Królowej się nie odmawia. Saga Andrzeja Sałackiego

    Królowej się nie odmawia. Saga Andrzeja Sałackiego

    Roman Stęporowski

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Andrzej Sałacki z żoną Anettąi córką Aleksandrą na tle pałacu w Zakrzowie.

    Andrzej Sałacki z żoną Anettąi córką Aleksandrą na tle pałacu w Zakrzowie.

    Mógł być aktorem, ale postawił na ukochane konie. Kocha też piękne kobiety, które towarzyszą mu przez całe życie. To jedyny polski jeździec, który dał prywatny pokaz królowej Elżbiecie II.
    Andrzej Sałacki z żoną Anettąi córką Aleksandrą na tle pałacu w Zakrzowie.

    Andrzej Sałacki z żoną Anettąi córką Aleksandrą na tle pałacu w Zakrzowie.

    Nie jest rodowitym Opolaninem. Jednak jedno z życiowych marzeń realizuje na Opolszczyźnie. W Zakrzowie, w gminie Polska Cerekiew, stworzył klub jeździecki, który u progu swego 20-lecia jest liderem rankingu Polskiego Związku Jeździeckiego.

    Rodzinne korzenie pana Andrzeja sięgają Lwowa. Tam mieszkali i pracowali jego rodzice: Leon i Kornelia. Wojna rzuciła Sałackich do Krakowa, gdzie po 1945 roku osiedli.
    Leon, z wykształcenia prawnik, pracował w Instytucie Maszyn Matematycznych i na krakowskiej AGH tworzył podwaliny pod polską informatykę. Kornelia, dyplomowana farmaceutka, była kierownikiem apteki w Gdowie pod Krakowem.

    Konie zamiast kumpli
    6 stycznia 1954 roku na świat przyszedł Andrzej. Okazał się dzieckiem ruchliwy, ciekawym świata. Dobrze się uczył, ale czasami na bakier był z zachowaniem. Łobuz?

    - Nie. Byłem dobrze wychowanym dzieckiem, ale w jednej ze szkół podstawowych wpadłem w złe towarzystwo i nie miałem najlepszych ocen ze sprawowania - wspomina. Po części dlatego trafił do jeździectwa. I to, jak twierdzi, był pierwszy szczęśliwy przypadek w jego życiu.

    - Ciocia przysłała z Wenezueli kolorowe zdjęcia, na jednym w pięknej panoramie gór na pięknych koniach siedziały moje kuzynki - opowiada Andrzej Sałacki. - Tak mi się to spodobało, że zapragnąłem jeździć konno. Rodzice postawili jednak warunek: jak poprawię się w sprawowaniu, to zapiszą mnie do klubu. Zostałem przeniesiony do innej szkoły i zacząłem jeździć konno. Miałem wtedy 10 lat.
    Choć w rodzinie nikt nie uprawiał tego sportu, to Sałacki przekonuje, że w każdym z nas płynie krew jeźdźca: - Sto i więcej lat temu wszyscy na całym świecie byli związani z końmi. One towarzyszyły rozwojowi cywilizacji, stanowiły główną siłę napędową w rolnictwie, przemyśle, wojsku. Wreszcie dawały przyjemności związane z jeździectwem. Ten sport tkwi w każdym z nas. Mój dziadek miał konie w gospodarstwie. Rodzice już nie, ale we mnie instynkt się obudził.

    I od tego czasu konie towarzyszą mu w życiowej drodze.
    - Wszystko, co osiągnąłem związane jest z tymi zwierzętami - podkreśla Sałacki. A osiągnął bardzo dużo, tworząc historię polskiego powojennego jeździectwa.

    Aktor albo weterynarz
    Już bez wychowawczych problemów ukończył w Krakowie szkoły podstawową i średnią. Naukę łączył z uprawianiem jeździectwa. W szkole średniej był reprezentantem Polski na mistrzostwa Europy juniorów w skokach przez przeszkody w szwajcarskim St. Moritz.

    - Wtedy wyjazd do Czechosłowacji, Rumunii, NRD czy Bułgarii był sprawą prostą. Ale na Zachód?! - wspomina pan Andrzej. - To było wydarzenie. Po powrocie z St. Moritz byłem przedstawiany na apelu przed całą szkołą i opowiadałem o wrażeniach. To był pierwszy przypadek w historii liceum, że ktoś wyjechał za żelazną kurtynę.

