Jak płynął "Rejs"

Fot. Michał Lewandowski
- Na temat "Rejsu" przelano już tony atramentu, ale ciągle są jeszcze fakty, o których nikt nie wspominał, jak choćby nasz "turecki zoom" - mówi Andrzej Barszczyński.
- Na temat "Rejsu" przelano już tony atramentu, ale ciągle są jeszcze fakty, o których nikt nie wspominał, jak choćby nasz "turecki zoom" - mówi Andrzej Barszczyński. Fot. Michał Lewandowski
Udostępnij:
Największą klęską w walce z cenzurą nie były sceny wycięte, lecz te, które musieliśmy dopisać - mówi Andrzej Barszczyński z Prudnika, współtwórca "Rejsu".

Rejs, kultowy film Marka Piwowskiego, nakręcono w 1969 roku. Andrzej Barszczyński był drugim operatorem i współtwórcą scenariusza. - Marka poznałem na studiach w łódzkiej filmówce - opowiada Barszczyński. - Na pierwszym roku nie było podziału na wydział aktorski i reżyserski. Uczyliśmy się tego samego, chodziliśmy na te same zajęcia. Byliśmy wszyscy kolegami. Być może stąd biorą się sukcesy naszych operatorów na Zachodzie, bo tam nie jest normalne, że człowiek zza kamery potrafi rozmawiać z reżyserem o sprawach twórczych. A u nas dyskusje są tak zażarte, że czasem dochodzi do bójek.
Zlepek marnych skeczy
- Zdjęcia do "Rejsu" rozpoczęliśmy rok po marcu 68 - wspomina Barszczyński. - Nasza uczelnia poparła wystąpienia studentów warszawskich, a część profesorów i kilku kolegów musiało wyjechać z kraju. Kiedy z Piwowskim, Głowackim, Tymem i innymi zaczynaliśmy ten film, decydenci wiedzieli, że nie kochamy socjalizmu. Na kolaudacji przyznano "Rejsowi" najgorszą, czwartą kategorię artystyczną i zezwolono na rozpowszechnianie w dwóch kopiach wyłącznie w kinach studyjnych.
W notatce sporządzonej w czerwcu 1970 roku po spotkaniu Wincentego Kraśki (kierownika Wydziału Kultury KC PZPR) wiceministra kultury i sztuki Czesława Wiśniewskeigo oraz Zbigniewa Pastuszki, dyrektora Zespołu Programu i Rozpowszechniania Filmu czytamy: "Stwierdzono, że film jest zlepkiem niezorganizowanych dramaturgicznie skeczy różnej długości i wartości. Forma (narracja, montaż, zdjęcia, dźwięk, tendencyjne korzystanie z brzydoty i ułomności fizycznej odtwórców prawie wszystkich postaci itp.), jak również treść (aluzje polityczne, "uszczypliwości" satyryczne, wymowa niektórych scen itd.) w zasadzie dyskwalifikują film.
Na ograniczone rozpowszechnianie "Rejsu" zezwolono tylko dlatego aby uniknąć (cyt.) "atmosfery niezdrowej sensacji, która często wytwarza mity o genialnych twórcach i ich dziełach prześladowanych przez polityków i administratorów kultury nie rozumiejących rzekomo nowoczesnych form wypowiedzi artystycznej."
Przed dystrybucją nakazano usunąć kilka scen.
Sekretarz ratuje "dupaka"
- Do wycięcia miała pójśc scena, gdy Kaowiec (Stanisław Tym) gra w salonowca, czyli "dupaka", z Filozofem, bo kojarzyło się to, że władza daje w dupę inteligencji - opowiada Andrzej Barszczyński. - Po interwencji Piwowowskiego osobiście zezwolił na jej pozostawienie sekretarz KC Wincenty Kraśko, ale musieliśmy przenieść ją w inne miejsce filmu.
Inaczej miało wyglądać zakończenie: Pasażerowie urządzają wielki bal przebierańców. Tylko Kózka nie chce założyć maski świni ("bo mnie w niej wszyscy poznają"). Statek wpada jednak na mieliznę i rejsowicze muszą z niego zejść. Korowód przebierańców wędruje po okolicy i napotyka na przeróżne postacie - pijaczków, policjantów, kobiety pod kościołem. Potem rejsowicze wracają na statek i odgrywają przygotowane dla kapitana przedstawienie. Podczas sceny kulminacyjnej (wielka piramida z ciał pasażerów) kapitan umiera.
Z tego wszystkiego w ostatecznej wersji "Rejsu" zostały tylko krótkie migawki z balu. Cięć było więcej, choć nie wszystkich dokonano po interwencji cenzorskiej.
Biust nie, kapitan tak
Jolanta Lothe, polska seksbomba ówczesnego kina, nie zgodziła się, by na ekranie pokazano jej nagie piersi.
- Scenę usunęliśmy, bo groziła nam sądem - opowiada Andrzej Barszczyński. - Później przepraszała za to Piwowskiego, a teraz pewnie żałuje, bo byłyby to kultowe piersi kina polskiego. A miała co pokazać - jej biust liczył w obwodzie 140 cm.
Aktorka prezentowała swoje wdzięki w scenie, w której inżynier Mamoń (Czesław Maklakiewicz) obserwuje przez lornetkę wychodzące spod pokładu dziewczęta, opowiadając małżonce, iż ogląda krajobrazy.
Jednak były również sceny, które twórcy "Rejsu" musieli dopisać.
- Fabuła firmu opierała się na tym, że rejsowicze chcą coś zrobić dla kapitana - opowiada Andrzej Barszczyński. - Początkowo scenariusz przewidywał, że ów kapitan miał się w ogóle w filmie nie pokazywać. No i tu się wtrącili cenzorzy. Stwierdzili krótko: "nie będzie kapitana, to nie będzie też filmu". Bo przecież widz mógłby sobie pomyśleć, że ta postać sybolizuje kogoś zupełnie innego. Na przykład pierwszego sekretarza partii. Dlatego kazali nam dopisać sceny, w których występuje kapitan z krwi i kości. To była nasza największa klęska, bo film stracił na poetyce.
Złym duchem "Rejsu" był Antoni Bohdziewicz, opiekun artystyczny filmu. To on, nie cenzorzy z Mysiej, był sprawcą wycięcia większości kontrowersyjnych scen.
Prawda i mity
O samym filmie, jak i o jego kręceniu, powstało szereg mitów. Jeden z nich głosi, że "Rejs" jest jedną wielką improwizacją.
- To nieprawda - mówi Andrzej Barszczyński. - Scenariusz był dość precyzyjny, choć pracując z naturszczykami należało liczyć się z niespodziankami. Słynna scena, w której inżynier Mamoń opowiada o polskich filmach, została wymyślona przez Maklakiewicza, który co prawda improwizował, ale według zatwierdzonych przez Piwowskiego punktów. Maklakiewicz był wtedy na sporym kacu i mógł ględzić godzinami. A my mieliśmy limit na taśmę filmową.
Wspaniała aktorska mimika grającego również w tej scenie Jana Himilsbacha, wzbudziła zachwyt krytyków swą autentycznością. I słusznie - aktor cierpiał straszliwe katusze po nocnej, suto zakrapianej imprezie.
- Himilsbach zawsze był na lekkim rauszu, bo tylko wtedy czuł się wyluzowany i mógł grać - wspomina Barszczyński. - Opowieści o nieustannym pijaństwie na "Rejsie" są jednak grubo przesadzone. No, może na rufie, gdzie mieszkali Himilsbach z Maklakiewiczem, było weselej niż gdzie indziej.
"Rejs" i Wolna Europa
Kiedyś na statek przyjechała ekipa filmowców z Nowej Zelandii.
- Tak się przynajmniej przedstawili, choć nam od początku wydało się to podejrzane - opowiada Barszczyński. - Przyjęliśmy ich, ugościliśmy, a po kilku dniach - bomba! Audycję o "Rejsie" nadało Radio Wolna Europa. Rzekomi filmowcy okazali się dziennikarzami tej rozgłośni. Trochę powiedzieli prawdy, trochę dodali i w efekcie władza się obraziła, że za państwowe pieniądze robimy antypaństwowy film, w dodatku przy nieustannych orgiach. To o mało nie stało się dla nas gwoździem do trumny.
Na szczęście władzę dało się ugłąskać. Jednak, co do orgii, dziennikarze RWE mogli mieć trochę racji.
Maciej Łuczak w swojej książce "Rejs - czyli szczególnie nie chodzę na filmy polskie" cytuje Marka Nowickiego (pierwszy operator): - Atmosfera na statku była trochę zdziczała - spotkały się tam panie około piętnastki i napaleni panowie pod sześdziesiątkę. (...) Wytworzył się nieprawdopodobny kocioł erotyczny. Pamiętam pannę Zuzę - piękną dziewczynę z długimi nogami, blondynkę o niebieskich oczach - która miała status nieomal prostytutki. Zamieszkała na statku, ale nie wiadomo było, u kogo spędzi noc. Otrzymałą przydomek Zuzia Ping-Pong.
Turecki zoom
"Rejs" był filmem stosunkowo tanim. Kręcono go na czarno-białej taśmie i za pomocą tylko jednej kamery.
- Nagrywaliśmy od razu dźwięk z obrazem, bo w studio naturszczycy nie potrafiliby podłożyć głosu - opowiada Andrzej Barszczyński. - To rodziło szereg komplikacji. Kamerę okryliśmy dźwiękochłonną obudową wielkości niewielkiego biurka. Można sobie wyobrazić, jak czuł się zamknięty w tej puszce operator. Na czas kręcenia trzeba było wyłączać też silniki statku, który płynął siłą rozpędu.
Najwięcej problemów stwarzały jednak zbliżenia. Cała polska kinomatografia dysponowała wówczas tylko dwoma obiektywami z zoomem (dziś ma go każda kamera wideo). Jeden był do ciągłej dyspozycji Andrzeja Wajdy, drugi jeździł po planach filmowych.
- Dali go i nam, ale był tak rozregulowany, że zdjęcia wychodziły nieostre - opowiada Andrzej Barszczyński. - No to wymyśliliśmy swój patent, który nazwaliśmy "tureckim zoomem".
Chodziło o to, żeby aktorzy sami podchodzili do kamery w czasie zbliżeń. O ile profesjonaliści radzili sobie z tym doskonale, to naturszczycy często zapominali, kiedy trzeba zbliżyć się do obiektywu.
- Feridun Erol przywiązywał im do nóg sznurki - opowiada Barszczyński. - Kiedy ze swojej puszki z kamerą dawałem mu znak, przyciągał nimi aktorów do kamery. To był właśnie nasz "turecki zoom".
PZPR i polski Zorba
Nikt nie wie dlaczego "Rejs" stał się tak kultowym filmem. W PRL kręcono komedie i śmieszniejsze, i bardziej wyszydzające absurdy komunizmu. Liczba fanów inżyniera Mamonia, Kaowca i innych rejsowiczów ciągle jednak rośnie.
- W Prudniku ponad setka młodzieży z ostatnich klas licealnych zawiązała PZPR, czyli Prudnicki Związek Przyjaciół Rejsu - mówi Andrzej Barszczyński. - Scenariusz filmu jest dla nich Biblią. Chcą wystartować w wyborach samorządowych i poprzeć kandydata, który by im zasponsorował komputer. Postulują też wprowadzenie głosowania za pomocą czarnych i białek kulek.
Młodzież spotyka się w prudnickiej piwiarni zwanej "Kardynałem". Planuje przekształcenie związku z prudnickiego na polski.
- Po nakręceniu "Rejsu" też mieliśmy ambitne plany - wspomina Barszczyński. - Marek Piwowski przymierzał się do adaptacji "Wycieczki na Południe" Sławomira Mrożka oraz do filmu w rodzaju polskiego "Greka Zorby" z Himilsbachem w roli głównej. Niestety, po kolaudacji rozbito naszą paczkę. Janusz Głowacki długo nie mógł znaleźć pracy, Marek Piwowski też przez osiem lat nic nie robił. Na szczęście ja musiałem odrobić studenckie stypendium w telewizji i wróciłem tam do pracy. A czemu pozwolili nam nakręcić "Rejs"? No cóż. Władza robiła takie wentyle dla niepokornej młodzieży. Poza tym pracowaliśmy w zespole filmowym "TOR", którym kierował Stanisław Różewicz. To był niezwykle kulturalny człowiek, nie związany z polityką. To dzięki niemu udało nam się pokonać ówczesny beton. A była już koncepcja, żeby film pociąć na kilkuminutowe kawałki i puszczać w telewizji jako przerywniki.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nowa Trybuna Opolska
Dodaj ogłoszenie