Kradzież 8 mln zł. Jak przebiegał skok stulecia?

Norbert Kowalski
Krzysztof W., fałszywy konwojent, przygotowywał się do skoku stulecia przez kilka miesięcy
Krzysztof W., fałszywy konwojent, przygotowywał się do skoku stulecia przez kilka miesięcy monitoring
Udostępnij:
Dotarliśmy do akt śledztwa w sprawie ubiegłorocznej kradzieży 8 mln zł przez fałszywego konwojenta. Przygotowania do akcji trwały już w 2014 roku. Wszystko było świetnie zaplanowane.

Śledczy przez miesiące nie potrafili rozwiązać zagadki skoku stulecia, do którego doszło w lipcu zeszłego roku. Przypomnijmy, że fałszywy konwojent odjechał wtedy sprzed jednego z banków w Swarzędzu bankowozem, w którym znajdowało się ponad 8 mln zł. Ostatecznie sprawę udało się rozwikłać w dużej mierze dzięki błędowi popełnionemu przez jednego ze złodziei już po kradzieży. I chociaż ten przez długi czas nie przyznawał się do winy, w końcu wyznał prawdę. A wtedy ruszyła lawina zatrzymań.

Zaczęło się w 2014 roku

Kradzież pieniędzy w Swarzędzu była świetnie przygotowana, planowano ją od miesięcy. Pomysł pojawił się jeszcze w 2014 roku w rozmowie między Grzegorzem Łuczakiem a Adamem K. Ten pierwszy był wtedy wiceprezesem zarządu firmy ochroniarskiej Servo. Drugi z mężczyzn był jego bliskim przyjacielem. Obaj znali się od lat. W 1993 roku razem wstępowali do policji, a w latach 1994-1997 służyli w tym samym komisariacie w Łodzi. Później ich drogi zawodowe się rozeszły, choć prywatnie nadal pozostawali w kontakcie. W trakcie jednego ze spotkań w 2014 roku Grzegorz Łuczak powiedział Adamowi K., że istnieje możliwość zdobycia dużej sumy pieniędzy bez użycia broni.

- Chodziło o to, by w prosty sposób przejąć pieniądze ładowane do bankomatów. Mówił, że potrzebny jest do tego jakiś człowiek zatrudniony w Servo na podstawie fikcyjnych dokumentów, który w ramach swojej pracy przewoziłby pieniądze z banku do bankomatów, a w pewnym momencie odjechałby z nimi samochodem - zeznawał w prokuraturze Adam K.

Temat jednak na długi czas ucichł, bo mężczyźni wciąż nie mieli kogoś, kto wykonałby „brudną robotę” i wcielił się w rolę fałszywego konwojenta. Wszystko zmieniło się na przełomie 2014 i 2015 roku. Wtedy do akcji wkroczył Marek K., znajomy Adama K. z pracy w firmie kurierskiej K-EX. Od jakiegoś czasu Marek K. znał również Grzegorza Łuczaka, z którym wcześniej poznał go właśnie Adam K.

- Marek załatwił do tej roboty człowieka, który przedstawiał się jako Mirosław Duda (w rzeczywistości był to Krzysztof W., późniejszy fałszywy konwojent - dod. red.). Nie znałem go wcześniej - wyjaśniał Adam K.

Sam Krzysztof W. przyznawał później śledczym, że Marek K. skontaktował się z nim jeszcze pod koniec 2014 roku. Przez dwa miesiące zastanawiał się, co powinien zrobić. Ostatecznie w styczniu 2015 roku zdecydował się spotkać z Adamem K., który miał go wtajemniczyć w cały plan. - Mając przed oczyma sprawy komornicze, niespłacone raty, długi oraz sytuację rodzinną moich dzieci i żony, zdecydowałem się spotkać z tym człowiekiem - tłumaczył śledczym.
Metamorfoza

Zgoda Krzysztofa W. na pełnienie roli fałszywego konwojenta oznaczała, że w styczniu 2015 roku musiał zwolnić się z pracy. Od lutego pozostawał już bezrobotny, zaś Adam K. wypłacał mu na przeżycie co miesiąc 1500 zł. Z kolei rodzinie powiedział, że przebywa na zwolnieniu lekarskim. Ponadto Krzysztof W. musiał zmienić swój wygląd. Ogolił się na łyso, zapuścił brodę, którą przefarbował na czarno, zaczął nosić okulary przeciwsłoneczne, a do tego przyjmował specjalny lek - Encorton - dzięki któremu przytył.

Zmiana wyglądu trwała około 2-3 miesięcy. W tym czasie Krzysztof W. uczył się również swojej nowej osobowości. Oficjalnie miał się stać Mirosławem Dudą. W końcu w kwietniu 2015 roku rozpoczął pracę w firmie ochroniarskiej Servo. A już w maju został przeniesiony do poznańskiego oddziału firmy. W tym samym okresie Marek K. zaczął namawiać do akcji piątego ze złodziei - Dariusza D.

- Spotkałem się z Markiem na przełomie maja i czerwca 2015 roku. Marek zapytał, czy chcę zarobić 100 tys. zł. Powiedziałem, że jasne. Wówczas on powiedział, że musiałbym być przy przeładunku pieniędzy. Zależało mi na pieniądzach, bo miałem trudną sytuację finansową - opowiadał śledczym Dariusz D.

Dzień prawdy

Przełom czerwca i lipca ubiegłego roku był okresem, kiedy wszystko było zaplanowane już na ostatni guzik. Jednak coraz bardziej zaczynał się niepokoić sam Krzysztof W. Mężczyzna coraz częściej obawiał się, że inni konwojenci wykryją jego fałszywą tożsamość. W pewnym momencie chciał się nawet ze wszystkiego wycofać. Wtedy do akcji wkroczył Adam K. - Spotkał się ze mną i powiedział, że musiałbym teraz zapłacić 100 tys. zł, bo takie były koszty wszystkich spraw związanych ze mną - wyjaśniał Krzysztof W.

Ostatecznie problemy finansowe spowodowały, że fałszywy konwojent postanowił wykonać swoje zadanie. A to zostało wyznaczone na 10 lipca. Krzysztof W. tego dnia był dowódcą konwoju. Kierowcą został wyznaczony Jan M. - Mirosław Duda (czyli Krzysztof W. - przyp. red.) od kilku dni narzekał na ból w nodze. Tego dnia poprosił mnie, czy mógłbym chodzić z torbami do bankomatów, a on byłby kierowcą. Poinformowałem o tym kierownika i zgodziłem się - opowiadał po zdarzeniu policjantom Jan M.

Kiedy bankowóz podjechał przed bank PKO BP w Swarzędzu, dwóch konwojentów wyszło z pojazdu z pieniędzmi. Po ich powrocie, auta już nie było. Początkowo myśleli, że Krzysztof W. po prostu zaparkował w innym miejscu lub pojechał do apteki po lekarstwo na rzekomo bolącą go nogę. W rzeczywistości Krzysztof W. w tym czasie był już w drodze do miejsca, gdzie wraz z Dariuszem D. przełożyli pieniądze z bankowozu do auta, którym następnie pojechali do Adama K. do Lutomierska. Tam spotkali się też z Grzegorzem Łuczakiem. Mężczyźni podzielili między sobą pieniądze i rozjechali się w swoje strony. Adam K. i Grzegorz Łuczak wzięli dla siebie od razu po 250 tys. zł, a resztę pieniędzy wrzucili do worków i... zakopali na opuszczonej działce sąsiada. Później Grzegorz Łuczak bez wiedzy Adama K. wykopał pieniądze i prawdopodobnie z nimi uciekł.
Lawina ruszyła

Pięciu złodziei doskonale wykonało swoje zadania i ostatecznie ukradło ponad 8,2 mln zł. Między sobą podzielili 7,7 mln zł, a resztę zostawili w odnalezionym później bankowozie. Ich plan zadziałał w stu procentach. Przez kolejne tygodnie śledczy nie mieli żadnych śladów, kto mógłby stać za tak zuchwałą akcją. I pewnie mieliby dalej problem, gdyby nie błąd jednego z głównych pomysłodawców akcji, czyli Adama K. To on polecił swojej żonie Agnieszce, by wraz z ojcem (Wojciechem M.) udała się do banku i wpłaciła 250 tys. zł na swoje konto. Oficjalnie miała to być darowizna od jej ojca.

To był pierwszy moment przełomowy. Policja dotarła do Agnieszki K.., Wojciecha M. oraz samego Adama K. Ten ostatni przez długi czasu nie przyznawał się do winy i mówił, że nie ma nic wspólnego z kradzieżą. W kolejnych tygodniach śledczy ustalili, że w kradzież zamieszany jest także sam Grzegorz Łuczak. Nadal nie wiedzieli jednak, kim w rzeczywistości był fałszywy konwojent.

Lawina nowych ustaleń ruszyła dopiero po tym, gdy Adam K. w styczniu 2016 roku przyznał się do stawianych mu zarzutów i postanowił złożyć obszerne wyjaśnienia. To był drugi moment przełomowy, gdyż dzięki temu w kolejnych miesiącach śledczy dotarli odpowiednio do Krzysztofa W., Dariusza D. i Marka K.

Zeznania kolejnych zatrzymanych pozwoliły prokuraturze na dokładne ustalenie przebiegu wydarzeń i sformułowanie aktu oskarżenia. Ostatecznie Adam K., Krzysztof W., Dariusz D. i Marek K. zostali oskarżeni o działalność w zorganizowanej grupie przestępczej oraz przywłaszczenie znacznej wartości pieniędzy.

Z kolei Agnieszka K. oraz Wojciech M. usłyszeli zarzuty pomocy w kradzieży. Oboje, tak jak Adam K., przyznali się do winy i wnieśli o dobrowolne poddanie się karze. Prokuratura wciąż poszukuje jednak Grzegorza Łuczaka, za którym został wydany list gończy. Ten zniknął w połowie września. - Podczas naszych rozmów mówił, że w razie wpadki on będzie się ukrywał. Nie mówił nigdy, dokąd pojedzie albo co będzie robił - opowiadał śledczym Adam K.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Materiał oryginalny: Kradzież 8 mln zł. Jak przebiegał skok stulecia? - Głos Wielkopolski

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
greg
kurczę jak można wpaść w taki sposób przecież każdy ogarnięty wie ze wpłaty powyżej 4tys misza być rejestrowane, szkoda chłopaków
z
z Niemodlina

Eeeee tam marne 8mln złotych i kradzież stulecia ????

 

Jak tam Amber Gold i inne afery na setki milionów złotych w latach 2007-2015 ??

 

Jest o czym pisać..........

 
c
chip
Konwojentów przewożących pieniądze należy ochipować bo inaczej rozkradną wszystkie pieniądze.
P
Plus+
A pieniążków nie odzyskano. Grzesiu z nimi nawiał.
t
taksówkarz
Dla Adama K. proponuje dożywocie! Jak można w tak idiotyczny sposób wpaść. Skończysz kiedyś na taksówce. Szkoda mi tylko twoich kolegów.
b
bnm,
Przecież o wszystkim wiedziala zona tego brodacza, no chyba że jest debilką i nie wie kto ja dymal w w yrze
S
Siwy OPW
a tak im kibicowałem ! ale tak to jest jeden debil psuje cały plan zawsze...
t
taksówkarz
Też kibicowałem brodaczowi. Jeden partacz zepsuł idealny plan. Możliwie, że kiedyś ten partacz będzie jeździł na taksówce w Poznaniu. Z braku klientów na postoju będzie marudził. Będzie miał dużooooo czasu na rozmyślanie o swojej głupocie!
c
clyde
...szkoda. Kibicowałem im.
Więcej informacji na stronie głównej Nowa Trybuna Opolska
Dodaj ogłoszenie