    Po maturze opuścił rodzinny Kraków. Postawił na studia weterynaryjne we Wrocławiu. Wybór nie był oczywisty. Siostra Anna poszła śladami mamy - skończyła farmację, prowadziła aptekę (dziś jest na emeryturze i mieszka w Krakowie). Brat ojca, Roman, ożenił się z Barbarą, która była reżyserem w Telewizji Polskiej. Ich córka, Ewa Sałacka, została aktorką.

    - Spotykaliśmy się w kręgach telewizyjno-aktorskich i padł pomysł, bym poszedł do szkoły aktorskiej - wspomina. - Były też inne opcje: AWF, zootechnika, weterynaria. Konie już mocno wryły się w moje życie: byłem medalistą mistrzostw Polski, startowałem w mistrzostwach Europy. Weterynaria miała mi pomóc w pełnym zrozumieniu koni, moich sportowych partnerów.

    Dwa serca - jeden rozum
    Sałacki przygotował wiele koni do poziomu umożliwiającego start w konkursach Grand Prix. Startował na nich na arenie międzynarodowej: w całej Europie, Ameryce Północnej i Południowej. Doskonale pamięta pierwszą klacz, na której startował - Szarotkę. Jednak zdecydowanie na pierwszym miejscu pozostanie Czcionka: - To był koń fenomen, niezwykle inteligentny. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu.
    I rozumieli się bez słów, tworząc niepowtarzalny duet. Sałacki przygotował bezprecedensowy jeździecki show - pokaz ujeżdżenia Grand Prix na koniu bez ogłowia.

    - To było połączenie dwóch serc w jeden rozum - mówi. - Normalnie na głowie konia jest wędzidło i wodze, którymi jeźdźcy kierują. My wykonaliśmy cały konkurs, zdejmując klaczy ogłowie. To było absolutną sensacją. Przez trzy i pół roku w Europie, USA, Argentynie, Brazylii prezentowałem to jedyne w swoim rodzaju show.

    Ukoronowaniem tego było zaproszenie ówczesnego prezydenta Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej, księżniczki Anny, na słynne brytyjskie show "Horse of the Year" na Wembley. Po występie polski jeździec otrzymał zaproszenie do Windsoru na specjalny prywatny pokaz przed królową Elżbietą II.
    - Na początku myślałem, że ktoś robi mi dowcip - wspomina Sałacki. - Po pokazie na Wembley, już w hotelu, zadzwonili z recepcji z pytaniem, czy mógłbym porozmawiać z sekretarzem królowej. Spytał, czy następnego dnia mógłbym zaprezentować pokaz w Windsorze.

    To była nieprawdopodobna propozycja, ale okazała się prawdziwa. Elżbieta II słyszała o show Sałackiego i Czcionki, bardzo chciała je zobaczyć, ale w dniu pokazu na Wembley miała napięty program dyplomatyczny.

    - Nie ma chyba człowieka, który by się zastanawiał - mówi Sałacki. - Nie wchodziły w grę gratyfikacje finansowe. Królowej się nie odmawia. Po rozmowie z sekretarzem zrozumiałem, że to dzieje się na serio. Przed naszym show byłem bardzo zdenerwowany, bo dla przeciętnego zjadacza chleba to niecodzienne spotkanie. Czcionka też wyczuwała, że chwila jest wyjątkowa. Ale bardzo się sprężyła, program był super, wyszło to wspaniale.

    Przed wyjazdem na spotkanie z królową polska ekipa musiała przejść odpowiednie szkolenie.
    - Instruowali nas, że jeśli królowa do nas podejdzie, to trzeba zejść z konia, absolutnie nie wolno rozmawiać z góry, należy ściągnąć cylinder, nie podawać pierwszemu ręki. To był savoir-vivre częściowo nam znany, ale w kilku sytuacjach nowy. Oczywiście przestrzegano nas, by nie robić nagłych ruchów, bo dwóch potężnych komandosów z ochrony nie będzie się zastanawiać. Pobyt w Windsorze był też wielkim doświadczeniem. Zobaczyłem, jak wygląda Windsor i Buckingham Palace od środka. To była nasza prośba, którą królowa spełniła. Dostaliśmy przewodnika, który oprowadził nas po tych miejscach, koniuszy królewski pokazał nam Buckingham. Co ciekawe, na krytej ujeżdżalni nie ma trybun, bo królowa w jednym z apartamentów ma okno z widokiem na nią. Z tego okna widzi, co dzieje się z jej ukochanymi końmi. Stamtąd też obserwowała pokaz. Potem do nas zeszła.

    Czcionka była członkiem rodziny
    Pojawienie się Czcionki na drodze Sałackiego miało na jego karierę duży wpływ.
    - To kolejny przypadek i duże szczęście - uważa pan Andrzej, który po studiach przeniósł się do stadniny koni w Jaroszówce w województwie legnickim. Pracował tam jako lekarz weterynarii, był zawodnikiem, trenerem oraz organizatorem sportu. Stadnina stała się jednym z czołowych polskich klubów. Tam Sałacki postawił na ujeżdżenie. Dostał się do kadry narodowej.

    - Sekcją sportową w Jaroszówce miała się zająć moja koleżanka, która przyjechała ze stadniny koni w Kadynach. Wzięła ze sobą ukochaną klacz Czcionkę. Z powodzeniem startowała na niej w bardzo trudnej konkurencji - Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. Jednak Czcionka doznała urazu ścięgna i nie mogła już startować w WKKW. Koleżanka przekazała mi tego konia, bym prowadził go w kierunku ujeżdżenia. Pierwsza randka, pierwsza jazda i się zaczęło. Z koniem trzeba spokojnie się poznać. To jest jak w tańcu, musi być para. Czcionka była bardzo inteligentna i sama proponowała różne zabawy. Można było na niej wykonywać różne elementy programu na długiej wodzy.

    Balansowałem ciałem, a ona odgadywała, co ma zrobić. Doszedłem do wniosku, że skoro wszystko wychodzi na długiej wodzy, to jakie by to było wydarzenie, gdyby wodzę w ogóle zdjąć. I wypaliło.
    Czcionka skończyła starty w 1989 roku jako 18-latka. Żyła jeszcze 6 lat. W Niemczech.

    - Pani, która się w niej zakochała i jeździła za nami na większość zawodów, po zakończeniu przez Czcionkę kariery odkupiła ją. Jeździła z nią na spacery, miała się jak pączek w maśle - opowiada Sałacki. - To był wyjątkowy koń. Byliśmy bardzo zżyci, była jak członek rodziny. Można o niej mówić w samych naj. Inne konie jej nie dorównywały.

    Szefowie zazdrościli sławy
    Sałacki uprawiał skoki przez przeszkody i ujeżdżenie. Jego zawodnicza kariera obfitowała w sukcesy: zdobył 12 medali mistrzostw Polski, w tym cztery złote. Przez wiele lat był w kadrze narodowej.
    - Kolor medalu nie był ważny - uważa były reprezentant Polski. - Walczyło się o złoto, ale drugie czy trzecie miejsce też cieszyło. Liczyło się to, że przez wiele lat utrzymywałem pewien poziom gwarantujący miejsce na podium. Byłem pierwszym Polakiem, który zakwalifikował się do finału Pucharu Świata w historii polskiego jeździectwa, startowałem w mistrzostwach Europy i świata. Jestem bardzo zadowolony z zawodniczej kariery: z wyników i życia codziennego. W każdym z miejsc, gdzie byłem, udało się coś dużego osiągnąć.

    W Jaroszówce Andrzej Sałacki był trenerem WKKW i skoków. Dodatkową konkurencją stało się ujeżdżenie. W latach osiemdziesiątych wprowadził do Polski woltyżerkę i ze stworzoną grupą wywalczył trzy medale mistrzostw świata. Zyskał renomę najlepszego lonżującego (prowadzenie konia na linie) i na zlecenie FEI prowadził kursy lonżowania w Europie, USA, Brazylii i Argentynie. Przez ponad trzy lata jeździł z Czcionką na największe światowe imprezy, by prezentować swoje show. Szefostwo stadniny zaczęło kłuć w oczy powodzenie swego podwładnego.

    - Nie mogłem realizować swoich pomysłów i marzeń - wspomina Sałacki. - W jeździectwie byliśmy wtedy czołową sekcją w kraju, budując stadninę od zera. W pewnym momencie wyprzedzaliśmy rzeczywistość, jednak wszystko, do czego się zabierałem, zaczęło być na "nie". Pomyślałem, że muszę sam być szefem. Przez 4,5 roku byłem dyrektorem Zakładu Treningowego Koni w Zbrosławicach.
    Wizjoner i menEdżer w jednym

    W 1989 roku w Polsce nastąpiła ustrojowa transformacja. Sałacki postanowił "pójść na swoje".
    - W gminie Polska Cerekiew był obiekt do zagospodarowania - wspomina. - Wójt Krystyna Helbin uważała, że to co robię ma sens i zaproponowała, bym stworzył klub. Pałac pustoszał, miał powybijane okna. Jednak miejsce znakomicie wpisywało się w jeździecki krajobraz. Miałem trochę odłożonych pieniędzy, teren wziąłem w dzierżawę. W 1991 roku powstał Ludowy Klub Jeździecki "Lewada" w Zakrzowie.

