Franciszek Jop. Biskup na trudne czasy

    Franciszek Jop. Biskup na trudne czasy

    Archiwum prywatne

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Sobór Watykański II. Biskup Franciszek Jop siedzi w środku.

    Sobór Watykański II. Biskup Franciszek Jop siedzi w środku. ©Archiwum prywatne

    Gdy został biskupem opolskim, część księży protestowała u prymasa. Ale nowy pasterz szybko zdobył Ślązaków: trzymał Kościół z dala od polityki i jako jedyny hierarcha w Polsce jeździł P-70, poprzednikiem trabanta.
    Sobór Watykański II. Biskup Franciszek Jop siedzi w środku.

    Sobór Watykański II. Biskup Franciszek Jop siedzi w środku. ©Archiwum prywatne

    Franciszek Jop, bo o nim mowa, pozostaje dziś postacią niemal zapomnianą. Jego grób w opolskiej katedrze nie przyciąga tłumów. Niesłusznie, bo zrobił dla Śląska Opolskiego i Kościoła bardzo wiele.

    - Tak już jest, że o ludziach z przeszłości pamiętają tylko najstarsi - przyznaje ks. Alojzy Sitek, emerytowany kanclerz opolskiej kurii, przez 17 lat współpracownik biskupa Jopa. - Ale biskup Jop może by się z tej ciszy wokół siebie nawet cieszył. Zawsze wymagał dla siebie mało.

    Przez wiele lat, jako jedyny biskup w Polsce, jeździł samochodem P-70, czyli plastikowo-tekturowym poprzednikiem trabanta. Dopiero prymas przekonał go, że takie auto jest po prostu niebezpieczne, i wtedy zgodził się na kupienie warszawy.

    Podobnie było z jedzeniem, z ubraniem. Kazał zawsze kupować dla siebie najtańsze rzeczy. Za takie sumy, jakie wyznaczał, zwyczajnie nie dało się kupić np. sensownych butów, więc siostry w kurii czasem go trochę oszukiwały.

    Tu ma być Ślązak

    Tytularnym biskupem Opola został mianowany po raz pierwszy w 1951 roku, ale wtedy stalinowskie władze nie wyraziły zgody na jego kandydaturę. Pod naciskiem władz na administratora diecezji wybrano ks. Emila Kobierzyckiego, a prymas Wyszyński, by nie dopuścić do schizmy, uznał ten wybór.

    Ostatecznie dekret nominacyjny prymas wręczył ks. Jopowi na Jasnej Górze 1 grudnia 1956 roku.
    - Bronił się przed opolskim biskupstwem zdecydowanie - dodaje ks. Sitek. - Tego samego dnia wysłał do prymasa pismo, prosząc o cofnięcie nominacji. Pół roku później próbował zrezygnować raz jeszcze. Prymas nawet przedstawił jego prośbę papieżowi, ale ten pozostał niewzruszony.

    Nowy biskup poprzednio był biskupem pomocniczym w Sandomierzu. Miał świadomość, że tutejsi ludzie woleliby pasterza Ślązaka. Bał się, że nie będzie wyczuwał nastrojów ludzi, że jako "spadochroniarz" będzie miał przeciwko sobie część księży i wielu wiernych.

    - Nie były to obawy całkiem bezpodstawne - przyznaje ks. prof. Helmut Sobeczko, liturgista, przez wiele lat bliski współpracownik bpa Jopa. - Część księży pamiętających przedwojenne czasy, gdy Opole było częścią archidiecezji wrocławskiej, napisało list do prymasa Wyszyńskiego, krytykując tę nominację. Ale nowy administrator apostolski szybko potrafił sobie zjednać i księży, i świeckich. Pierwszą decyzją przywrócił do parafii bardzo dobrych proboszczów usuniętych z diecezji pod naciskiem władz pod pozorem germanizowania ludności w 1954 roku. Wielu tych kapłanów w czasie wojny było prześladowanych przez gestapo za mówienie i spowiadanie po polsku.

    Urodzony w 1897 roku w kongresówce biskup Jop mówił swobodnie po rosyjsku. Po studiach prawniczych w Rzymie nie gorzej niż po polsku władał łaciną i włoskim. Swobodnie rozmawiał po francusku i rozumiał dobrze po niemiecku. Gwary śląskiej się nie nauczył.

    - Ale miał wielką wrażliwość na obecność Ślązaków tutaj - dodaje ks. prof. Sobeczko. - Wtedy nie było formalnie mniejszości niemieckiej, ale ludzi, którzy odczuwali więź z niemieckością, było w diecezji więcej niż teraz. I biskup to rozumiał. Kiedy przegląda się jego listy pasterskie, daremnie by w nich szukać słowa "Polska".

    Wiedział, że władze wystarczająco go nadużywają. Nie chciał drażnić nikogo. Konsekwentnie stosował - mówiąc dzisiejszym językiem - zasadę parytetu. Jeśli na studia na KUL wysyłał przybysza z kresów albo z Polski centralnej, razem z nimi także Ślązaka. Jeśli dwóch Ślązaków zostawało prałatami, to razem z nimi także dwóch nie-Ślązaków. Myślę, że z czasem zaakceptował fakt, że w tamtej sytuacji politycznej biskupem opolskim może być tylko ktoś z zewnątrz. Ale jednocześnie nie ma wątpliwości, że Franciszek Jop był gorącym zwolennikiem wyboru Alfonsa Nossola na swego następcę.

    Biurko pod ratuszem

    Wydaje się, że wszystkim diecezjanom, nie tylko autochtonom, podobało się, iż Kościół pod jego rządami trzymał się z daleka od polityki. Kiedy go ostrzegano, że w wielkim żyrandolu w kurii może być ukryty podsłuch, odpowiadał, że nie jest spiskowcem i nie ma niczego do ukrycia, a jeśli władzom w czymś to pomoże, gotów jest wystawić biurko na rynek i tam urzędować.

    - To był biskup, który rozumiał świetnie, że przeciętny człowiek spotyka się z Kościołem przede wszystkim w swojej parafii - wspomina ks. Sitek. - Więc i ocenia go po poziomie duszpasterstwa - jakości katechezy, dostępności do spowiedzi, piękna śpiewu w kościele, łatwości kontaktu z księdzem itd. Więc na tym się koncentrował. Myślę, że i dzisiaj, kiedy część biskupów w Polsce wyraźnie okazuje swoje sympatie partyjne i polityczne, wizja biskupa Jopa nie straciła na aktualności.

    W czasach, kiedy był biskupem, kleryków zabierano z seminarium do wojska. Na każde święta dostawali paczki ze słodyczami osobiście opisane jego ręką i list z wyrazami pamięci. Kiedy przyjeżdżali na urlop, spotykał się z każdym z nich, rozmawiał, podtrzymywał na duchu.

    - Pamiętam, że siostrze furtiance polecił jak przykazanie, że nikt ubogi, kto przyjdzie do kurii po pomoc, nie może zostać odesłany bez wsparcia - wspomina ks. Sitek. - Czas miał dla wszystkich. Obojętnie, czy przychodził z problemem zasłużony ksiądz czy kompletnie anonimowy mieszkaniec regionu, siadał - odwracając się bokiem do rozmówcy, bo trochę niedosłyszał - i z nim rozmawiał. Z czasem stało się swego rodzaju legendą, że nigdy nie kończył takiego spotkania jako pierwszy. Nas, swoich współpracowników, nie kontrolował. Miał ogromne zaufanie. Ale dystans trzymał. Z nikim z nas nie był po imieniu. Nawet ze swoimi biskupami pomocniczymi.

    Tajne święcenia

    Zanim na dobre osiadł w Opolu, miał za sobą bardzo ciekawy, trwający cztery lata, epizod krakowski. W 1952 roku władze usunęły z metropolii krakowskiej arcybiskupa Baziaka i jego biskupa pomocniczego Rosponda, planując zastąpić ich którymś ze współpracujących z reżimem tzw. księży patriotów.

    Żeby tego uniknąć, kapituła krakowska na prośbę kardynała Stefana Wyszyńskiego wybrała Franciszka Jopa.

    Tu też miał poczucie tymczasowości. Nie wprowadził się do pałacu arcybiskupów krakowskich i bardzo długo nie rozpakowywał rzeczy. Biurka usuniętego biskupa nawet nie tknął. Na początku i tu uchodził za człowieka z zewnątrz. W dodatku władze przydzieliły mu dwóch współpracowników - wikariuszy generalnych.

    Za to walczyły ostro o każdą obsadę parafii, o każdą procesję, o każdą godzinę katechezy. A Franciszek Jop z precyzją godną prawnika robił swoje. Odwiedził 471 parafii, wizytując kościoły i bierzmując dzieci. Był w tym czasie jedynym biskupem w Krakowie - mieście dwóch seminariów diecezjalnych i mnóstwa zakonów. Nic dziwnego, że zdążył wyświęcić 327 diakonów.

    Nie mógł zapobiec zamknięciu "Tygodnika Powszechnego", ale kiedy władze zażądały wyznaczenia asystenta kościelnego dla paksowskiego następcy pisma, stanowczo odmówił. Kiedy odchodził z Krakowa do Opola, był powszechnie lubiany i szanowany.

    - W czasie pobytu bpa Jopa w Krakowie w tym samym mieście mieszkał ks. Bolesław Kominek. W 1945 został mianowany administratorem apostolskim w Opolu, ale biskupem nie był - opowiada ks. prof. Sobeczko.

    Kiedy w 1951 miał objąć biskupstwo we Wrocławiu, został przez władze usunięty. Atmosfera gęstniała. W 1953 prymas Wyszyński został aresztowany. Rok później zapadła decyzja, by ks. Kominka potajemnie wyświęcić na biskupa. Na jednego z trzech konsekratorów wyznaczono bpa Jopa. A na miejsce zdarzenia - Przemyśl. Na dworzec w Krakowie udali się osobno i w dużym odstępie czasowym.

    W pociągu też siedzieli daleko od siebie, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Święcenia odbyły się w pustej - jeśli nie liczyć jakiejś zabłąkanej przypadkowo zakonnicy - kaplicy przemyskiej kurii. Bp Kominek ujawnił, że został wyświęcony dopiero po październiku 1956 roku.

    Jest granica, jest diecezja

    W Opolu troszczył się o różne diecezjalne sprawy. Kiedy rosła liczba kandydatów do seminarium, w krótkim czasie wysłał około 20 księży na studia specjalistyczne, żeby miał ich kto uczyć. Reaktywował Wydawnictwo Świętego Krzyża.

    Uczestniczył aktywnie w obchodach 1000-lecia chrztu Polski. Nie tylko w swojej diecezji, ale też w 21 innych. Wszystko to było wstępem do oficjalnego ustanowienia diecezji opolskiej.

    - To był pewien paradoks - wspomina ks. kanclerz Sitek. - Polska administracja kościelna w Opolu funkcjonowała od 1945 roku, ale diecezji nie można było ustanowić bez traktatu pokojowego i uznania granicy między Polską i Niemcami.

    Układ Cyrankiewicz-Brandt podpisano w grudniu 1970 roku. Ale jego ratyfikacja i ostateczna wymiana dokumentów nastąpiły dopiero na początku czerwca 1972 roku. Zaledwie trzy tygodnie później - 28 czerwca 1972 - Opole stało się stolicą diecezji, a jej pasterz, po odbyciu ingresu do katedry, został ordynariuszem opolskim. Pozornie zmieniło się niewiele. Ten sam biskup i ta sama katedra. Ale cieszyliśmy się bardzo. Znikło poczucie tymczasowości naszego kościelnego życia.

    W kazaniu na tej uroczystości bp Jop przypomniał, że przyjął w Sandomierzu święcenia z rąk Ślązaka, z Błażejowic koło Toszka, Jana Lorka. - Biskupa Lorka Pan Bóg posłał ze Śląska do Sandomierza, a mnie z Sandomierza do Opola - mówił.

    W 1975 roku bp Franciszek Jop zachorował na nerki, a potem jego stan pogorszyły trzy wylewy.
    - Często, także leżąc w łóżku, celebrował ze mną mszę św. - wspomina ks. Sobeczko. - Razem odmawialiśmy brewiarz, bo do końca był niezwykle skrupulatny i pobożny. Mówił często, że nie chciałby umierać sam. I nie umierał. Współpracownicy z kurii, księża z katedry, siostry byli przy nim.

    Agonia 24 września 1976 ciągnęła się przez długie godziny. Każdemu z nas podał rękę i pobłogosławił. Wiem, że niedługo po jego śmierci pojawiła się w Episkopacie Polski myśl o jego procesie beatyfikacyjnym. Potem ten projekt zarzucono. Może warto do niego powrócić.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo