Katarzyna i Cezary Żakowie: - Warto było zaryzykować

Iwona Kłopocka-Marcjasz
Iwona Kłopocka-Marcjasz
Katarzyna i Cezary Żakowie
Katarzyna i Cezary Żakowie
- Każdy aktor o tym marzy, to jest wpisane w nasz zawód. Bardzo lubię to, co robię, ale gdybym miała jeszcze raz wybierać zawód, to nie wybrałabym aktorstwa - mówi Katarzyna Żak.

- Dobiegają końca zdjęcia na planie szóstej serii "Rancza". Podobno na życzenie publiczności. To chyba największa frajda dla realizatorów?
Cezary: - Publiczność naprawdę zażądała kontynuacji serialu, ludzie pisali petycje do telewizji. Ucieszyłem się, gdy zapadła decyzja, że kręcimy dalej, bo bardzo lubimy to grać i świetnie się przy tym bawimy. Nowe odcinki pojawią się w telewizji na wiosnę.

- Proszę zdradzić trochę szczegółów nowej serii. Podobno wójt, teraz świeżo upieczony senator, da plamę w Warszawie?
Cezary: - Za dużo nie zdradzimy, bo producent by nas powiesił, ale faktycznie senator przyjedzie za wcześnie ze swym sekretarzem Czerepachem pod gmach Sejmu i z nerwów będą musieli się trochę rozluźnić. Rozluźnianie potrwa dość długo. Kiedy senator Kozioł uzna, że już czas wejść na pierwsze posiedzenia senatu i złożyć przysięgę, będzie wyraźnie "pod wpływem", a tymczasem dopadną go kamery telewizyjne. No i parlamentarzyści będą mieli dylemat: czy senatora można ukarać przed zaprzysiężeniem, czy nie można. Samo życie.

- Z kolei zahukana Solejukowa wybiera się na studia?
Katarzyna: - Ale zanim to nastąpi, czeka ją jeszcze matura. Dla takiej kobiety, jak moja bohaterka, będą to radykalne zmiany życiowe. Oczywiście dalej będzie też tłumaczyć z włoskiego.

- Pani zna włoski?
Katarzyna: - Uczę się, mam lektorkę, która ze mną pracuje. Na planie jest też Włoch - konsultant. Zaczynałam od zera, a teraz już znam bardzo dużo słów i zwrotów, i sprawia mi to wielką radość. Wystarczy trochę się przyłożyć i widać efekty.

- Serial jest blisko życia, ale historia Solejukowej, która tak niespodziewanie się wyemancypowała jest jednak mało prawdopodobna.
Katarzyna: - To po prostu bardzo zdolna kobieta, która nigdy nie miała okazji, by te zdolności u siebie stwierdzić i wykorzystać. Scenarzyści poszli tym tropem, że czasem w życiu nie mamy jak rozwinąć wrodzonych talentów. Solejukowa skończyła szkołę, musiała pójść do pracy, wyszła za mąż, urodziła siedmioro dzieci i dopiero przy dzieciach, powtarzając z nimi lekcje, odkryła swe zdolności. Ta kobieta jest dowodem na to, że niezależnie od wieku, jeśli tylko ma się chęć, można osiągnąć sukces. Wiem, że to mało prawdopodobne, ale bardzo bronię tej postaci.

- W serialu gracie państwo od 2006 roku. Czy Jeruzal, główne miejsce jego akcji, traktujecie już jako swoje miejsce? Wsiąkliście w miejscową społeczność?
Cezary: - To nasze miejsce, ale tylko przez cztery miesiące w roku. Nie jest łatwo wejść w taką wiejską hermetyczną społeczność. Ci ludzie nie lubią, jak im się ktoś kręci po wsi i zatrzymuje ruch na drodze, kiedy oni akurat muszą jechać w pole, by kosić, bo jutro będzie deszcz. Na początku były jakieś protesty, ale potem nas polubili. Mieszkańcy Jeruzala statystują, głównie w scenach kościelnych, i kiedy ujrzeli się w pierwszej serii na ekranie, kiedy zobaczyli, jaką to ma oglądalność i dobre opinie, to zmiękli. Poza tym mamy pewne zasługi dla tej społeczności. Parę lat temu miejscowy ksiądz żalił się nam, że musi wyremontować XVIII-wieczny drewniany kościół i prosił o pomoc. Ekipa zorganizowała więc aukcję pamiątek po serialu, zdjęć i gadżetów. Przez tych kilka lat uzbieraliśmy tyle pieniędzy, że kościół udało się wyremontować. Na pierwszą aukcję do Jeruzala ściągnęły tłumy, trzy tysiące osób. Miejscowy wójt powiedział, że nigdy wcześniej nie było tam tylu ludzi.
Katarzyna: - Do czasu "Rancza" Jeruzal był zupełnie nieznany, a teraz ludzie w czasie wakacyjnych podróży wstępują tam. Mogą kupić mamrota, robią sobie zdjęcia przy ławeczce, która cały czas stoi pod sklepem. Zaglądają do kościoła, gdzie mogą kupić cegiełki ze zdjęciem kościółka i naszymi fotkami z planu. A miejscowi ludzie chętnie ich oprowadzają po zakątkach i zakamarkach znanych z filmu.

- W filmowym Jeruzalu, czyli w Wilkowyjach, jeszcze do niedawna twardą ręką rządził wójt Kozioł. Skąd pomysł na tę postać?
Cezary: - Po pierwszej lekturze scenariusza od razu zobaczyłem w postaci wójta mojego stryja, kiedyś sołtysa we wsi pod Brzegiem Dolnym, u którego w dzieciństwie często bywałem. Wiedziałem, że wójt musi być człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, dość chamskim, ale trzymającym całą wieś za gardło. Po pierwszym odcinku zadzwonili do mnie kuzyni i powiedzieli, że rozpoznają w tej postaci swego ojca.

- Solejukowa też się narodziła z rodzinnych inspiracji?
Katarzyna: - Pewne jej rysy wzięłam z obserwacji mojej babci, u której często spędzałam wakacje w małym miasteczku, w domu ze studnią na podwórku. To była bardzo zapracowana kobieta, miała sześcioro dzieci. Aby podołać wszystkim obowiązkom, musiała bardzo się ze wszystkim spieszyć - szybko chodziła i wszystko szybko robiła. Ten szybki chód Solejukowej, to sposób poruszania się mojej babci. A reszta to moje wyobrażenie o tym, jaka musi być wiejska kobieta, żona pijaka, matka siedmiorga dzieci, żyjąca w domu bez pralki i zmywarki. Oczywiste było, że ona nie może wyglądać tak jak ja.

- Dużo wysiłku włożyła pani i charakteryzatorki w tę metamorfozę.
Katarzyna: - To sama przyjemność!

- Tak się pobrzydzić? Rozpoznał pan od razu żonę w Solejukowej?
Cezary: - Tak, bo mnie uprzedziła, ale mama Kasi jej nie poznała. Kiedy Solejukowa miała pierwszy raz pokazać się na ekranie, żona zadzwoniła do swojej mamy, że to dziś będzie ten odcinek. Po emisji długo czekaliśmy na telefon, czy było dobrze, czy źle. Ale mama nie zadzwoniła. Więc Kasia sama złapała słuchawkę. No i jak, pyta, widziałaś? Przecież cię nie było - odparła mama. A kiedy dowiedziała się, że chodzi o Solejukową, aż jęknęła: Boże, co oni z ciebie zrobili!

- Nim zaczęliście grać w "Ranczu", przez wiele lat - od ukończenia studiów - pracowaliście w teatrze we Wrocławiu. Ale pana ciągnęło do Warszawy, do popularności...
Cezary: - Byłem aktorem "prowincjonalnym", grałem we Wrocławiu, Jeleniej Górze i oprócz kilkuset osób, które chodziły do teatru, nikt mnie nie znał. A mnie zawsze ciągnęło do grania dla masowej publiczności. Spędziłem wiele czasu w pociągach Wrocław-Warszawa, by zagrać jakiś epizod w filmie fabularnym. Od tego się zaczęło.

- A kiedy miał już pan dość życia w pociągach, powiedział pan żonie "pakujemy się". I co?
Cezary: - Kasia była zaskoczona. Przez kilka dni musiała to głęboko przełykać.
Katarzyna: - Jak pamiętasz, nasza młodsza córka miała wtedy 7 miesięcy. To nie jest czas, gdy kobieta z dzieckiem przy piersi myśli o rzucaniu się na głęboką wodę, odcięciu się od blisko mieszkających i bardzo pomocnych teściów, od przyjaciół, zwłaszcza w sytuacji, gdy ma się już pewną pozycję w teatrze i dużo grania. Słowem - byłam przeciwna.

- Ostro musiało być.
Cezary: - Nie będę opowiadał w szczegółach, jak przekonywałem żonę, ale rozmawialiśmy wiele godzin, a nawet dni.

- To było duże ryzyko?
Cezary: - Proszę pamiętać, że to był rok 1995, czyli czasy przedserialowe, nawet "Klanu" jeszcze wtedy nie było. Wiedziałem, że albo będę grał, jak do tej pory, epizody w filmach i jakoś się utrzymamy, albo będzie cienko. Na szczęście Kasia dostała etat w Teatrze Rampa u Andrzeja Strzeleckiego, więc wiedziałem, że przynajmniej ona ma bazę, na której można się oprzeć. Ale byliśmy w zupełnie obcym mieście, gdzie nikt nas nie znał. Dziś wiemy, że warto było zaryzykować.