    Dzisiaj klub jest liderem rankingu Polskiego Związku Jeździeckiego. Wychował wielu medalistów MP. Niebawem stanie się Ośrodkiem Przygotowań Olimpijskich. To kolejne marzenie i "dziecko" Sałackiego.

    - Każdy ma niepisaną chęć, by kiedyś coś po sobie zostawić. Zająłem się jeździectwem i myślę, że powstanie tego typu ośrodka będzie moim spełnieniem i wkładem w polskie jeździectwo. Ten obiekt może służyć rozwojowi dyscypliny oraz promocji gminy, powiatu i województwa. W Polsce będziemy jednym z bardziej znanych miejsc, ale zechcemy wyjść z ofertą także poza nasz kraj.

    W Polsce "Lewada" jest już rozsławiona. Od 12 lat w naszym regionie odbywają się Jeździeckie Mistrzostwa Gwiazd "Lewada Art Cup". Daniel Olbrychski, Tomasz Stockinger, Piotr Polk, Andrzej Nejman, Małgorzata Potocka, Andrzej Grabowski, Piotr i Henryk Machalica, Adam Hanuszkiewicz, Marek Siudym, Karol Strasburger. To niektóre z gwiazd, które co roku rozświetlają Zakrzów. Zawsze jest też Katarzyna Dowbor, jedna z inicjatorek przedsięwzięcia.
    - Matką chrzestną była świętej pamięci kuzynka Ewa Sałacka, która przyjaźniła się z Katarzyną Dowbor. Kiedyś, wracając z filmowych wojaży, Kasia zatrzymała się u nas. Chciała zobaczyć, jak wygląda jeździectwo i zakochała się w tym, co robimy. Postanowiliśmy, że Kasia spróbuje namówić znanych kolegów jeżdżących konno na przyjazd, a my zrobimy im bezpieczne i miłe zawody. Pierwszy raz przyjechało 15 aktorów. Wtedy myśleliśmy, że to już jest taki festiwal, że Pana Boga bardziej za obie nogi nie można złapać. Dzisiaj przyjeżdża do nas sześćdziesiąt znanych postaci i na okres pierwszych imprez patrzymy z uśmiechem. Gwiazdy w siodle to cykliczna impreza pokazywana w telewizji i opisywana przez ogólnopolskie gazety. Jesteśmy klubem sportowym, ale choćbyśmy sprowadzili na zawody mistrza olimpijskiego, to popularnością nie przebije Art Cup. Absolutny przypadek okazał się strzałem w dziesiątkę.

    A olimpijczyka być może Sałacki też ściągnie. Od roku należy bowiem do elitarnego towarzystwa: prezydium międzynarodowego klubu trenerów, którego od 30 lat jest członkiem.
    - Dzięki temu świat na nowo został otwarty - uważa Sałacki. - To daje możliwość działania decyzyjnego w świecie jeździeckim.

    Rodzinny interes
    Prywatnie Andrzej Sałacki ma żonę Anettę i dwie córki. Starsza, 21-letnia Diana, studiuje politologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Młodsza, 13-letnia Aleksandra, chodzi do szkoły w Polskiej Cerekwi. Starsza jest dzieckiem z drugiego małżeństwa z Ewą Janiuk, byłą miss Opolszczyzny. Młodsza jest owocem obecnego związku.

    Anetta Sałacka jest oleśniczanką. Do Opola przyjechała na studia i w tym czasie poznała Andrzeja.
    - Jak to w moim życiu bywa, to był zupełny przypadek - opowiada Sałacki. - Anetta była prześliczną dziewczyną, kiedyś przyjechała na zawody jako hostessa.

    Dziś pani Anetta wspiera męża w prowadzeniu i utrzymaniu klubu. Zabiega o fundusze europejskie, tworzy i rozlicza projekty unijne, jest prezesem Fundacji Euro-Country -partnerstwo dla zrównoważonego rozwoju obszarów wiejskich i radną gminy Polska Cerekiew. I doskonale zna się na ukochanej dyscyplinie męża.

    - Jestem melomanem jeździectwa - śmieje się pani Anetta i fachowo wyjaśnia sędziowskie zawiłości ujeżdżenia. - Nigdy nie uprawiałam jeździectwa, ale znam jego tajniki.

    - Wiele zdarzeń w moim życiu zaczynało się przypadkiem, a kończyło szczęśliwie - kończy pan Andrzej. - Jestem bardzo zadowolony z tego, jak przebiega moje życie. Gdybym mógł jeszcze raz stanąć przed wyborami, to chciałbym, by wszystko potoczyło się taką samą drogą.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo