Król roweru z Lipowej

Krzysztof Strauchmann
Krzysztof Strauchmann
- Razem z Darkiem Flakiem tworzymy całość - mówi Andrzej Zając (z prawej). - Na trasie staram się podpowiadać mu, jak jechać.
- Razem z Darkiem Flakiem tworzymy całość - mówi Andrzej Zając (z prawej). - Na trasie staram się podpowiadać mu, jak jechać. fot. Archiwum prywatne
Udostępnij:
Andrzej Zając od 35 lat jeździ na rowerze. W Pekinie stanął na najwyższym podium paraolimpiady.

Szampan już się chłodzi w lodówce. I to nie jeden - śmieje się Dorota Zając, szwagierka rowerowego mistrza paraolimpiady. Wieś Lipowa pod Nysą szykuje się do powitania swojego kolarza. 52-letni Andrzej Zając mieszkał tu całe życie. Zna go każdy. Każdy codziennie widział, jak wyrusza na samotne treningi. Od poniedziałku znajomi dzwonią więc do rodziny Zająców, pytając, kiedy wraca Andrzej. Sołtys Mieczysław Forczek planuje przyjęcie w wiejskiej świetlicy. Dzieci ze szkoły mają nadzieję, że medalista przyjdzie do nich na lekcję, żeby opowiedzieć o olimpiadzie.
- O złocie dowiedzieliśmy się już w niedzielę rano - opowiada Dorota Zając. - Andrzej zadzwonił do siostry z dobrą wiadomością. Potem czekaliśmy niecierpliwie na telewizyjne wiadomości z Pekinu. Wszyscy znajomi też oglądali, jak wchodził na podium i całował medal. Nasze dzieci o mało nie oszalały z radości na ten widok. Jak wraca z zawodów, to zawsze pędzi do nas na piętro, pokazać medal czy puchar, a my przeżywamy tę radość razem z nim.

Pierwszy rower za pożyczkę
- Od dzieciństwa miał zamiłowanie do rowerów. Nic innego go nie interesowało - opowiada ojciec olimpijczyka, 80-letni Wawrzyniec Zając. - W szkole podstawowej, gdy miał może 12 lat, kupiłem mu pierwszy rower marki Bałtyk. Pamiętam, pracowałem wtedy w cegielni. Musiałem wziąć w pracy pożyczkę. Kiedy zaczął chodzić na treningi do klubu sportowego we Frączkowie, dostał lepszy sprzęt.
- Kolarstwo zacząłem uprawiać 35 lat temu - opowiada mistrz olimpijski. - Zafascynował mnie wtedy Wyścig Pokoju i znakomity kolarz Stanisław Szozda, który mieszkał w sąsiednim Prudniku.

W czasie służby wojskowej młody sportowiec uległ wypadkowi i stracił jedno oko. Nie lubi wracać do tego wydarzenia. Dla niego, jak dla wielu osób ociemniałych i niedowidzących, przyczyny kalectwa to trudny temat do rozmowy. W każdym razie po wypadku roweru nie porzucił. Jeździł dalej, zdobył kwalifikacje trenera. Trenował m.in. Jacka Morajkę z Głuchołaz, tegorocznego olimpijczyka.

- Miłość do kolarstwa tkwi we mnie cały czas. Próbowałem nawet się ścigać, ale przepisy ograniczały mi możliwość startów w zawodach - mówi Andrzej Zając. - Musiałem zająć się moimi rodzicami, ale dalej jeździłem indywidualnie, na własną rękę. Potem założyłem w Nysie klub kolarski "Chio" i zająłem się pracą z młodzieżą.

- Świetny trener, pracowaliśmy razem kilka lat - opowiada Kamil Kamuda, były zawodnik nyskiego LZS. - Bardzo miły, a jednocześnie wymagający, co zresztą przynosiło efekty. Jest indywidualistą, trzyma się trochę na uboczu. Wymagał od zawodników, ale bardzo wiele wymagał też od siebie. Sam nie odpuszczał żadnego treningu, nieważne, że padał deszcz czy śnieg. Jego życiowym celem był sukces w kolarstwie. Zawsze wierzył, że go osiągnie.

Uparty jak kolarz
Cztery lata temu Andrzej Zając przeniósł się do Cross Opole - klubu sportowo-turystycznego niewidomych i słabowidzących. Jako inwalida wzroku II grupy został zakwalifikowany do grupy B3, osób słabo widzących. Odkrył nową dyscyplinę - jazdę w tandemie z pełnosprawnym przewodnikiem. W grupie pięciu zawodników opolskiego klubu szybko okazał się najlepszy. Sukcesy zaczęły się wtedy, gdy Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych uznał rowery do tandemów za sprzęt rehabilitacyjny i sfinansował zakup profesjonalnych pojazdów do klubu. Rower olimpijczyka z Pekinu kosztował prawie 30 tys. zł. W budowie niby nie różni się od zwykłego tandemu, ale profesjonalny sprzęt wymaga zupełnie innych materiałów - lekkich i wytrzymałych.

- Dwa lata temu na mistrzostwach Polski Andrzej jechał w tandemie z przewodnikiem Pawłem Topolskim - opowiada Jerzy Gorczyński, prezes klubu Cross Opole. - W pewnej chwili urwał im się łańcuch i to był koniec jazdy. Wypadli z wyścigu, choć mieli szansę na tytuł mistrzowski. Teraz musieliśmy więc zadbać o najlepszy sprzęt.

Z obecnym przewodnikiem - Dariuszem Flakiem spod Częstochowy - Andrzej Zając jeździ od ubiegłego sezonu. Flak był siedmiokrotnym mistrzem Polski klasy "Masters" (do 35. roku życia), na mistrzostwach świata dwa razy stawał na podium. Sukces z Pekinu jest ich wspólnym dziełem. W tandemie z niedowidzącym przewodnik kieruje rowerem, zmienia przełożenia, hamuje, wchodzi w wiraż. Para musi się doskonale rozumieć, czuć, współpracować, tymczasem odległość z Nysy do Częstochowy nie pozwoliła im na wiele wspólnych treningów. Andrzej trenował sam, bo jego wada wzroku nie wyklucza samodzielnego jeżdżenia.

- Jeździł codziennie. Norma to 70 kilometrów, ale bywało też 120, po okolicy, a czasem do Czech - opowiada bratowa olimpijczyka. - Dwa lata temu pojechał na rowerze do siostry w Wieliczce. Nie odstraszała go kiepska pogoda. W zimie biega na nartach lasami aż do sąsiednich miejscowości. Jak już zupełnie ulewa nie pozwala wyjść z domu, to w mieszkaniu kładzie rower na rolki i pedałuje. Aż pot leje mu się z pleców.

Na kilka dni z treningów wyłączyła go dopiero kraksa. W rozpędzonym rowerze strzeliła dętka. Rowerzysta wywrócił się i dotkliwie potłukł. Przeleżał kilka dni w domu, gojąc rany, ale jak tylko się zasklepiły, ruszył z treningami na nowo.
Klub Cross Opole w tym roku zatrudnił Zająca jako trenera swoich zawodników. Mógł więc się poświęcić sportowi także zawodowo. Wkrótce zaczęły się sukcesy: W ubiegłym roku zdobył Puchar Europy w kolarstwie. Jesienią pojechał, pierwszy raz z Dariuszem Flakiem, na mistrzostwa Ameryki Południowej do Kolumbii. Mieli zdobywać punkty do kwalifikacji olimpijskich, a przywieźli brązowy medal. W tym roku byli razem na dwutygodniowym zgrupowaniu na Cyprze. Startowali w wyścigach m.in. w Hiszpanii, Niemczech, Belgii, Holandii. Ale w Pekinie faworytem polskiej drużyny był drugi tandem - Krzysztof Kosikowski z pilotem Arturem Korcem. W ubiegłą niedzielę nasz tandem przejechał finałowy dystans 96,8 kilometra po ulicach Pekinu w 2 godziny 14 minut i 44 sekundy. Był najlepszy. Drugi polski zespół też stanął na podium, na trzecim miejscu.

- Konkurencja była bardzo silna - opowiada o wyścigu złoty medalista. - Zdecydowało szczęście, trochę zbieg okoliczności, może nasza taktyka agresywnej jazdy. Zaatakowaliśmy na 3. kilometrze i w grupie trzech tandemów udało nam się uciec od peletonu. Gdzieś w głębi serca marzyłem o medalu, ale bałem się o tym głośno mówić, żeby nie zapeszyć.
- Jechał do Pekinu z nastawieniem na medal. Czuł, że to może być dla niego ostatnia szansa na udział w paraolimpiadzie - przyznaje bratowa. - Ale złoto to był jednak dla nas szok.

- Ten sukces to wielka zasługa Darka Flaka, o czym się mówi jakby mniej - podkreśla skromnie Andrzej Zając. - Na rowerze tworzymy całość. Cały czas rozmawiamy ze sobą, staram się w miarę możliwości podpowiadać mu, jak jechać, jakie są moje odczucia.

Duma środowiska
- Przygotowanie Andrzeja do tego wyjazdu to był dla naszego klubu duży wysiłek finansowy - mówi prezes Crossu Opole Jerzy Gorczyński. - Kupowaliśmy dla niego odżywki, sprzęt, bilety lotnicze na pierwsze zawody. Dopiero kiedy zakwalifikowali się do paraolimpiady, finansowanie większości wydatków przejął Polski Komitet Paraolimpijski w Warszawie. Teraz każdy chce pomagać olimpijskiemu medaliście. Ale kilka miesięcy temu znalezienie sponsora nie było takie łatwe.
Prezes ma nadzieję, że sukces opolskiego kolarza zmieni powszechne w społeczeństwie przekonanie, że sport niepełnosprawnych to tylko zabawa. Sposób na spędzanie wolnego czasu.

- Ludzie nie traktują nas jak prawdziwych sportowców - ubolewa Jerzy Gorczyński. - Tymczasem my nie robimy niczego na dziko. Na wszystko mamy licencje, kategorie, jesteśmy zrzeszeni w związkach i międzynarodowych organizacjach sportowych. Nasi zawodnicy uczestniczą w 120 zawodach rocznie, zdobywają punkty, są rozliczani z wyników.
Opolski klub Cross w wielu dyscyplinach osiąga świetne wyniki, co jest tym trudniejsze, że bazuje na zawodnikach starszych wiekowo. Wszystko przez to, że w województwie nie ma żadnego zakładu pracy dla osób niewidomych i niedowidzących, żadnej specjalistycznej szkoły. Młodzież ucieka do sąsiednich ośrodków - Krakowa, Wrocławia. Najpierw po naukę, a potem za pracą.

- Powszechny sport jest bardzo ważny dla naszego środowiska jako sposób na rehabilitację społeczną - mówi Stanisław Mastek z Nysy, od ośmiu lat całkowicie niewidomy. - Dzięki niemu codziennie gdzieś wychodzę, jadę spotykać się z ludźmi, korzystam ze szkoleń. Nie zasklepiam się w skorupie swojego domu.
Sportowe spotkania pozwalają wymieniać się najnowszymi nowinkami technicznymi, które ułatwiają życie niewidomym. Komputery z mówiącymi programami, telefony komórkowe z nawigacją satelitarną, która do ucha podpowiada, gdzie trzeba skręcić na ulicy. Niepełnosprawni dobrze czują się w świecie dzisiejszej techniki.

Opolski klub przed 14 laty zakładała grupa kilkunastu znajomych z sekcji sportowej Polskiego Związku Niewidomych. Zaczynali od turystyki, uprawianej indywidualnie lub grupowo, z pomocą widzących przewodników czy psów. Dziś mają 11 sekcji i 126 członków. Nauczyli się zastępować wzrok dotykiem, jak w szachach czy warcabach, gdzie kształt figur i pól na szachownicy oznacza biały lub czarny kolor. W najmłodszej sekcji strzeleckiej oczy zastępuje zmysł słuchu. Specjalnie dostosowana broń jest całkowicie bezpieczna, bo nie strzela pociskiem, ale światłem lasera. Gdy trafi ono na tarczę sprzężoną z komputerem, ten wydaje dźwięk. Bardziej donośny i wyższy, im bliżej środka tarczy trafia wiązka lasera.
- Najtrudniejsze są kręgle, bo tam nie ma żadnego wspomagania w rzucaniu kulą do celu odległego o 20 metrów - mówi prezes klubu Jerzy Gorczyński. - Decyduje wyczucie, pamięć własnego ustawienia, intuicja.

Złoty medalista był oczekiwany w domu w nocy z piątku na sobotę. Ojciec, Wawrzyniec Zając, Dorota Zając (bratowa) i bratanice: Justyna, Emilka i Wiktoria planowali mu urządzić huczne powitanie.
(fot. fot. Krzysztof Strauchmann)

Prezes opolskiego Crossu ma cichą nadzieję, że po złotym medalu Andrzeja Zająca nie będzie już dostawał odmownych odpowiedzi od burmistrzów, prezydentów, prezesów, kiedy wyśle do nich pismo o pomoc. W zamian proponują promocję. Olimpijską.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nowa Trybuna Opolska
Dodaj ogłoszenie