"Delikatesy" na Krakowskiej w Opolu. Czy dotrwają do 55. urodzin?

Redakcja
W PRL-u tu najprędzej opolanki mogły zrobić udane zakupy.
W PRL-u tu najprędzej opolanki mogły zrobić udane zakupy. Adam Śmietański, 1970
Dziś "Delikatesy" przy Krakowskiej w Opolu czasy świetności mają już za sobą. Wystrój, asortyment towaru, jego jakość - wszystko to powinno irytować klientów, ale nie irytuje. Nawet stojąc w kapturze skazańca na szafocie wolnego rynku, "Delikatesy" wciąż wzbudzają ciepłe uczucia i dobre emocje.

Objaśnienia skrótów ze wstępu na stronie poprzedniej:

Objaśnienia skrótów ze wstępu na stronie poprzedniej:

Objaśnienia skrótów ze wstępu na stronie poprzedniej:
MHD - Miejski Handel Detaliczny
WPHACU - Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Artykułami Codziennego Użytku
WPHW - Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego
WSS - Wojewódzka Spółdzielnia Spożywców
PSS - Powszechna Spółdzielnia Spożywców
GS - Gminna Spółdzielnia

Nic nie wyglądało tu jak w zwyczajnym polskim sklepie, do jakich przyzwyczaiły Polaków liczne państwowe przedsiębiorstwa handlu uspołecznionego. Wszystkie te MHD-y, WPHACU-e, WPHW-y WSS-y, PSS-y i GS-y (rozwiązanie skrótów na końcu tekstu), które w pocie czoła armii urzędników starały się zapełniać sklepowe półki na czas i w wymaganej państwową normą ilości. Nie zawsze skutecznie.

Przede wszystkim było tu ładnie i był tu towar. I pachniało. To był taki "Pewex", tylko że za złotówki, a nie za dolary, więc tak nie onieśmielał. No i ekspedientki nie miały tu peweksowskiej maniery wywyższania się nad klienta.
Nazwę "Delikatesy"przeforsował sam Karol Musioł. Ówczesnym partyjnym bonzom epoki "środkowego Gomułki" nazbyt się kojarzyła ze zgniłym Zachodem, a przecież polska klasa robotnicza miała zaopatrywać się w produkty proste i zdrowe, niekoniecznie wyszukane i kojarzące się z kapitalizmem.

Dlatego ten tekst nie jest ekonomiczną obroną "Delikatesów" ani gazetowym wykłócaniem się o ich ocalenie. Niech się tym martwi właściciel, czyli PSS "Społem", spółdzielnia, która była potęgą handlową w mieście, ale przespała 25 lat kapitalizmu, zupełnie jak w tym skeczu z kabaretu Smolenia i Laskowika: "Społem, społem i zaspołem…".

Ten tekst ma wzbudzać wyłącznie wspomnienia i nostalgię. Niekoniecznie za starym ustrojem. Może za wiosną życia? Bo dla wielu opolan "Delikatesy" to sklep symbol, sklep instytucja, sklep kultowy, to po prostu sklep ich młodości.

A o zmarnowane imperium spółdzielni niech świadczą liczby. W roku 1984 PSS "Społem" miał w Opolu 117 placówek handlowych, 69 zakładów gastronomicznych, 22 stołówki, 8 piekarń, 6 ciastkarń, zakład garmażeryjny, wytwórnię wód gazowanych, 2 domy towarowe, prawie 100 bufetów przyzakładowych; zatrudniał 3560 osób.

Tam pachniało zagranicą

W PRL-u tu najprędzej opolanki mogły zrobić udane zakupy.
W PRL-u tu najprędzej opolanki mogły zrobić udane zakupy. Adam Śmietański, 1970

Pan Dzidek Pietrucki: - Jestem tu stałym klientem. Codziennie rano kupuję bułki na śniadanie.
(fot. Paweł Stauffer)

Ja od urodzenia mieszkam nad "Delikatesami" - mówi 50-letni dziś Leszek Kryniewski, prezes "b24 studio. Press & Media", produkującego audiobooki i płyty z muzyką. - Mama wysyłała mnie tam w papciach, czasem nawet pięć razy dziennie. A swoje uczucia do tego miejsca mogę określić jako falowanie. Na szczycie fali była euforia: pierwsza w życiu coca-cola, pierwsze cytrusy, chałwa, czekolada w proszku, śliwki w czekoladzie. A na dole fali - złość na najdłuższe w mieście kolejki w latach 80. Najdłuższe kolejki i najdłuższe półki zastawione tylko octem.

