Edward Krzemiński: Zdrowy czy chory. Jak rodzą się zaburzenia psychiczne. Fragment książki „Jak tu nie zwariować. Na herbatce u psychiatry”

Irena StanisławskaZaktualizowano 
Dr Krzemiński: Zaburzeniem psychicznym jest wszystko, poza potocznym pojęciem normy fot. 123rf
Wieloletni dyrektor szpitala psychiatrycznego w Tworkach o tym, jak jak poradzić sobie psychicznie we współczesnym świecie. Doktor Edward Krzemiński w rozmowie z Ireną Stanisławską rozwiewa wiele mitów związanych z tą najbardziej potoczną wiedzą o chorobach psychicznych.

Chociaż zmienił się stosunek ludzi do psychiatrii, nadal przeraża nas myśl, że moglibyśmy stać się jednym z jej pacjentów.
Myślę, że ludzie najbardziej boją się chorób psychicznych. Tych chorób jest kilka, a taką sztandarową jest schizofrenia. Ma ona charakter procesualny, czyli jest procesem, który kiedyś się zaczyna i kończy. I jak każdy proces może mieć szybsze lub wolniejsze tempo, przebiegać bardziej dramatycznie lub dyskretnie. W przypadku schizofrenii ten proces ma swoją ekspresję w postaci nawrotów psychozy, najczęściej paranoidalnej.

Psychoza nie jest osobną jednostką chorobową?
Nie jest, chociaż potocznie tak jest traktowana. Psychoza jest stanem ostrym, w którym człowiek doświadcza przeżyć niemających żadnego związku z rzeczywistością. Przeżywa wszelkiego rodzaju urojenia, którym często towarzyszą halucynacje (na przykład czuje, że ktoś steruje jego myślami). Psychoza bardzo często ma wyraźny początek, ma swoje apogeum, i kiedy jest skutecznie leczona, to potrafi ustąpić. Warto wiedzieć, że psychoza jest epizodem, który może objawić się w przypadku każdej innej choroby, niekoniecznie psychicznej. Występuje często u ludzi, u których dochodzi do nagłego załamania wielu systemów: wątrobowego, nerkowego, sercowego. Majaczenie u starszych ludzi jest również powikłaniem o charakterze psychotycznym. Psychoza może mieć też swój jednorazowy byt, na przykład być związana z infekcją. Człowiek może mieć ropny ząb i odczuwać lęk, niepokój, mieć halucynacje.

ZOBACZ TEŻ | Tomasz Jastrun i dr Magdalena Namysłowska o depresji

Źródło:
TVN

Przed laty miałam przełom tarczycowy. Byłam umówiona na kolejną rozmowę do książki i nagle przed wyjściem z domu zaczęłam się trząść ze strachu i płakać. Czy to był atak psychozy?
Może jeszcze nie, ale gdyby ten przełom tarczycowy trwał dłużej, gdyby te nieracjonalne lęki występowały częściej, to w pewnym momencie pojawiłyby się myśli, że coś dziwnego się z panią dzieje, że może ktoś panią otruł.

Aż tak?!
Tak. Czy to, czego pani doświadczyła, nie było szokujące?

Bardzo często nasz dyskomfort psychiczny tłumaczymy na różne sposoby, a tymczasem są to ewidentne objawy depresji

Kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i długo nie byłam w stanie się opanować.
Kiedy człowiek doświadcza niezrozumiałych dla niego objawów i zjawisk, zaczyna szukać jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia. Może wieczorem zjadłem coś nieświeżego? W tych poszukiwaniach wyjaśnienia może też posunąć się do interpretacji urojeniowych: „Może mnie ktoś truje?”. Dotyczy to zwłaszcza ludzi o pewnych predyspozycjach osobowościowych: takich, którzy nie ufają, wierzą w jakieś teorie spiskowe… A psychoza poporodowa? Okazuje się, że normalny, fizjologiczny poród w pewnych sytuacjach może być zaczynem ostrej, gwałtownej psychozy.

I co wtedy?
Leczy się te kobiety z depresji, bo z nią ta psychoza się wiąże.

A jakie są objawy?
Czarne myśli, kobieta nie kocha dziecka, chce umierać. Najczęściej jest to bardzo głęboki zespół depresyjny, który gwałtownie wybucha. Niebezpieczny, bo od czasu do czasu zdarzają się samobójstwa.

Czy kobieta w psychozie może też zabić swoje dziecko?
Może, jeżeli w psychozie pojawią się urojenia, że nie jest jej, że ktoś zamienił dzieci tylko po to, żeby ją ukarać, skompromitować, albo że to dziecko będzie jej wrogiem i w przyszłości ją zabije. Wtedy może się pojawić chęć ratowania siebie poprzez likwidację dziecka. Pewien mąż był przekonany, że jego żona jest sobowtórem nasłanym przez jakiś urząd bezpieczeństwa. Uznał, że go szpieguje, więc zabił ją ze strachu, że na niego doniesie. Więc czasami tak fatalne są konsekwencje urojeń, które w psychozie występują najczęściej.
Zatem, nie tak trudno o problemy psychiczne. Kiedy są to tylko problemy, a kiedy już można mówić o jakimś zaburzeniu?
W społeczeństwie funkcjonuje jakieś potoczne wyobrażenie na ten temat, natomiast w świecie nauki mamy mnóstwo definicji. Są bardziej rozszerzone, w których, aby zdefiniować, czy coś jest zaburzeniem psychicznym, bierze się pod uwagę ogromną liczbę czynników, ale jest też definicja uproszczona, która mówi, że zaburzeniem psychicznym jest wszystko, co jest poza potocznym pojęciem normy. Nie ma też jednej obowiązującej definicji zdrowia psychicznego. Ile szkół, tyle koncepcji. Jeżeli przyjmiemy tę bardzo zawężoną, wtedy na przykład będziemy mówili, że ktoś ma psychozę, jest chory psychicznie, a cała reszta jest zdrowa, tylko ma jakieś kłopoty ze sobą. Szersza definicja uwzględnia też zaburzenia związane z cierpieniem, dezorganizujące człowiekowi życie. Jedni mówią, że zaburzenia są czymś zwykłym, co przynależy do życia, a już choroba jest czymś suwerennym, autonomicznym. Ja myślę, że żadna z tych definicji nie jest właściwa. Jedna jest zbyt wąska, a z kolei definicje rozszerzone powodują, że autyzm lub dysleksja u dziecka muszą być traktowane jako choroba. To, co możemy powiedzieć, to to, że w tym worku, jakim jest psychiatria, mamy trzy przedziały: zaburzenia psychiczne, zaburzenia psychiczne uwarunkowane anatomią (związane ze zmianami organicznymi mózgu, wrodzonymi bądź nabytymi, na przykład alzheimer) oraz choroby psychiczne. W przypadku dwóch ostatnich, w związku z ich wyrazistością, łatwiej o definicję, natomiast w przypadku tych pierwszych, ich płynność jest tak duża, że i psychiatra czasem się pogubi. W kategorii zaburzeń mieszczą się: zaburzenia nerwicowe, zaburzenia osobowości, zaburzenia psychosomatyczne, a w każdej z nich jest mnóstwo kolejnych. Proponuję więc ich nie definiować i wszystkich nie wymieniać, by nie wprowadzać chaosu w głowach czytelników. Umówmy się, że po prostu będziemy nazywać je zaburzeniami. Tym bardziej że na przestrzeni lat zmienia się ich nazewnictwo. Weźmy choćby zaburzenia psychosomatyczne, dawniej nazywane nerwicami narządowymi. Mówiło się: nerwica żołądka, nerwica serca…

Nie rozumiem, po co ta zmiana?

Irena A. Stanisławska, Edward Krzemiński, „Jak tu nie zwariować. Na herbatce u psychiatry”, wydawnictwo: Muza S.A.

Aby podkreślić, że coś też dolega ciału. Takim przykładem jest choćby choroba wrzodowa żołądka, mająca swój konkret w postaci niszy wrzodowej, którą nawet da się, robiąc specjalistyczne badania, zobaczyć. Ale źródło tego zaburzenia organicznego jest w głowie. Bo chorujący na nią człowiek latami żył w trudnej dla siebie, traumatycznej sytuacji lub jest osobowością wycofaną, lękliwą, żyje w ciągłym strachu, że go ktoś źle potraktuje, źle oceni, wyrzuci z pracy, a na dodatek swoje emocje tłumi. A konsekwencje są takie, że prędzej czy później te negatywne uczucia znajdują swoje ujście w chorobie wrzodowej. Bo istnieje związek między czymś tak konkretnym, materialnym jak żołądek i czymś tak niematerialnym jak sfera emocji, osobowości człowieka i jego życia. Ludzie uważają, że skoro jakiś narząd jest uszkodzony, to w nim tkwi przyczyna choroby. Skoro boli kolano, to trzeba iść do ortopedy. Lecz okazuje się, że czasami badania nie wykazują żadnych zmian, a jakiś przytomny ortopeda zasugeruje, aby porozmawiać z psychiatrą. Taki pacjent będzie oburzony: „Jak to z psychiatrą?!”. Bo on z trudem rozumie, że zaburzenia sfery psychicznej, które są dla niego tak abstrakcyjne jak kosmos, mogą wpłynąć na coś tak fizycznego jak noga, barki czy żołądek. Jest wiele takich wyraźnie somatycznych dysfunkcji, w przypadku których lekarz nie stwierdzi żadnych zmian organicznych. A pacjent, uważając, że ma do czynienia z konowałem, idzie do następnego lekarza. I nawet gdy lekarz próbuje wytłumaczyć mu, że jego ból żołądka ma związek z tym, że cały czas jest w wewnętrznym konflikcie (na przykład, że będąc księdzem, nie wierzy w Boga, lub uśmiecha się do szefa, którego nienawidzi), przeciętnemu człowiekowi nie mieści się to w głowie.

Domyślam się, że w praktyce psychiatrycznej zaburzeń jest najwięcej?
Tak, ponieważ zaburzeniem jest również depresja (która występuje najczęściej). Taki człowiek cierpi: ma obniżony nastrój, lęki, nie śpi w nocy, nie ma apetytu. Nadal zachowuje swoją sprawność intelektualną, nie ma zaburzonej struktury osobowości i zerwanego kontaktu z rzeczywistością (jak ktoś w psychozie), ale nie funkcjonuje normalnie. Bardzo wiele tak zwanych zaburzeń ma związek z psychopatią. Psychopata, wbrew temu, co się o nim sądzi - że jest zimny, pozbawiony emocji - żyje w kolizji ze światem, w napięciu wynikającym z utrudnień, jakie napotyka na swojej drodze. On również cierpi, bo jeśli nie osiąga zamierzonych celów, jest przekonany, że ludzie są źli, że nikt nie uznaje jego potrzeb, że świat go nie kocha. Bywa, że ma depresję. Zaburzeniami są także nerwice, wszystkie skutki psychiczne związane z zażywaniem narkotyków, dopalaczy, alkoholu, środków nasennych, uspokajających i tak dalej, oraz zaburzenia związane ze starością.
Dlaczego jedni ludzie mają takie zaburzenia, a inni nie?
Zaburzenia są wypadkową dwóch rzeczy: jakiejś mniej lub bardziej zewnętrznej przyczyny oraz struktury osobowości (ktoś ma wysoką koherencję, a więc mniejsze dyspozycje, by ulegać wpływom zewnętrznym, a ktoś wręcz odwrotnie). Zatem nie zawsze ten sam czynnik musi wywołać ten sam skutek. Ale ważne też, jaki ten czynnik jest. Wyobraźmy sobie sytuację: mąż pojechał do kina z dwójką dzieci, a po kilku godzinach żona dowiaduje się, że wszyscy zginęli w wypadku. I druga sytuacja: mąż codziennie bije swoją żoną (nie katuje, tylko „żeby znała swoje miejsce w domu”). Wydaje się, że nie ma nic gorszego niż nagła śmierć męża i dzieci, tymczasem ta dramatyczna sytuacja jest „łatwiejsza” do przeżycia. O wiele bardziej destrukcyjne jest to molestowanie, poszturchiwanie, takie codzienne utrapienia. A właśnie tego jest w życiu najwięcej. Ludzie uważają choroby psychiczne za bardzo poważne, ciężkie, natomiast zaburzenia lekceważą, a prawda jest taka, że człowiek cierpiący na zaburzenie ma więcej dysfunkcji niż ten chory psychicznie. My w przypadku chorych mamy czasami większe możliwości skutecznego działania pewnymi lekami (nawet szybko wygaszając jakieś psychozy), a szarpiemy się z człowiekiem trzy czy pięć lat, próbując mu pomóc (w ramach psychoterapii) poradzić sobie z życiowymi problemami. Bo w tym zaburzeniu są jakieś permanentność, nieustępliwość, wynikająca z natury człowieka, która rodzi jego problemy. A przecież natury nie zmienimy. Tak jak struktury osobowości. Inne przekonanie, które jest totalną bzdurą, to takie, że długotrwałe zaburzenie może w końcu przerodzić się w chorobę psychiczną. Ludzie boją się, że skoro ileś lat męczą się z nerwicą, to prędzej czy później znajdą się w szpitalu psychiatrycznym. To nie jest możliwe, ponieważ są to dwa różne byty, dwa różne światy. To tak, jakby człowiek, mając złamaną nogę, obawiał się, że zachoruje na zapalenie płuc. Ja uważam, że jeżeli już ktoś ma rozpoznaną nerwicę, to z jej powodu może subiektywnie cierpieć bardziej niż niejeden schizofrenik. Nawet całe życie. Czyli to wcale nie musi oznaczać, że ten, kto ma nerwicę, jest w lepszej sytuacji. Czasami lepiej mieć schizofrenię niż zaburzoną osobowość. Lepiej dla tej osoby, ale też dla najbliższych. Bo na przykład przebywanie z kimś o osobowości psychopatycznej jest bardzo trudne. Bywa, że trudniejsze niż z chorym psychicznie.

Kiedy powinniśmy się zaniepokoić, że coś zaczyna nam szwankować? Ostatnio zdarza mi się, że na chwilę się „zawieszam”, wycinam z rzeczywistości. Oczywiście tłumaczę to sobie przemęczeniem...
Bo ten komputer, jakim jest nasz mózg, chce odpocząć, więc się resetuje.

Psychoza jest epizodem, który może objawić się w przypadku innej choroby, niekoniecznie psychicznej

