Justyna Kowalczyk: - W Rosji presja będzie mniejsza

Foto Olimpik/x-news

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Justyna Kowalczyk wystartuje na swoich trzecich zimowych igrzyskach. Debiutowała w 2006 roku. Biegaczka z Kasiny przygotowuje się nie tylko do zdobycia medalu, ale też do obrony pracy doktorskiej.

Do Turynu pojechała jako nieopierzona 23-latka, choć już wcześniej parę razy błysnęła w zawodach. - Te igrzyska były dla mnie szalone, tyle skrajnych rzeczy się wydarzyło. Radość, smutek, płacz, nawet utrata przytomności. A na koniec był mój pierwszy medal olimpijski. Chciałabym, aby teraz w Soczi było mniej takich ekstremalnych doznań - mówi Justyna Kowalczyk.

Do Vancouver jechała jako wielka gwiazda. Rok wcześniej podczas mistrzostw świata w Libercu została królową nart z dwoma złotymi i brązowym medalem, Marit Bjoergen przybiegała wówczas daleko z tyłu pod koniec drugiej dziesiątki.
- Vancouver było jak bajka. Dwa medale - srebrny w sprincie, brązowy w biegu łączonym - a na koniec złoto na 30 km po morderczej walce z Marit Bjoergen. Po tym biegu pytano mnie, czy to był mój bieg życia? Nie wiem, miałam już dobre biegi, ale ten chyba był najważniejszy, bo dał mi olimpijskie złoto. Czy może być coś piękniejszego? - wspomina Kowalczyk.

Przygotowania do Soczi przebiegały zgodnie z planem. Aż tu zostały nagle i niespodziewane, zakłócone pod koniec grudnia. Kowalczyk wycofała się z Tour de Ski, w którym triumfowała już czterokrotnie.
- Musieliśmy ostro zaprotestować przeciwko niesprawiedliwym decyzjom organizatorów. Nie może być tak, że faworyzuje się styl dowolny. Wiedziałem, że skomplikuje nam to przygotowania do igrzysk, ale wspólnie z Justyną podjęliśmy taką decyzję - mówi trener Aleksander Wierietielny.

To była rzeczywiście bardzo trudna decyzja. Wiadomo, że Justyna Kowalczyk dochodzi do wysokiej formy w cyklu startowym. Teraz wypadło aż dziewięć biegów, trzeba było kombinować. Nasza biegaczka pojechała na wysokogórski trening we włoskie Alpy, wzięła udział w turystycznym biegu pod Alpe Cermis.
- Jestem zadowolona z tego startu, mocno się zmęczyłam, nogi bolały, a o to chodzi - mówiła po biegu. Potem był zwycięski bieg na oczach swojej publiczności na Polanie Jakuszyckiej. I nagle z Włoch dotarła alarmująca wiadomość o kontuzji stopy. Zawodniczka i trener nie chcieli na ten temat z nikim rozmawiać, ale uraz nie był groźny, skoro Kowalczyk pobiegła 1 lutego w biegu na 10 km w Toblach, zajmując piąte miejsce. Ten wynik jeszcze wzmógł dyskusje na temat dyspozycji Polki przed zapewne ostatnim w karierze występem na igrzyskach.

Biegaczka z Kasiny Wielkiej przymierza się do olimpijskiego startu w trzech lub czterech konkurencjach. Na pewno pobiegnie na swoim koronnym dystansie 10 km klasykiem, w biegu łączonym 2x7,5 km i na 30 km łyżwą. Być może wystartuje jeszcze w sprincie drużynowym, ale to okaże się na miejscu, w Soczi.
Kowalczyk jak ognia unika pytań o swoje olimpijskie szanse.
- Jest tyle bardzo dobrych zawodniczek, koleżanki trenowały bardzo ostro - mówi. Cieszy się tylko z jednego. - Presja w Soczi powinna być mniejsza niż w Vancouver. W naszej reprezentacji jest bardzo mocna grupa skoczków, łyżwiarzy szybkich, są biatlonistki. Będzie mi raźniej - twierdzi.
Trener Edward Budny uważa, że w biegach kobiecych jest sporo zagadek.
- Z Tour de Ski wycofała się Marit Bjoergen, nie biegała w nim Justyna. Therese Johaug wygrała, ale, mówiąc szczerze, nie miała z kim przegrać. Niedawno w mistrzostwach Norwegii Johaug zdeklasowała Bjoergen, wygrywając z nią o ponad minutę. Gdzieś u siebie w kraju zaszyła się Charlotte Kalla. Nie wiemy do końca, w jakiej dyspozycji jest Justyna. Nigdy nie wiadomo, co wydarzy się w tak wielkiej imprezie jak igrzyska. Przed rokiem Justyna jechała na mistrzostwa świata do Val di Fiemme świetnie przygotowana, ale upadek w sprincie zachwiał jej psychiką - mówi Budny.

Kowalczyk to tytan pracy. Wstaje codziennie o godz. 5, potem ma poranny rozruch, 2-3-godzinny trening przedpołudniowy i w takim samym wymiarze po południu. Ćwiczy do 7 godzin dziennie. Treningi na lodowcu w Ramsau obserwował profesor AWF w Krakowie Szymon Krasicki. I był pod wrażeniem tego, co zobaczył. - Justynę podziwiam za tytaniczną pracę i ogromne wyrzeczenia. Potrafi wszystkie inne sprawy odłożyć na bok, dla niej liczą się tylko narty. Koncentruje się tylko na treningu. Zapytałem ją w Ramsau, czy widziała film "Samotność długodystansowca" i o czym myśli w czasie treningu? Tylko się uśmiechnęła: "Nie mam czasu na myślenie, w każdym momencie skupiam się na tym, co robię".
Zdaniem profesora Krasickiego Justyna Kowalczyk nie jest takim fenomenem wydolnościowym, jakim był na przykład Józef Łuszczek.
- Ale jej koncentracja, zdeterminowanie, pozytywne nastawienie do tego, co wykonuje, sprawiają, że jest takiej klasy mistrzynią. Ma wyjątkową umiejętność znoszenia ogromnych obciążeń fizycznych, a także psychicznych.

Kowalczyk celuje teraz w medal olimpijski i... doktorat. Przed rokiem otworzyła przewód doktorski na AWF w Krakowie, pisze pracę u prof. Krasickiego. - Jestem pełen uznania dla Justyny. Wysyłam jej arkusze do wypełnienia, a ona, mimo przygotowań olimpijskich, systematycznie odpisuje mi mejlem. Potrzeba jej jeszcze miesiąca, dwóch do zakończenia pracy - mówi.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie