Łupinką po Arktyce. Wyprawa na Spitsbergen

Aneta Ludwig
- Podczas rejsu musieliśmy stale uważać na pływające kawałki lodu - mówi Michał May-Majewski.
Morze Grenlandzkie, dziesięciometrowa łódka, czwórka żeglarzy, a na ich czele 25-letni kapitan - Michał May-Majewski z Gliwic, student Uniwersytetu Opolskiego. Szaleństwo? Nie! To zakończona sukcesem ubiegłoroczna wyprawa na Spitsbergen i Jan Mayen - Arctic Challenge 2009.

Załoga

Załoga

Michał May-Majewski - jachtowy sternik morski, przepłynięte 25 000 mil, w większości jako kapitan. Instruktor żeglarstwa, narciarstwa, ratownik WOPR. Absolwent AWF w Katowicach, obecnie student prawa na Uniwersytecie Opolskim.

Anna Izwaryn - sternik jachtowy. Przepłynięte 4 500 mil. Studentka Wyższej Szkoły Informatyczno-Medycznej w Chorzowie, słuchaczka Medycznej Szkoły Policealnej Województwa Śląskiego w Zabrzu. W czasie rejsu odpowiedzialna za strategię i nawigację.

Tomasz Łakomy - żeglarz jachtowy, wypływane 400 godzin, uczeń II klasy VII LO w Krakowie. W wyprawie odpowiedzialny za kwestie kambuzowe (zaopatrzenie, kuchnia).

Damian Zapała - żeglarz jachtowy, przepłynięte 355 mil. Absolwent Wydziału Architektury i Urbanistyki Politechniki Śląskiej w Gliwicach. W czasie przygotowań do wyprawy Arctic Challenge był odpowiedzialny za współpracę z mediami.

To był rejs marzeń, ale i wyprawa, do której przygotowania trwały prawie rok. - Zrobiliśmy trasę, jakiej jeszcze nie było - chwali się Michał May-Majewski. - Jednym skokiem pokonaliśmy pętlę wokół wysp arktycznych, czyli około 4000 mil morskich między Svalbardem, Jan Mayen, Islandią, Wyspami Owczymi, Orkadami i Danią. To trasa, którą niewielu odważyło się dotąd pokonać, a jeśli już, to nie taką jednostką jak nasz 10-metrowy "Maytur".

Na dodatek na Jan Mayen jak dotąd było niewielu Polaków. Wyspa leży między Grenlandią i Norwegią i jest wyjątkowo niegościnna - ze względu na niskie, nawet latem, temperatury, niekorzystne wiatry, no i odległość - 700 mil morskich, czyli jakieś 1300 kilometrów od brzegów Norwegii.
- Świadomie zaplanowaliśmy rejs w środku lata, bo wtedy szanse na dobrą pogodę są największe - podkreśla Michał. - Ale nawet wtedy temperatury w tych okolicach nie przekraczają 5 stopni Celsjusza, słońce to rzadki widok, a wiatr może wiać z siłą nawet 8 stopni w skali Beauforta. Przy wiatrach północno-zachodnich i północnych musieliśmy też uważać na pola lodowe, dryfujące z wiatrem pod prąd.

Wypłynęli za żubrówkę
Tego typu wyprawy zwykle organizuje się etapami, a załogi się wymieniają. Michał postanowił załatwić sprawę jednym skokiem, w dodatku na jednym z najmniejszych pod względem konstrukcji polskich jachtów morskich. W jego załodze po poważnych kadrowych perturbacjach ostatecznie znaleźli się Ania, Tomek i Damian.

Rejs zaczął się 22 lipca z norweskiego Floro. Jedną z dwóch kabin jachtu "Maytur" zajęły zapasy i sprzęt: prowiant, 50 pięciolitrowych zbiorników wody pitnej, ponton, silnik zaburtowy, agregat prądotwórczy, apteczki. Załoga i kapitan musieli zmieścić się w drugiej kabinie. Po zatankowaniu w zbiornikach niewielkiego "Maytura" znalazło się 260 litrów ropy.

Początek wyprawy nie był najszczęśliwszy. Już w pierwszym etapie, w drodze na Lofoty, morska woda dostała się do głównego zbiornika z paliwem. Kontynuowanie rejsu z niesprawnym silnikiem byłoby szaleństwem - konieczny był nieplanowany postój w Sandessjoen.
- Tamtejszy mechanik Obrian stwierdził, że albo uda się przeczyścić układ paliwowy, albo silnik można będzie wyrzucić na złom. Ponieważ swoje usługi wycenił na kwotę znacznie przekraczającą nasz budżet - w przeliczeniu jakieś 3 tys. zł - więc pod jego nadzorem wszystko zrobiłem sam. Razem z wymianą filtrów paliwa cała "operacja" kosztowała nas ostatecznie 300 zł i... żubrówkę, tak byliśmy wdzięczni Obrianowi - śmieje się Michał.

Polarnicy się zdziwili
Potem silnik już nie zawiódł, a młodym żeglarzom sprzyjały wiatry i pogoda. Zgodnie z planem dopłynęli do portu Andenes i przekonali się na własnej skórze, że Lofoty zasługują na miano cudu przyrody. - Wpływając na wewnętrzne wody archipelagu, czuliśmy się jak w bajce - zachwyca się Michał. - To niesamowity widok: góry sięgające grubo powyżej 1000 metrów, wyrastające prosto z morza. Naprawdę warto to zobaczyć.
W tym porcie też nie obyło się bez przygód - trzeba było nurkować w basenie portowym w poszukiwaniu utopionego mocowania do silnika na pontonie, a wobec braku pryszniców, cała załoga wzięła kąpiel... na pomoście. Po sprawdzeniu sprzętu, uzupełnieniu zapasów i dokładnej analizie portali pogodowych "Maytur" ruszył na otwarte wody Morza Arktycznego. Trwające po 2 godziny wachty nawigacyjne żeglarze urozmaicali sobie obserwacją towarzyszących im stad orek i delfinów, na próżno jednak wypatrując wielorybów. Poza wachtą załoga miała do dyspozycji: grę w karty, książki i kino jachtowe (jakieś 200 tytułów).

Pod lupą

Załoga "Maytura" w porcie Longyearbyen, stolicy Svalbardu. Od lewej Tomasz Łakomy, Michał May-Majewski, Damian Zapała i Iza Izwaryn.

Pod lupą

S/y "Maytur" to jacht typu Agat, zbudowany w 2004 roku. Powierzchnia całkowita żagli - 32 m kw., długość całkowita 10,05 m, szerokość - 2,5 m, ilość koi - 6.
Rejs rozpoczął się 21 lipca, zakończył 29 sierpnia 2009 roku. Pokonano 3169 Mm (prawie 6000 km) w ciągu 700 godzin.

W połowie drogi do stolicy Svalbardu - Longyearbyen, "Maytur" minął Wyspę Niedźwiedzią, a 5 sierpnia załodze z gęstej mgły wyłonił się zarys Spitsbergenu. W stolicy tej norweskiej prowincji spędzili dobę. Kolejny punkt wyprawy - Polska Stacja Polarna w cieśninie Horsund.
- Polarnicy ucieszyli się, kiedy usłyszeli, że odwiedził ich polski statek, ale trochę zdziwili, kiedy najpierw zobaczyli naszego "Mayturka", a potem "morskich smarkaczy" - wspomina Michał. - Ale przyjęli nas pysznym polskim obiadem, oczywiście ze schabowym, a kierownik stacji oprowadził nas po całej wiosce. Spacer był możliwy tylko w jego towarzystwie, na dodatek z bronią - z powodu niedźwiedzi polarnych.

Gorąca kąpiel na Islandii
Z Horsundu wzięli kurs na niewielką, oddaloną o 250 mil morskich od Grenlandii wyspę Jan Mayen. Kompletne bezludzie ze stacją radiową i meteorologiczną, na którą zaopatrzenie dociera wyłącznie drogą lotniczą. Poza zapierającymi dech widokami, nic tam nie ma. A i tak trzeba wiele szczęścia, by przez gęstą zwykle mgłę zobaczyć wysoki na 2220 metrów szczyt Beerenbergu - najbardziej na północ wysuniętego, czynnego wulkanu.
Mieli sprzyjający wiatr z północy, padł nawet rekord - "Maytur" w ciągu doby pokonał 156 mil morskich, płynąc tylko na żaglach! Jak na 10-metrową "łupinkę" - to naprawdę niezły wynik. Nie dane im było jednak podziwiać widoków Jan Mayen, bo wyspa skryła się za gęstą mgłą. Michałowi z Tomkiem udało się co prawda zejść na ląd, ale już powrót okazał się nie lada wyczynem. Rozbujane morze skutecznie uniemożliwiało odpłynięcie pontonem od brzegu. Udało się dopiero nazajutrz, dzięki pomocy pracowników stacji meteo.

Prognozy pogody zdecydowały, że następnym celem młodej załogi będzie Islandia, oddalona od Jan Mayen o 380 mil morskich. Po kilku dniach w miarę przyjemnej żeglugi "Maytur" zacumował w Neskaupstatur, największym porcie rybackim na wschodnim wybrzeży wyspy.
- Byliśmy zszokowani cenami, nieraz niższymi niż w Polsce i tym, jak bardzo kryzys dotknął ten kraj, dotąd jeden z najdroższych i najbogatszych w świecie - opowiada Michał. - Na zwiedzanie nie mieliśmy za dużo czasu, ale nie mogliśmy się oprzeć kąpieli w basenach termalnych. Woda miała około 42 stopni Celsjusza, a temperatura powietrza jakieś 10... Bajka! Na dodatek taka kilkugodzinna przyjemność kosztowała nas w przeliczeniu jakieś 7,50 zł na głowę! Chętnie zostalibyśmy dłużej, ale prognozy były bezwzględne - mieliśmy tylko dwa dni bezsztormowej pogody na dopłynięcie do Wysp Owczych.

Śmierć zajrzała im w oczy
W ich stolicy, Torshavn, spędzili dwa dni, żeby przeczekać sztorm (7-8 stopni w skali Beauforta). Ostatni etap wyprawy miał się skończyć w Danii, ale po czterech dniach walki z wiatrem dochodzącym do "dziewiątki" (w porywach 110 kilometrów na godzinę), jacht wywiało... na południowy kraniec Norwegii.
- Żegluga w takich warunkach to nic przyjemnego, to była po prostu walka o życie - mówi Michał. - Zdecydowałem, że bez względu na to, czyja wachta właśnie wypadnie, ja poprowadzę jacht. Otuchy dodawały nam pojawiające się co jakiś czas nad nami helikoptery. Do dziś nie wiemy, czy to była duńska, czy norweska straż przybrzeżna.

Dziś jest dumny ze swojej załogi i zakończonej sukcesem wyprawy. Podkreśla, że aby zorganizować taki rejs, nie potrzeba nie wiadomo jakiego doświadczenia i tysięcy przepłyniętych mil na morzu. - Najważniejszy jest dobrze przygotowany jacht, zdrowy rozsądek i stałe pilnowanie prognozy pogody - tłumaczy. - No i załoga, na którą zawsze można liczyć.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3