Te kolejki pamięta również pani Barbara, mieszkanka pobliskiego bloku "akwarium", która to nazwa wzięła się stąd, że w latach 70. zamieszkały tam grube ryby Opola.

- Co z tego, że miałam dobry sklep pod nosem, jak nigdy nic nie mogłam w nim kupić, bo gdy wracałam z pracy, to tam stał już tłum. I żeby chapnąć jakieś mięso na niedzielę, musiałam wysyłać do kolejki córkę. Z drugiej strony jest nostalgia i przyzwyczajenie, więc nie będę krytykować, dlatego też nie podam nazwiska.

Lecz gdyby dziś prezes Kryniewski oraz pani Barbara mieli lakonicznie określić swój stosunek do tego miejsca, jakiego słowa by użyli? Odpowiadają bez wahania: - Zapach! Tam po prostu pachniało zagranicą.

To prawda, w czasach siermiężnego socjalizmu wizyta w "Delikatesach" była jak haust z maski tlenowej dla duszącego się himalaisty. Na dodatek takiej maski, w której do tlenu dodawano zapach świeżo zmielonej kawy. Każdy mój rozmówca wspomina ten zapach, a gdy wrzuciłem na Facebooka hasło "Delikatesy w Opolu", reakcja była lawinowa. I wszędzie powtarzał się ten zapach kawy.

Rok 1961. Otwarcie "Delikatesów". Gdy tylko przez sklep przeszli oficjele, na towar rzucili się mieszkańcy Opola. Tyle wędlin naraz
Rok 1961. Otwarcie "Delikatesów". Gdy tylko przez sklep przeszli oficjele, na towar rzucili się mieszkańcy Opola. Tyle wędlin naraz to był wtedy rzadki widok. Andrzej Hamada

W PRL-u tu najprędzej opolanki mogły zrobić udane zakupy.
(fot. Adam Śmietański, 1970)

Michał Lewandowski, dziennikarz (50+): "Kawę tam rodzice kupowali, był taki ogromny młynek na stoisku, bo kawa w ziarenkach była i tam mielili. Stąd ten zapach w Delikatesach się unosił".

Danuta Świdrak z Paryża: "Zapach mielonej kawy w Delikatesach wraca za każdym razem, kiedy otwieram paczkę kawy. Nie mogę powiedzieć, że źle mi się kojarzy"

Mirosław Olszewski, dziennikarz (50+): "Kawa marki Mocca! Ale jakoś mnie to przedziwnie kręciło!".

Opowiada Leszek Kryniewski znad "Delikatesów": - To było w latach PRL jedno z trzech miejsc w Opolu, gdzie można było przyjść i zmielić swoją kawę. Bo wtedy nie sprzedawano zmielonej, tylko w ziarnach, a ludzie nie mieli jeszcze w domach młynków albo mieli radzieckie, czyli słabe.

Opowiada Zdzisława Dalecka, przez 13 lat kierowniczka "Delikatesów": - Gdy już otwarto granice, zaczęli wpadać do nas opolanie, którzy porozjeżdżali się po świecie, głównie emigracja niemiecka. Chcieli przypomnieć sobie młodość, smak kamyczków z Brzegu, chałwy albo sera klinek. Wchodzi taki, rozgląda się i pyta zawiedziony: To tu już nie pachnie kawą?

Ech, dostać pracę na Krakowskiej…

- Ja od małolata miałam takie marzenie, żeby pracować w "Delikatesach" na Krakowskiej - zwierza się Zdzisława Dalecka. - Czterdzieści trzy lata pracowałam w handlu, księgowość, szkolenia personelu, kierowanie sklepem, aż w końcu marzenie się ziściło. Najpierw zostałam zastępcą, a potem kierownikiem "Delikatesów". To było, proszę pana, oczko w głowie opolskiego handlu.
Łatwo za socjalizmu nie było. Teraz jest inaczej. Teraz przyjedzie przedstawiciel handlowy, sam wniesie, sam poustawia na półce, da rabat, odroczy maksymalnie płatność i jeszcze w rączkę pocałuje za to, że go nie odprawiono z kwitkiem.

- A kiedyś nasz zaopatrzeniowiec o trzeciej rano ruszał na giełdę warzywną albo tłukł się blaszanym żukiem przez kawał Polski, żeby kupić kilka kartonów przyprawy w "Winiarach" - opowiada pani Zdzisława. - Mieliśmy dwóch magazynierów, dwóch kierowników, wyszkolony personel. Do dziś są przygotowani tak perfekt, że każde "Dino" czy każda "Biedronka" bierze ich bez problemu.

O dobór personelu zawsze dbano w "Delikatesach". Pani Zdzisława przyznaje: - Tam się dawało lepszych uczniów, zdolniejszych. Sama ich uczyłam.
Sprzedawczyni Irena, która pracuje w "Delikatesach" od 15 lat, przyznaje, że ta selekcja miała i taki dobroczynny skutek, że dziś w sklepie "można sobie pogadać".

- Niech pan idzie do supermarketu i spróbuje sobie porozmawiać z tymi, co układają na półkach albo siedzą przy kasie - mówi. - Oni mają wręcz zabronione rozmawiać. A klient tego potrzebuje. My mamy stałych, którzy lubią się pożalić, chcą, aby im doradzić, muszą się pochwalić, co ugotowali z naszych towarów. O, mieliśmy takie małżeństwo: on przychodził i mówił na nią, a ona osobno na niego. Ale u nas jak w konfesjonale. A często jest tak, że zanosimy siatkę do auta, wzywamy taksówkę, ludzkie odruchy.

Pani Irena wskazuje na Jasia. Jest opóźniony, nie umie czytać ani pisać. Rodzice zginęli w wypadku, wychowuje go chora ciocia, którą, jak tego domaga się pani Irena, Bóg powinien wziąć do nieba razem z butami.
- Jasiu podaje nam portfelik. W środku pieniądze, kartka. Dostaje zakupy, dokładnie odliczoną resztę i dobre słowo na drogę - opowiada pani Irena. - Młodzi klienci niestety nie doceniają tego ludzkiego podejścia.

Leszek Kryniewski: - Cały blok nad "Delikatesami" wpada do nich jak do domowej spiżarni, to nasz sklep. Oni nas tu znają. Jak kogoś w zimie zobaczysz tu w papciach, to znaczy, że swój.

To się kojarzy z burżuazją

Rok 1961. Otwarcie "Delikatesów". Gdy tylko przez sklep przeszli oficjele, na towar rzucili się mieszkańcy Opola. Tyle wędlin naraz to był wtedy rzadki widok.
(fot. Andrzej Hamada)

Pod facebookowym apelem o delikatesowe wspomnienia pojawiły się też inne wpisy:
Ryszard Pierzchała, właściciel agencji reklamowej "Loyal" (50+): "To było również miejsce bardzo reprezentacyjne. Organizowałem tam wystawę Klubu Wysokogórskiego. W ramach promocji, zaprezentowania się. To była egzotyka: raki, czekany, haki, namiot. To był chyba 79 rok".

Fakt, na tle innych wystaw, gdzie do klientów wdzięczyły się piramidy groszku w puszkach oraz hasła sławiące socjalizm i przyjaźń z ZSRR, taka pomysłowa wystawa musiała robić wrażenie.

Sergiusz Sroka, didżej (50+): "Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz wszedłem tam z rodzicami i w środkowej części sklepu zobaczyłem budkę telefoniczną! Czy pamiętacie? Szok, budka w sklepie!".

To prawda, wtedy takie rzeczy mogły szokować. W istocie nie chodziło o budkę, tylko kabinę telefoniczną, jedyne miejsce w mieście, gdzie można się było zamknąć i rozmawiać przez telefon, nie będąc słyszanym, stąd szalona popularność tej budki wśród zakochanych i amatorów romansów.
Jacek Ruszala: "W dziale warzywniczym sprzedawała Potężna Blondyna, co najmniej jak Królowa Śniegu, która porywała dzieci, a której my, małolaty, baliśmy się jak ognia. Jak sama nazwa mówi: delikatesy, czyli polski Pewex".

Z tą nazwą nie było zresztą łatwo. Wspomina nestor opolskich architektów, Andrzej Hamada, który do spółki z Jakubem Schroeterem zaprojektował "Delikatesy":
- Słowo "delikatesy" kojarzyło się ówczesnym nadzorcom partyjnym z burżuazyjnymi frykasami, a klasa robotnicza miała jadać prosto i zdrowo. Więc były opory, na szczęście złamane przez Karola Musioła, bo to on był wielkim orędownikiem zbudowania w Opolu sklepu nowoczesnego i wzorcowego. To było jego marzenie.
Aby to marzenie zrealizować, Musioł, legendarny burmistrz Opola, zatrudnił Schroetera, który miał postawić przy Krakowskiej nowoczesny blok mieszkalny, i Hamadę, który miał na parterze zaprojektować sklep.

- Fuksem udało mi się wyskoczyć za żelazną kurtynę i obejrzałem sobie, jak wyglądał wtedy handel w Skandynawii i w Niemczech - wspomina Andrzej Hamada. - I mówiąc brutalnie, zerżnąłem ich najlepsze pomysły i przeniosłem do Opola.

Wystarczyło zejść

Papa Musioł był zachwycony robotą duetu projektantów. Budynek Schroetera nazwano z punktu "pingwinem" z racji elewacji malowanej na biało i czarno, co było rewolucyjnym pociągnięciem na tle szarzyzny ówczesnych bloków. Na parterze zaś…

- Tam były same cuda - wspomina Andrzej Hamada. - Jak na ówczesne czasy, oczywiście. Podwieszane sufity, neony, nad regałami słynne mozaiki Franciszka Pikuły, to był ostatni krzyk mody! Do tego trzy wejścia, dobra ekspozycja wystaw, wnęki, nowoczesne lady, meble…No i towar. Czy pan wie, że tam były nawet figi?

Był jeszcze wielki neon, za który dziś daliby się zabić kolekcjonerzy soc-artu, ale on zaginął w mroku kolejnych modernizacji. Oraz saturator, gdzie za złotówkę można było kupić szklankę "gruźliczanki" z sokiem czerwonym lub żółtym do wyboru. A za złoty pięćdziesiąt nawet z sokiem podwójnym, mieszanym. Ależ ona smakowała po podwórkowej kopaninie w nogę!

Zaplecze "Delikatesów" to był zresztą znakomity plac zabaw. Pudła po bananach, skrzynki po cytrusach. Leszek Kryniewski: - Budowaliśmy z nich schrony, piramidy, barykady. Ale zaplecze sklepu było też świetnym punktem obserwacyjnym w stanie wojennym…Nie, nie obserwowaliśmy patroli ZOMO, lecz dostawy towaru. My jako pierwsi dowiadywaliśmy się naocznie, co fajnego przyszło na sklep. Wystarczyło wziąć portfel, kartki i zejść. Na zaplecze sklepu wychodzą balkony "pingwina" i cała kamienica toczyła balkonowe życie jak we Włoszech, aby potem nagle zbiegać na dół, do sklepu.

"Delikatesy" otwarto 13 kwietnia 1961 roku, nie zważając na feralność daty. Na inauguracji kłębił się tłum oficjeli, zaraz potem nastąpił szturm opolan na lady. Za rok sklep obchodziłby swoje 55. urodziny. Czy do nich przeżyje? A czy koniecznie musi?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
squadack

W kwestii formalnej: nie jedno z trzech miejsc, gdzie mielono kawę - kawę mielono niemal w każdym sklepie spożywczym w tamtych czasach.

Kawą pachniało dlatego, że w Delikatesach sprzedawano kawę z ekspresu - choć ja pamiętam, że ekspres był częściej zepsuty niż sprawny.

 

Dodaj ogłoszenie