- Długo czekaliście na ten moment, kiedy można było sobie powiedzieć: "Fajnie, że jednak się zdecydowaliśmy"?
Cezary: - Ja od razu wiedziałem, że dobrze robię. Kasia musiała się troszkę przekonać.
Katarzyna: - Wszystko potoczyło się jednak zadziwiająco szybko. Jeszcze we Wrocławiu pokazałam Andrzejowi Strzeleckiemu moją płytę i ona mu się bardzo spodobała. Do teatru przyjął wtedy mnie i Roberta Janowskiego. Notabene z Robertem potem razem zaczynaliśmy w "Jaka to melodia". A w Rampie od razu weszłam w próby bardzo fajnej sztuki i już po kilku miesiącach pojechaliśmy z tym przedstawieniem do Wrocławia na festiwal piosenki aktorskiej. Moi dawni koledzy z teatru wrocławskiego nie mogli uwierzyć, że to się tak błyskawicznie potoczyło.

- Udało się, bo mieliście szczęście, czy po prostu Warszawa jest dla takim miejscem, gdzie utalentowanym osobom wszystko musi się udać?
Cezary: - Nasz zawód głównie opiera się na szczęściu, a talent akurat jest na ostatnim miejscu. Pewnego razu byliśmy w kinie i spotkałem tam znajomego kierownika produkcji. Coś tam bąknąłem, że chyba wyjedziemy do Warszawy, a on, że to dobrze się składa, bo właśnie będzie robić teatr telewizji z Januszem Kijowskim, a Kijowski poszukuje aktora do drugoplanowej roli, więc może miałbym chęć zagrać z Januszem Gajosem. Pojechałem do stolicy, spotkałem się z Januszem Kijowskim i on dał mi tę rolę. Od tego zaczął się ten łańcuch wydarzeń, który napędził następne propozycje. Nie wiem, jak by to się potoczyło, gdybyśmy wtedy z Kasią nie poszli do tego kina. Bo proszę sobie wyobrazić, że otwarty pokaz tego teatru telewizji zobaczył dyrektor Teatru Powszechnego. Bardzo mu się spodobałem i zatrudnił mnie u siebie. Tam pracowała Krystyna Janda, która mnie zaangażowała do epizodu w "Marii Callas". Współpraca tak się dobrze ułożyła, że dzisiaj mam szczęście grać w trzech przedstawieniach w jej teatrze. Trzeba mieć nosa, by wiedzieć, z kim grać i co grać, ale najpierw trzeba mieć szczęście, by tych ludzi w ogóle spotkać.

- "Miodowe lata", a potem "Ranczo" przyniosły panu wielką popularność. To jest to, o co panu chodziło, gdy był pan anonimowym wrocławskim aktorem?
Cezary: - To nie jest to, o co mi chodziło, bo wciąż uważam, że wszystko przede mną i przed nami. U nas w kraju zdobyć popularność to nie jest trudna sztuka. Teraz chciałbym zacząć grać. Przede wszystkim rzeczy poważniejsze. Bo po 26 latach grania głównie komedii, trochę mi się przejadło. Mam łatwość grania w komedii, więc kiedy tylko spada na mnie jakaś poważniejsza propozycja, a spada bardzo rzadko, to biorę ją bardzo chętnie i zatracam się w pracy nad nią.

- Pani też marzyła o popularności i rozpoznawalności?
Katarzyna: - Każdy aktor o tym marzy, to jest wpisane w nasz zawód. Bardzo lubię to, co robię, ale gdybym miała jeszcze raz wybierać zawód, to nie wybrałabym aktorstwa.

- I mówi to pani teraz, gdy jest znana i lubiana?
Katarzyna: - I bardzo zapracowana. Aktorstwo to bardzo trudny zawód dla kobiety. Dlatego jestem przeszczęśliwa, że moje córki nie poszły naszym śladem. Przez chwilę starsza miała takie ciągoty, ale szybko zrozumiała, gdzie tkwi zagrożenie. Bo z jednej strony ta nibypopularność i blichtr są super, ale z drugiej strony rozpaczliwie brakuje czasu dla rodziny. Ja teraz pracuję na czterech scenach, a to oznacza, że nie ma mnie w domu przez 24-25 wieczorów w miesiącu. Kiedy dzieci były małe, to z jednej strony cieszyłam się, że mogę grać, a ludzie mnie oklaskują i podziwiają. Ale drugiej strony, gdy zostawiałam te małe dziewczynki, to mi się serce na cztery części krajało z żalu. I tego czasu nikt mi nie wróci. Coś za coś. Kobietom jest też trudniej w tym zawodzie z innych powodów - jest dla nich mniej ról, a konkurencja większa, poza tym kobiety szybciej się starzeją, a w ich przypadku atrakcyjność zewnętrzna jest znacznie ważniejsza niż w przypadku mężczyzn-aktorów. I tak dalej, i tak dalej...

- Żałuje pani?
Katarzyna: - Jestem szczęśliwa, cieszę się z każdej roli, ale gdybym mogła cofnąć czas to... zostałabym prawnikiem. Jestem wyszczekana, myślę, że byłabym w tym niezła.

- Ciekawe, dlaczego to mamy-aktorki zawsze martwią się o pozostające w domu dzieci, a tatusiowie-aktorzy nie mają takich wyrzutów sumienia?
Cezary: - Skąd pani wie, że nie mają?
Katarzyna: - Nie wiem, czy oni mają, czy nie mają wyrzutów sumienia, ale to ja jestem matką. Oczywiście my się dzieliliśmy obowiązkami. Bez pomocy Cezarego nie udźwignęłabym wszystkiego, ale to kobieta jest odpowiedzialna za dzieci. I na to nie ma siły.

- Państwa starsza córka jest już dorosła, a młodsza chodzi do liceum, więc pewnie jest dużo łatwiej, np. kiedy jesteście w trasie po Polsce z przedstawieniem "Dziwna para". W listopadzie w samym Opolu spędziliście dwa dni. Ile razy zadzwoniła pani wtedy do domu?
Katarzyna: - Kilka.

- Jest pani nadopiekuńczą mamą?
Katarzyna: - Jestem. To wynika z wielu rzeczy. Mojego charakteru, doświadczeń rodzinnych, tragedii, które się w moim życiu wydarzyły. Jestem przewrażliwiona i nic na to nie poradzę. Córki się do tego przyzwyczaiły i nie buntują się, bo wiedzą, dlaczego taka jestem.

- Jeszcze rok temu w prasie można było znaleźć sporo wywiadów, w których chętnie i ze szczegółami opowiadaliście o życiu prywatnym. Teraz, kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, pani zastrzegła od razu, że ani słowa o rodzinie. Skąd ta zmiana?
Katarzyna: - Jakiś czas temu udzieliłyśmy ze starszą córką wspólnego wywiadu pismu dla kobiet. Przyznałam się tam do mojej nadopiekuńczości. Po roku na pierwszej stronie tabloidu zobaczyłam fragment tego tekstu opatrzony tytułem: "Jestem toksyczną matką". Można się zniechęcić do opowiadania o sobie, prawda?

- Mimo to zaryzykuję. Kilka lat temu w kościółku w Jeruzalu-Wilkowyjach odnowili państwo przysięgę małżeńską...
Katarzyna: - Boże, jaka byłam zła, że ktoś z ekipy puścił to do prasy.
Cezary: - To dla nas zbyt osobiste, by o tym opowiadać.

- Na państwa ślubie 26 lat temu pani Katarzyna dostała ataku śmiechu, gdy ksiądz w trakcie składania przez was przysięgi, rzucił na boku uwagę do ministranta: "Nie dłub w nosie!". Chciałam tylko zapytać, jak było tym razem.
Katarzyna: (śmiech) - Zgodnie z powagą sytuacji i liturgią.

- Co przyniesie państwu nowy rok?
Cezary: - Dostałem pierwszą w życiu propozycję reżyserii w teatrze. To będzie dla mnie duże wyzwanie. Rzecz się nazywa "Trzeba zabić starszą panią". Prapremiera zaplanowana jest na grudzień w Londynie. Krystyna Janda kupiła prawa do tej sztuki i zaproponowała mi jej realizację w Och Teatrze.
Katarzyna: - Zagrałam zakonnicę w serialu "Siła wyższa". Jego emisja była już zapowiadana na jesień, ale prawdopodobnie dojdzie do niej w marcu przyszłego roku. Poza tym mam kolejną premierę, dużo gram, dużo jeżdżę.
Cezary: - Uprawiamy zawód, proszę pani (śmiech).

- I marzycie o...?
Katarzyna: - Po prostu uprawiamy zawód. Ja już się boję o czymkolwiek marzyć.
Cezary: - Dlaczego taki pesymistyczny nastrój wprowadzasz?
Katarzyna: - Bo jestem pesymistką, przecież wiesz.

- Pan oczywiście jest optymistą?
Cezary: - Ale już umiarkowanym. Nie wiem, czy to dlatego, że jestem z Kasią 26 lat, ale już umiarkowanym optymistą.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie