Magda Zawadzka: - Nie jestem sama

Fot. Witold Chojnacki
Magda Zawadzka
Magda Zawadzka Fot. Witold Chojnacki
- Gustaw kochał sport do tego stopnia, że oglądał nawet kolarstwo, którego nie lubił. Kiedy komentował akcję na boisku, zawsze było to fachowe, dowcipne i tak emocjonalne, że raz połamał poręcze fotela - mówi Magda Zawadzka, aktorka.

- Powiedziała pani, już po śmierci męża: "Gucio wciąż się mną opiekuje". Należałoby dodać: a pani nim. Bo czym innym wytłumaczyć to, że porusza się pani śladem książki Gustawa Holoubka "Wspomnienia z niepamięci", biorąc udział w jej prezentacji...
- Staram się pamięć o nim zachować nie tylko w sobie, ale i w innych. W ten sposób przedłużam jego istnienie. Bardzo mi w tym pomagają ludzie, którzy wymyślili pomnik - ławeczkę z siedzącą na niej sylwetką Gustawa - w Międzyzdrojach, zadbali o tablicę i medalion w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, księża, którzy celebrowali msze ku jego pamięci - także w Berlinie, w tamtejszej katedrze, gdy wspomagałam Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, będąc jej honorowym gościem - organizatorzy koncertu muzyki i poezji klasycznej w auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wkrótce będę odsłaniać pomnik Gustawa w Białymstoku podczas festiwalu wszystkich zawodów filmowych, na którym będzie wręczana nagroda jego imienia.

- Od śmierci męża minęło niewiele ponad rok. Czy nie lepiej dla pani byłoby zająć się czym innym, odpocząć od tego, co szczególnie doskwiera?
- Mam i zawsze miałam bardzo dużo zajęć zawodowych i prywatnych, wierzę, że mąż czuwa nade mną. Poza tym - nie chcę zapomnieć, nie chcę się dystansować. Choć, jak pani zauważyła, minął rok i trzy miesiące od jego odejścia, mam takie wrażenie, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Nie mogę się pogodzić z jego śmiercią, co na pewno nie pomaga mi żyć, ale myśli o nim należą do najpiękniejszych.
- A przecież początkowo nic nie wskazywało na to, że tak się stanie. Kiedy na początku znajomości Holoubek zapytał, w którą stronę pani idzie, usłyszał: "W przeciwną niż pan".
- Byłam mężatką, on był żonaty i nawet przez myśl nie przeszła mi jakakolwiek bliższa znajomość. Poza tym byłam "osobą młodą, gniewną" i to, że pan Holoubek chce się ze mną przejść ulicą, w żaden sposób mi nie imponowało.

- A potem okazało się, że "życie jest snem", jak w tytule sztuki Calderona de la Barki, w której wystąpiliście państwo razem?
- Zaczęło się niełatwo. Od pokonywania przeszkód, jakimi były wcześniejsze zobowiązania wobec innych. Pojawiło się jednak uczucie tak wyjątkowe, że uległam i teraz, gdy wszystko się dopełniło, mogę stwierdzić, że sen był szczęśliwy. Gustaw zachowywał do wszystkiego dystans i tego mnie uczył przez całe życie, natomiast ja uczyłam go optymizmu i entuzjazmu do wszystkiego, co nas otacza. Po 39 latach znajomości i 35 małżeństwa oboje zmieniliśmy się. Jedynym zagrożeniem, jakie pojawiło się na naszej drodze, była postępująca niewydolność jego jedynej nerki.

- Jak wyglądała państwa codzienność?
- Żyliśmy, jak każde udane małżeństwo. Jak ludzie, którzy chcą sobie pomóc, a nie wzajemnie się zadręczać. Nienawidzę konfliktów i Gustaw był taki sam. Jeżeli nawet dochodziło do małych kontrowersji, zawsze szukaliśmy rozwiązania. Nie było trzaskania drzwiami, kłótni, cichych dni, wychodzenia z domu, złośliwych uwag. Zajmowaliśmy się domem, naszym Jasiem, sobą, codziennymi obowiązkami i pracą - nic ciekawego nie powiem, zdając sobie sprawę, że zakrawa to na idealizowanie albo kłamstwo, ale tak po prostu było. I nie były to pozory; nie mogłam udawać przez 35 lat. Nigdy się nie nudziliśmy. Lubiliśmy słuchać muzyki, czytać, gadać, razem pomilczeć. Zawsze można było obejrzeć jakiś mecz w telewizji. Gdy w domu sprawiliśmy sobie dwa telewizory, oglądałam to, na co miałam akurat ochotę, niekoniecznie sport. Gustaw kochał sport do tego stopnia, że oglądał nawet kolarstwo, którego nie lubił. Kiedy komentował akcję na boisku, zawsze było to fachowe, dowcipne i tak emocjonalne, że raz połamał poręcze fotela.

- Roztargnienie, którego pani nie ukrywa, nie doprowadzało do konfliktów?
- Na szczęście oboje byliśmy roztargnieni, więc rozumieliśmy siebie nawzajem. Kiedy kupiliśmy samochód, uznał, że tę okoliczność możemy świętować jedynie w Krakowie. No i pojechaliśmy. Będąc już na miejscu, zostawiliśmy auto na strzeżonym parkingu i poszliśmy w miasto: na drugie śniadanie do "Jaszczurów", na obiad do "Wierzynka", było także kupowanie sobie prezentów. Nie wiadomo, kiedy zrobiło się ciemno, więc poszliśmy na dworzec i wsiedliśmy do pociągu. Już jadąc, zorientowaliśmy się, co się stało i zaczęliśmy się śmiać, nie było z tego powodu awantury ani wzajemnych oskarżeń.

- Na chwilę zmienię temat. Trudno zrozumieć dlaczego po sukcesie, jaki przyniosła rola Basi Wołodyjowskiej, najlepsza, jak oceniła krytyka, wśród sienkiewiczowskich postaci kobiecych, reżyserzy nie zasypali panią propozycjami. Przecież mieli świetny materiał na gwiazdę...
- Tu się z panią nie zgodzę, ponieważ zagrałam ponad sto szalenie interesujących i dla mnie fascynujących ról w teatrze, w teatrze telewizji, filmie i na estradzie. I nadal dużo gram, docierając do najdalszych zakątków świata, do Polonii.
- Zdarzyła się jednak dziesięcioletnia nieobecność na ekranie...
- Nie miałam na to żadnego wpływu.

- Od początku mówiło się, że kamera panią lubi. Z wzajemnością?
- To prawda. Kamera mnie nie peszy, nie usztywnia, nie powoduje, że tracę rezon. Widzę w niej partnera.

- Czy aby troskliwa obecność męża nie dała się pani we znaki? Gdyby nie on był pani dyrektorem w "Dramatycznym" i "Powszechnym", prawdopodobnie pojawiłyby się ciekawsze propozycje?
- Być może, ale "gdybanie" nie leży w moim charakterze. Mąż specjalnie się o mnie nie troszczył, nie musiał tego robić, bo zawsze byłam bardzo samodzielna, większość ról zagrałam u innych reżyserów. O nepotyzmie nie było mowy. Poza tym nie zawsze był dyrektorem i nie zawsze graliśmy ze sobą.

- Jak to jest, gdy gra się z tak bliską osobą?
- To nie ma znaczenia. Nie gra się siebie, tylko postać.

- Nie było państwa marzeniem, by syn...
- Już wiem, o co pani zapyta. Nie. Zawsze dawaliśmy mu wolność wyboru. To, czy zechce zostać aktorem, zależało tylko od niego. Jak widać nie chciał.

- Może nie należało mu kupować kamery?
- Może. Ale kupiliśmy ją nie jemu, a sobie. Wybieraliśmy się na wakacje do Hiszpanii, do pani Nelly Rubinstein, wdowie po Arturze Rubinsteinie i chcieliśmy na pamiątkę zarejestrować interesujące wydarzenia z pobytu w Marbelli. Przed wyjazdem Jasio zobaczył duże pudełko, spytał, czy może rozpakować i już nie wypuścił kamery z rąk. Filmował wszystko: podwórko, mieszkanie, nas, a na wakacjach kręcił już fabułę. W dwa lata później z udziałem przyjaciół nakręcił dwudziestominutowy film według "Dziesięciu małych Murzynków" Agaty Christie.

- Nie zatrudnił ojca w charakterze asystenta?
- Raczej wolałby zaproponować mu główną rolę. Po wielu latach zrobił film o ojcu pt. "Światło i cień".

- No i państwu obojgu zdjęcia do czasopism.
- Tak, kilkakrotnie. Były bardzo udane. Mąż nie cierpiał pozowania, ale przy Jasiu czuliśmy się naturalnie i swobodnie.
- Pani Rubinstein nie została uwieczniona?
- Nie życzyła sobie tego i Jasiek to uszanował.

- To nazwisko uświadomiło mi, że musieli się państwo spotykać z wieloma interesującymi ludźmi.
- Tak. Znajomość z nimi czyniła życie ciekawszym i piękniejszym. Należeli i należą do nich Witold Lutosławski, Stanisław Dygat, Kalina Jędrusik, Halina Kunicka, Lucjan Kydryński, Maciej Słomczyński, Tadeusz Konwicki, Wiesław Ochman, Andrzej Hiolski. Nie sposób wymienić wszystkich aktorów, muzyków, plastyków i wielu osobowości innych zawodów. Kiedyś w Oslo zatrzymaliśmy się u państwa Lutosławskich. Był z nami pięcioletni Jasiek, żywy i wesoły, jak to dziecko. Pamiętam, jak powiedział do pana domu: "Witusiu, chodź, poskacz ze mną przez żywopłot!". I, proszę sobie wyobrazić, siedemdziesięciokilkuletni kompozytor skorzystał z zaproszenia. Czy to nie piękne?

- Nie mniej niż fakt, że z widowni Teatru Dramatycznego zawołał do grającego na scenie Piotra Fronczewskiego: "Nie duś mojej mamy!".
- W "Kaliguli" Camusa. Tak to było.

- Kiedy myśli pani o swoich rolach, która wydaje się szczególnie trafiona, szczególnie bliska?
- Wszystkie kocham jednakowo, bo wszystkie zawierają cząstkę mnie. Moje ciało, które posłużyło za instrument, moją wyobraźnię.

- Wystarczyło wyobraźni, by w bardzo młodym wieku zagrać lady Makbet, którą Szekspir widział jako bardziej doświadczoną, okrutną i bezwzględną?
- Najbardziej cenię role dalekie od mojego prywatnego wizerunku. Ostatnio w Singerze w spektaklu "Namiętności" gram kobietę z brodą.

- Czym kierowała się Izabela Cywińska, widząc w tej roli eteryczną, urodziwą blondynkę?
- Ponieważ uważa mnie za osobę niesłychanie kobiecą, wrażliwą, delikatną
- oświadczyła to publicznie, więc powtarzam - dała mi rolę, która jest zaprzeczeniem tego wszystkiego. A ja bardzo się ucieszyłam, bo nic mnie bardziej nie satysfakcjonuje niż takie aktorskie wyzwanie. Pełne znaczeń i tajemnicy.
- Pociągają panią tajemnice?
- Bardzo, ale należy je szanować, zarówno cudze, jak i swoje. Są sprawy, o których nikt nie wie i nikt się nie dowie.

- Mąż jedną z nich zdradził: powiedział, że kiedy wchodziła pani do pokoju syna po jego odejściu z domu "na swoje", nigdy nie obeszło się bez łez. Ujawnił się syndrom opuszczonego gniazda?
- Z tymi łzami trochę przesadził. Jest to po prostu smutne, kiedy z domu odchodzi dziewiętnastolatek, który wnosił tyle życia, tyle radosnego zawirowania. Psychicznie dość wcześnie przygotowywałam się do tego, że to kiedyś się zdarzy, bo nie ma nic gorszego, jeśli to następuje bardzo późno lub wcale. Młody mężczyzna nie powinien zbyt długo tkwić przy rodzicach. Jasio pojechał na studia do Łodzi i dzięki temu usamodzielnił się. Zostaliśmy z mężem i na nowo stworzyliśmy swój świat, co było też fascynujące. Syndrom opuszczonego gniazda czuję teraz, po śmierci Gustawa. Teraz dopiero dokucza mi pustka.

- "Od zawsze jest ze mną" - to z innej pani wypowiedzi.
- Straciłam tylko jego fizyczną obecność. Nie jestem sama. On istnieje. Jest w moim sercu, pamięci i pozostanie w nich na zawsze. Najwspanialszą kontynuacją Gustawa jest nasz syn.

- A tak bardzo byliście państwo różni. Fizycznie, ze względu na wiek, temperament, postawę.
- I, paradoksalnie, tacy sami. Nie potrzebowaliśmy słów, żeby się rozumieć.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie