Jak europoseł Tarczyński uchwycił kamerą własne zdziczenie. Komentarz Krzysztofa Zyzika

Krzysztof Zyzik
Dominik Tarczyński, Prawo i Sprawiedliwość.
Dominik Tarczyński, Prawo i Sprawiedliwość. Bartek Syta
Bulterier PiS Dominik Tarczyński jechał sobie pociągiem i zobaczył samego Adama Michnika, redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, postrach polskiej prawicy. Tarczyński uznał to za świetną okazję, by pognębić 74-latka. Wyciągnął telefon z kamerą i niczym gimnazjalny hejter nakierował na twarz Michnika pokrzykując: „Pan pozdrowi brata!”.

Ponieważ dawny opozycjonista nie reagował na chamską zaczepkę, Tarczyński nie odpuszczał: „Do posła się pan boi odezwać? Zabrakło języka tym razem?”.

Dumny z brawurowej akcji europoseł wrzucił filmik do sieci. I pewnie do dziś nie rozumie, że rozpowszechnił w ten sposób monumentalny akt własnego zdziczenia.

To nie był pierwszy dowód na chamstwo klasy panującej, idioci się zdarzają zresztą w każdym ugrupowaniu, ale tak paskudnego czynu naprawdę nie da się porównać nawet z wulgarnym gestem posłanki Lichockiej. To była prymitywna napaść na starszego człowieka, bohatera antykomunistycznego podziemia, który w przepełnionym patriotyzmem liście wysłanym z więzienia odmówił komunistycznemu generałowi Czesławowi Kiszczakowi propozycji emigracji z Polski i wygodnego życia na Zachodzie. Tarczyński, miłośnik bąbelków spożywanych w jacuzzi i futer z jenota pewnie tego nie ogarnia, ale Michnik wybrał w tych mrocznych czasach siedzenie za kratami także po to, by po latach tacy troglodyci jak on mogli swobodnie korzystać z wolności słowa. By mogli jeździć za granicę bez paszportu, a kiedy powołają ich do tego wyborcy w wolnych wyborach, reprezentować Polskę w zachodnich strukturach politycznych.

Tarczyński, jeśli tak bardzo nie lubi Michnika, mógł wykorzystać przypadkowe spotkanie, by porozmawiać o jego roli już w wolnej Polsce. Ja na przykład chętnie pogadałbym z redaktorem o tym, czy aby za szybko nie rozgrzeszył komunistycznych cwaniaków. Szczególnie esbecji przebranej za biznesmenów. Czy „Wyborcza” nie przeginała z tropieniem wszędzie polskiego antysemityzmu. O takich sprawach można rozmawiać, choć należy pamiętać, że Michnik kieruje prywatną gazetą, która ma prawo pisać o czym chce i jak chce. Ale nie, Tarczyński zaatakował Michnika wyłącznie za czyny jego brata. Znacznie od niego starszego, ubeckiego drania. Postać bezdyskusyjnie negatywną.

Tyle tylko, że Adam nie jest Stefanem. I w naszej kulturze przyjmuje się, że dorośli ludzie odpowiadają za siebie. I koledzy Tarczyńskiego wielokrotnie w przeszłości świetnie to rozumieli. Ostatnio, kiedy Patrykowi Jakiemu próbowano doszywać winy brata. Dlaczego Tarczyński tego nie rozumie? I dlaczego nie został on jeszcze wyrzucony z hukiem z partii, która sama określa się lepszym sortem?

Może dlatego, że z badań im wychodzi, że tacy hejterzy są niezbędni, by zagospodarować szeroki elektorat. Że partia chcąca po raz trzeci z rzędu wygrać wybory, musi iść szerokimi skrzydłami. Od profesorów Legutki i Zybertowicza, przez bezbarwny środek, po antyinteligenckich siepaczy pokroju Tarczyńskiego. Szkoda tylko, że szefowie europosła nie myślą o tym, że realizując tę cyniczną taktykę fundują nam na długie lata głęboko podzielone, coraz bardziej nienawidzące się społeczeństwo.

Nowe przepisy ubezpieczeniowe dla bezrobotnych

Wideo

Dodaj ogłoszenie