, turystyczny aparat fotograficzny wymienił na Nikona D90. Dokupił specjalny obiektyw o szerokiej średnicy, 10 razy większej niż ludzka źrenica.

    Ustawiając taki aparat na statywie, do fotografii nocnej albo robionej tuż przed świtem, nastawia nawet dwuminutowy czas naświetlania. Chce, żeby w ciemnościach czuła na światło matryca aparatu zebrała jak najwięcej światełek odległych o 100 - 150 kilometrów kominów czy wież telewizyjnych.

    Koledzy obserwatorzy z Górnego Śląska nie mają takich możliwości jak Robert, który nawet w zimie na szczyt Kopy wjeżdża z domu w nieco ponad godzinę. Oni robią swoje obserwacje z górniczych hałd, wysokich budynków. Kiedyś umówili się wspólnie w najwyższym budynku Katowic, "Altusie", gdzie na górnym piętrze jest czynna do 22 restauracja "Sky Bar".

    Wśród znajomych krąży opowieść o jednym z obserwatorów z Gliwic, który polował na zdjęcie Tatr z masztu gliwickiej radiostacji. Namówił stróża, bo sam nie miał uprawnień do wejścia na nadajnik. Kilka razy go odwiedzał, wreszcie w nocy trafił na odpowiednią pogodę. Pognał stróża na szczyt, żeby zdążył przed porannym smogiem i ten strzelił mu fotkę gór, leżących 164 kilometry dalej.

    Wiosną 2009 roku obserwatorzy ze Śląska umówili się na spotkanie na Górze Świętej Anny, bo blisko, łatwo dojechać autostradą. Robert pojechał i wtedy po raz pierwszy mógł ich poznać osobiście. Czołówkę nieformalnego klubu dalekich obserwacji. Ostatnio wybrali się wspólnie w czasie jesiennej inwersji na Pradziada.

    - Najlepsze warunki do dalekich obserwacji występują w zimie, w czasie tzw. inwersji, gdy w górach jest cieplej niż w dolinach - opowiada Robert Jamróz. Na dole zalega mgła, smog. Kiedy się jednak wejdzie wyżej, czasem nawet tysiąc metrów nad poziomem morza, powietrze robi się krystalicznie przejrzyste, a z morza mgieł jak wyspy wystają dalekie góry.

    Po roku obserwacji z Kopy Biskupiej Robert wybrał się na Pradziada, najwyższy szczyt czeskich Jeseników, bo stamtąd widać jeszcze dalej. Tatry Wysokie są stąd odległe o prawie 240 kilometrów. 16 stycznia ubiegłego roku wyjechał o 1 w nocy, żeby na szczycie być jeszcze przed świtem. Wziął górski rower, plecak ze sprzętem fotograficznym i drugim ubraniem.

    Do schroniska Owczarnia droga jest odśnieżana i posypywana. Potem jechał po dwumetrowej warstwie ubitego śniegu, jak po autostradzie, nawet się nie zapadając kołami. Pod wieżą telewizyjną na Pradziadzie stanął o 6 rano.

    - Warto było. Zrobiłem zdjęcie Tatr Wysokich - opowiada pełen emocji. - W kolejną sobotę pojechałem znowu. W nocy pod moim domem było minus 24 stopnie Celsjusza. Na Pradziadzie tylko -10. Kiedy robi się zdjęcia leżących na wschód Tatr przed świtem, wtedy kontrast jest najlepszy, bo wschodzące słońce oświetla góry od dołu. Tak mnie to zafascynowało, że następnego dnia pojechałem trzeci raz, tym razem z kolegą z Nysy, jego samochodem. Zostawiliśmy auto na parkingu w Karlowej Studance i dalej na rowerach. Ale przynajmniej się wyspałem, bo wyruszyliśmy o 5.

    W swojej galerii na Picasie w internecie Robert zamieszcza fotoreportaże ze swoich wyjazdów. Zdjęcia nie tylko samych panoram, ale też otoczenia, drogi na szczyt, przygód i spotkań po drodze. Robi się z tego fotograficzna historia każdej wyprawy po odległą panoramę.

    Na tarczy słońca

    Miłośnikom obserwacji przychodzi z pomocą najnowsza technika. W internecie są już dostępne specjalne programy komputerowe. Za ich pomocą można wstawić współrzędne geograficzne dowolnego miejsca na ziemi.

    Zaznaczyć wysokość, z jakiej prowadzone są obserwacje i komputer wykona symulację tego, co widać na wybranym kierunku. Uwzględni przy tym nie tylko załamanie powierzchni ziemi, ale nawet występujące na przestrzeni wielu kilometrów przeszkody geograficzne, wyżyny, mniejsze góry. Po obliczeniach wystarczy wydrukować sobie panoramę symulacji i zabrać ją w góry. A potem porównać z tym, co się samemu zobaczyło.

    - Żyjemy w czasach, gdy każdy z łatwością może sobie zrobić komputerową symulację tego, co może zobaczyć z własnego okna albo sąsiedniej górki. Nawet spod Opola czy Turawy to mogą być ciekawe i dalekie obserwacje. Trzeba to tylko ludziom uświadomić - zachęca Robert Jamróz.

    Przy dobrej widoczności obserwator stojący na powierzchni ziemi widzi horyzont w odległości 4 kilometrów. Im wyżej stoi, im wyżej znajduje się obserwowany punkt, tym dalej można zobaczyć.

    Komputerowe symulacje, wykonywane przez polskich obserwatorów, wskazują, że teoretycznie z Himalajów powinno być widać wulkaniczną górę w Indiach, odległą w prostej linii o 550 kilometrów. Z gór w Meksyku powinno być widać szczyty po drugiej stronie Zatoki Meksykańskiej, ponad 550 kilometrów odległości. Jeden z obserwatorów z Wrocławia regularnie wybiera się na Śnieżnik, bo wyczytał, że przed wojną obserwowano stamtąd Alpy za Wiedniem. Na razie jeszcze mu się nie udało powtórzyć tej obserwacji.

    - Kopa Biskupia ma olbrzymi potencjał obserwacyjny - uważa Robert. - Mój problem polega na tym, że przez trzy lata intensywnych obserwacji sfotografowałem już chyba wszystko, co jest możliwe do zobaczenia. Pozostało mi polowanie na coś wyjątkowego, "smaczki".

    Fotograficzne smaczki to na przykład zdjęcia sudeckich szczytów na tle zachodzącego słońca. Najlepiej pozuje Śnieżka, bo jest charakterystyczna i najwyższa. Z odległości ok. 130 kilometrów tylko przez dwa dni w roku, wiosną i jesienią, dowolny punkt obserwacyjny w rejonie Głuchołaz znajduje się na jednej linii prostej ze szczytem Śnieżki i zachodzącym słońcem. Dzień później słońce przesunie się już dalej na północ. 29 kwietnia Robert pędził 200 kilometrów na godzinę opolską autostradą, żeby zdążyć na zachód słońca na Kobylej Górze koło Prudnika. Wyszło mu wtedy świetne zdjęcie Śnieżki. Najdalsze, bo zrobione ze 137 kilometrów. Innym razem sfotografował Śnieżkę ze wzgórza koło własnego domu w Charbielinie. Na tle czerwonej tarczy wystaje tylko jej szczyt.

    Nową pasją obserwatorów jest też fotografowanie w drugą stronę, z góry na dół. Zdjęcia nocnych świateł miast, wysokich kominów, wież, obiektów przemysłowych z odległości 100-150 kilometrów. Do tego potrzeba trochę innych warunków atmosferycznych. Silnego wiatru albo niedawnych opadów deszczu, bo to oczyszcza powietrze z pyłów i poszerza pole widzenia. Robert przesiedział niedawno całą noc na Pradziadzie, fotografując m.in. Górnośląski Okręg Przemysłowy (130 kilometrów do Katowic). Razem z kolegami bawił się potem w identyfikowanie wysokich budynków na podstawie charakterystycznego układu ich świateł. Najdalszym widocznym z Kopy obiektem budowlanym jest maszt radiowy pod Krakowem, 204 kilometry odległości. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie i kiedy spojrzeć.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (9)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (9) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo