Dziewczyny lubią brąz. Moda na opalanie się trwa od 85 lat

Iwona Kłopocka-Marcjasz
Iwona Kłopocka-Marcjasz
W kostiumie bikini panie nie tylko pięknie wyglądają, ale i w pełni korzystają ze słońca.
W kostiumie bikini panie nie tylko pięknie wyglądają, ale i w pełni korzystają ze słońca. Paweł Stauffer
Blada skóra była ideałem piękna przez stulecia. Chroniono ją od słońca, wybielano truciznami. To się zmieniło latem 1923 roku, gdy słynna Coco Chanel przez nieuwagę przysmażyła się na jachcie.

Już była królową mody, już uwolniła kobiety od gorsetów, pozwoliła nosić spodnie, dała im małą czarną i zapach Chanel nr 5. Była kimś, kto wyznaczał trendy, kogo nowoczesne kobiety chciały naśladować. Kiedy latem 1923 zeszła po śródziemnomorskiej podróży na ląd w Cannes z mocno opaloną buzią i jej zdjęcia obiegły prasę, najpierw wywołało to szok i skandal.

Zbrązowione od słońca mogły być jedynie kobiety z gminu, a nie przedstawicielki elit! Coco w pierwszej chwili poddała się fali krytyki i sama przyznała, że popełniła błąd, nie zabezpieczając skóry przed słońcem w czasie podróży. Szybko jednak zrobiła woltę i zaczęła popularyzować złocisty kolor skóry jako przejaw zdrowia, młodości wysportowania. A także bogactwa. Możliwość opalania się była luksusem, ponieważ tylko ludzie dobrze sytuowani mogli sobie na to pozwolić.

W popularyzacji nowego trendu wspierała Coco jej przyjaciółka, słynna wówczas sopranistka, Marta Davelli, która pierwsza zaczęła się opalać na plażach Riwiery Francuskiej na czekoladowy brąz w stroju kąpielowym projektu Chanel. W 1929 roku projektantka wylansowała pierwszą w historii linię kosmetyków do opalania i na zawsze odesłała do lamusa woalki i parasolki przeciwsłoneczne.

Coco była rewolucjonistką w każdym calu. Wolność, którą dała kobietom - styl sportowy, proste, lekkie stroje, krótkie fryzury i wreszcie możliwość opalania się w coraz bardziej skąpych strojach - dziś wydają się naturalne i oczywiste. Ale przez dwa tysiąclecia zarówno kanony piękna, jak i normy obyczajowe i kulturowe na to nie pozwalały.

Kiedyś blade było piękne

Ideał piękna kobiecego zmieniał się przez stulecia. Raz w modzie była istota wiotka, płaska i cherlawa, to znów bujna w biuście i biodrach i zażywna. Jedno się nie zmieniało. Nie bez powodu na kobiety powodu mówiono "biała płeć". Ciemna od słońca skóra była oznaką poddaństwa i całodziennej pracy na roli. Przynależność do sfer wyższych wymagała skóry o barwie pergaminu.

- Pamiętna jest scena z początku "Przeminęło z wiatrem", gdy Scarlett chce na barbecue włożyć suknię z dużym dekoltem, a jej murzyńska mamka złości się, że nie wolno wystawiać ciała na słońce przed godziną 15, bo pojawią się piegi. I znów będzie musiała krnąbrną panienkę smarować maślanką! - mówi historyk, dr Weronika Kisielewska. - Damy nawet w największe upały nosiły zabudowane suknie, kapelusze, woalki, mitenki i dodatkowo jeszcze osłaniały się parasolkami. Bo niewieścia cera miała być jak śnieg, kość słoniowa lub bladoróżowa.

Chcąc uzyskać modną bladość, szlachetnie urodzone starożytne Greczynki i Rzymianki stosowały kredę, trujące wybielacze i mieszanki z odchodów krokodyli. W średniowieczu blada skóra uchodziła za oznakę zdrowia. Włoski renesans przyniósł wynalazek w postaci wybielającego pudru zawierającego ołów i arszenik.

Damy z epoki elżbietańskiej nakładały na twarz mieszaninę bieli ołowianej z octem, co nadawało im szlachetny wygląd, ale uszkadzało organy wewnętrzne, a nawet powodowało śmierć.

W czasach, gdy nieznane były kremy z filtrami, jedynym sposobem na ocalenie bladości skóry przed słońcem było maksymalne zasłanianie ciała. Owinięte materią od stóp do głów panie wychodziły tak również nad morski brzeg, gdy już odkryto przyjemność plażowania i kąpieli.

Historia polskiego plażowania ma niewiele ponad 200 lat. Ta moda przywędrowała nad Bałtyk głównie z Anglii, gdzie już na przełomie XVIII i XIX wieku spędzanie lata w nadmorskich kurortach było ważnym elementem życia towarzyskiego, i Francji. Wcześniej z morskich kąpieli korzystało jedynie pospólstwo i to w celach higienicznych, a nie rozrywkowych.

Potem "do wód" zaczęło jeździć towarzystwo. Pierwszy na polskim wybrzeżu dom zdrojowy wybudowano w 1806 r. w dzisiejszym Mrzeżynie - wówczas Deep. Pierwsze publiczne łazienki powstały w Brzeźnie (1808 r.), a następnie w Sopocie (1823 r.), gdzie wodę tłoczono z morza miedzianymi rurami i po podgrzaniu wlewano do wanien. Morskie kąpiele były płatne - 0,25 marki za jedną kąpiel w gdańskim Brzeźnie - i odbywały się rankiem w różnych godzinach dla panów (6-8) i pań (8-10).

- Mimo że plażowanie propagowano jako zdrowy styl życia, to większość moralistów nadal uważała je za nieobyczajne. Panie i panowie korzystali z oddzielnych, osłoniętych wysokim płotem części plaży, kobiety przebierały się w zaprzężonych w osiołka budkach na kołach i takim ekwipażem transportowano je do płytkiej wody. Na plażach męskich cenne były lornetki i wszelkie obluzowania w płocie, z których roztaczał się widok na plaże damskie. Na koedukacyjne kąpiele kobiet i mężczyzn zezwolono dopiero w latach 20. ubiegłego stulecia - mówi Malwina Markiewicz z działu marketingu Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.

Damski kostium plażowy z XIX wieku niewiele różnił się od codziennego ubioru. Panie na gorset zakładały bluzkę bez dekoltu i z rękawami, spódniczkę z falbankami, a pod nią wielkie pantalony oraz rajstopy i sznurowane buty - wszystko zazwyczaj w czarnym kolorze, ozdobione masą kokardek, wstążek, szczypanek. Potem stopniowo rezygnowano z rajstop, pogłębiano dekolty, skracano nogawki i rękawy. W takim ubiorze damy przesiadywały w wiklinowych koszach - wymyślonych głównie dla ochrony przed słońcem - sącząc pod rozległymi kapeluszami napoje, plotkując i popatrując na baraszkujące dzieci i ich niańki brodzące w wodzie po łydki.

O pływaniu nie było mowy. Namoczony kostium stawał się pancerzem i kotwicą w jednym. Zresztą w tamtych czasach mało kto umiał pływać, nie wyłączając marynarzy. Kąpiel polegała więc na kucnięciu damy raz czy dwa w morzu i natychmiastowej rejteradzie do ubieralni pod osłoną niesionego przez służącą prześcieradła, bo pokazanie ciała oblepionego przez mokrą suknię było nieskromne.

W 1905 roku Australijka Annette Kellermann przepłynęła Sekwanę nieopodal Paryża skąpo odziana jedynie w stanik bez rękawów i krótkie szorty z minispódniczką. Kiedy jednak dwa lata później gościła w Ameryce - gdzie wciąż królowały suknie kąpielowe i pantalony - i pojawiła się na plaży w Bostonie w stroju odkrywającym nogi, ramiona i szyję - została… aresztowana. W wypowiedziach dla prasy argumentowała, że nie jest w stanie pływać, zakładając na siebie więcej ubrań, niż wiesza się na sznurze do bielizny.

Coco Chanel pozwoliła być kobietom chłopczycami. W latach 20. ubiegłego wieku stroje kąpielowe przylegały już do ciała, miały górę na ramiączkach i obcisłe spodenki lub spódniczkę. Nie wszędzie jednak taki strój był na plażach dozwolony. Grecki dyktator Theodoros Pangalos wydał w 1926 r. rozporządzenie mówiące, że kobiece ubrania musiały sięgać co najmniej 30 cm poniżej kolan. We frankistowskiej Hiszpanii z kolei zabraniano kobietom leżenia na plaży "nogami w kierunku drogi".

Atomowa rewolucja plażowa

W czerwcu 1946 na paryskim pokazie mody zademonstrowano pierwsze bikini - skąpy dwuczęściowy kostium kąpielowy. Choć daleko mu było do współczesnych czterech trójkącików połączonych sznurkiem, wywołał szok i zgorszenie, bo... odkrywał pępek! Zawstydzone były nawet zawodowe modelki, które zgodnie odmówiły wyjścia na wybieg w kostiumie Louisa Rearda. Trzeba było sprowadzić "nagą tancerkę" z Casino de Paris, Micheline Bernardi.

Pierwotna nazwa kostiumu brzmiała "atome", ale zarejestrowany został jako "bikini" - od nazwy atolu Bikini, na którym latem 1946 roku rozpoczęły się próbne wybuchy jądrowe. Znawcy przedmiotu do dziś nie są zgodni, czy w nazwie chodziło bardziej o "bombowe wrażenie", jakie wywoływał kostium, czy też miała ona podkreślać "ostateczność rozwiązania". Jedno i drugie jest prawdziwe.

Bikini raz na zawsze zmieniło wygląd plaży, jego rewolucyjność dostrzegł Władysław Kopaliński, czyniąc jednym z haseł swego "Słownika pojęć, wydarzeń i legend XX wieku". Było tak odważne, że kobiety oswajały się z nim powoli, naśladując ówczesne ikony mody. Jedną z nich była 19-letnia Brigitte Bardot.

W 1953 roku, gdy pojawiła się - jako odkrycie Rogera Vadima - na festiwalu filmowym w Cannes, jeszcze niczego nie zagrała, ale wystarczyło, że wyszła na plażę w bikini i prasa pisała tylko o niej. Polki dziarskim krokiem nadążały za Europą. W 1957, rok po odwilży, bikini na plaży w Sopocie - "niezgrabne, kretonowe, szyte na miarę u bieliźniarki" - zaobserwowała ówczesna bywalczyni najpopularniejszego krajowego kurortu.

Kościół katolicki zobaczył w bikini jedną z tych "mód, które bardzo obrażają Pana Boga". W tym samym roku, gdy bikini opanowało Sopot, papież Pius XII, przemawiając do Kongresu Łacińskiej Unii Mody, apelował, by skromność panowała nad chwilowymi kaprysami mody. W 1959 roku arcybiskup Toledo mówił o zagrożeniu dla moralności, jaką jest wspólne kąpanie się na plażach kobiet i mężczyzn, gdyż stanowi ono "prawie zawsze bliską sposobność do grzechu i zgorszenia". Publiczne eksponowanie ciała uznano za bardziej bezwstydne i niebezpieczne od zupełnej nagości (notabene piętnowano także noszenie przez kobiety spodni).

Szał bikini zaczął się na dobre w latach 60. A wraz z nim powszechna moda na smażenie się w promieniach słońca aż do "strzaskania na heban". Opalenizna stała się szczególnie sexy od czasu, gdy Pamela Anderson po raz pierwszy przebiegła się po plaży w "Słonecznym patrolu".

Producenci kosmetyków na wyścigi szukali składników pomagających uzyskać szybko jak najciemniejszą opaleniznę. Najpierw najbardziej popularne były olejki zapachowe, których skład miał przyspieszać opalanie. Mniej zamożni eksperymentowali, smarując ciało naftą. Jeszcze nikt wtedy nie słyszał o promieniach UVB i UVA, nikt nie wiedział, że opalanie może być szkodliwe.

Wyzwaniem dla wynalazców stało się stworzenie sztucznego słońca, które pozwoliłoby uzyskać hebanowy wygląd bez mordęgi w upale. Pierwsze łóżko opalające zbudował w 1975 roku niemiecki konstruktor Friedrich Wolff. W tym samym roku na brazylijskiej Copacabanie pojawia się bikini ze stringami. To daje maksimum powierzchni do opalania ciała mimo wszystko ubranego. W kolejnych dekadach hitem staje się opalanie w solarium. Wystarczy kwadrans, by uzyskać taki efekt, jak po całodziennym smażeniu się na plaży.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Amelka
Chodzę do solarium Hawana w Gdyni, jeżdzę do ciepłych krajów. Kocham być opalona. Wiem, że trzeba uważać. Nawet panie w solarium mi to powtarzają. Dbam o stan swojej skóry i robię regularne badania. Nic mi nie jest. Dlatego czy można przestać szykanować osoby lubiące być nieco ciemniejsze?
S
Skwarka

Moda na opalanie trwa 80 lat. Dawniej kremów z filtrem nie znano. Nasze życie wydłużyło się za te 80 lat dwa razy. Więc przestańcie pisać głupoty o jakiś czerniakach i innych głupotach. Jak ktoś lepiej się czuje w jasnej cerze i nie lubi opalania to w porządku, ale natarczywe straszenie przez niektóre osoby ludzi kochających opalanie i śniadą cerę to przesada. Skoro człowiek dobrze się czuje będąc opalonym, lubi opalanie, dobrze znosi upały to co z tego, że ma pieprzyki czy jasną skórę, po to się opala by ściemniała. A zaczerwienienie brązowieje w ciągu kilku dni, dlatego nie przesadzajcie. Jak ktoś nie chce czy nie lubi niech nie robi, ale niech nie zabrania innym. Jak kogoś kręcą kremy z filtrem niech używa, ale niech nie nakazuje innym.

Dodaj ogłoszenie