Ale jeżeli taki stan pojawia się coraz częściej, to każdemu przychodzi do głowy myśl, czy wszystko z nim jest w porządku.
To może być równie dobrze banalna sytuacja będąca wynikiem zmęczenia, przepracowania, ale może też być to zapowiedź rzeczy tak fatalnej, jaką jest alzheimer za lat pięć. Trudność w psychiatrii polega na tym, jak odróżnić objawy będące najzwyklejszą reakcją na mniej lub gorzej zorganizowane życie (ni to depresja, ni to zaburzenia trochę lękowe), na zmianę swojej dyspozycji związanej z chorobą, z wiekiem, od objawów, które mogą być zapowiedzią procesu organicznego, na przykład guza mózgu, który za parę lat okaże się faktem. Ta umiejętność jest wyższą szkołą jazdy w tym zawodzie. Fakt, że cierpię, że mi się gorzej pracuje, może być akompaniamentem mojego życia. Może mój obniżony nastrój jest uzasadniony: mam złe małżeństwo, kiepską pracę, sąsiada, który hałasuje w nocy, córkę, która się nie uczy. Ale dla człowieka mądrego i z wyobraźnią powinien to być powód do zastanowienia. Bardzo często nasz dyskomfort psychiczny tłumaczymy na różne sposoby, a tymczasem są to ewidentne objawy depresji. Zamiast obwiniać się o lenistwo, stymulować do działania kolejną kawą czy faszerować środkami uspokajającymi, lepiej pójść do fachowca i usłyszeć, że ten stan nadaje się do leczenia. Jeśli ktoś odczuwa niepokój związany ze swoim stanem psychicznym, proponuję wizytę u psychiatry. Bo mamy tendencję, aby każde złe samopoczucie traktować jako chorobowe. Nasza wyobraźnia tworzy niesamowite scenariusze. Zauważyłem, że niekiedy przychodzący do mnie pacjenci są lekko niezadowoleni, kiedy im mówię: „Na szczęście jest pan zdrowy!”. „Ale ja przecież źle się czuję!”. „Tak, bo pana żona choruje, bo pana dziecko bierze narkotyki, bo pan stracił firmę… Tu mówimy o bólu życia. Czy człowiek myślący, wrażliwy będąc w takiej sytuacji, ma być wesoły, pogodny? Nie. Pan reaguje adekwatnie do sytuacji, którą panu zgotował los. Na to nie ma tabletek”. Na żałobę też nie ma tabletek. A ludzie nie chcąc odczuwać dyskomfortu, najchętniej poszliby do psychiatry: „Niech mi coś da!”. Czyli chcą środek przeciwbólowy na męczącą ich rzeczywistość. Nie zastanawiają się nad tym, że ten środek nie działa na złe życie. A jeżeli nawet pomoże, bo uspokoi, wyciszy, to jest to działanie farmakologiczne i zamiast rozwiązać problem, który jest źródłem kłopotów emocjonalnych, może spowodować uzależnienie.

Niepokój mogą też powodować koszmarne sny. Niektórzy ludzie mają powtarzający się sen, że kogoś mordują. Jest tak realistyczny, że boją się zasnąć.
To przypomniało mi dykteryjkę - jeden Chińczyk mówi do drugiego: „Dzisiaj w nocy śniłem, że jestem motylem, który śni, że jest człowiekiem. I teraz nie wiem, kim jestem”. Ze snami sytuacja jest trochę złożona. W pewnych kulturach przywiązywano i przywiązuje się do nich dużą wagę (choćby senniki egipskie). Sen jest traktowany jako znaczący, proroczy. Jego analizą zajmował się Zygmund Freud, który uważał, że sen jest listem pisanym do nas przez nas samych i warto go przeczytać. Jest również teoria bardzo współczesna (ta mi pasuje najbardziej), która mówi, że sny to nic innego jak „elektroniczne śmieci”; że są to prawdopodobnie nasze emocje, myśli, których nasza kontrolująca świadomość nie pozwoliła wypowiedzieć. Lecz one nie przestają istnieć, zepchnięte w głąb cały czas w nas są, a kiedy zasypiamy, nierozładowane szukają ujścia. Ten mechanizm jest trochę higieniczny, ponieważ sen, podobnie jak łzy, działa oczyszczająco. I chociaż płaczemy najczęściej z powodu bólu, niesprawiedliwości, tragedii, łzy przynoszą nam ulgę. Podobnie jest ze snami - koszmarne, agresywne sny pełnią bardzo pożyteczną funkcję, zwłaszcza u osób, które nie wyrażają (bo nie wypada lub nie potrafią) swoich negatywnych emocji. Nie demonizujmy więc pewnych rzeczy, chociaż wiem, że nie jest to łatwe. (...)

POLECAMY:

Wideo

Materiał oryginalny: Edward Krzemiński: Zdrowy czy chory. Jak rodzą się zaburzenia psychiczne. Fragment książki „Jak tu nie zwariować. Na herbatce u psychiatry” - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3