Mity Września

WikipediaZaktualizowano 
Wrzesień 1939. Polska kawaleria pod Sochaczewem.
Wrzesień 1939. Polska kawaleria pod Sochaczewem. Wikipedia
W szkołach uczono nas, że II wojna światowa zaczęła się na Westerplatte, a bohaterscy obrońcy Wizny zatrzymali korpus pancerny. Mało kto też pamięta, że pojęcie "kampania wrześniowa" w rzeczywistości obraża polskich żołnierzy.

Gdy 1 września o godzinie 4.48 na Westerplatte spadły pociski, wojna polsko-niemiecka już trwała. Obecnie wielu badaczy przyjmuje, że konflikt rozpoczęło bombardowanie Wielunia, niewielkiego miasteczka położonego 90 km od Łodzi. To właśnie na ulice tej miejscowości spadły bomby o godzinie 4.35, zrzucane przez niemieckie samoloty. Tylko że to też nie do końca precyzyjna informacja. W rzeczywistości kampania zaczęła się jeszcze wcześniej, a tylko na potrzeby propagandy symbolem zostało Westerplatte, a teraz kolejnym staje się Wieluń.

Westerplatte broni się jeszcze
W 1939 roku na niewielkim półwyspie Westerplatte nad Zatoką Gdańską działała składnica wojskowa, której załoga pilnowała polskich interesów w Wolnym Mieście Gdańsk. Niemcy na początku zlekceważyli naszą obronę. Nie wiedzieli, że budynki zostały skrycie ufortyfikowane, a załoga wzmocniona i dozbrojona. 1 września ponad 200 żołnierzy najpierw odparło jeden chaotyczny szturm, a potem drugi. Po zakończeniu wojny pisano niemal wszędzie, że do 7 września - gdy Polacy skapitulowali - Niemcy atakowali jeszcze kilkanaście razy, a "polscy żołnierze do nieba czwórkami szli".
Tymczasem w rzeczywistości ataki były w sumie trzy i po ostatnim obrońcy zdecydowali się skapitulować. Wiedzieli bowiem od dawna, że znikąd pomocy nie otrzymają, a ranni potrzebują opieki lekarskiej. Ale już wówczas maleńki półwysep był symbolem polskiego Września.
Informacja, że "Westerplatte broni się jeszcze" przez sześć dni pojawiła się w komunikatach wojennych Polskiego Radia i mocno kontrastowała z listą miast, które codziennie zajmował Wehrmacht. Po wojnie Westerplatte stało się symbolem rozpoczęcia wojny, a legenda tego miejsca nabierała mocy.
Dziś nikt nie podważa bohaterskiej obrony, ale z drugiej strony wielu badaczy dziejów obrony stawia tezę o załamaniu psychicznym majora Henryka Sucharskiego, który chciał poddać placówkę już 2 września i w pewnym momencie obroną zaczął kierować kapitan Franciszek Dąbrowski. Pojawiają się również informacje, że kilku polskich żołnierzy zostało zastrzelonych podczas walki za próbę dezercji lub odmowę wykonania rozkazu. Niestety prawdy o tym, co działo się wśród obrońców Westerplatte, nie poznamy już pewnie nigdy. W marcu 2012 roku zmarł bowiem Ignacy Skowron, ostatni żyjący obrońca półwyspu.

Wojna wybuchła wcześniej
Tak jak obrona Westerplatte oraz zdjęcia strzelającego niemieckiego pancernika "Schleswig-Holstein" były w PRL-u symbolem rozpoczęcia wojny w Polsce, tak obecnie na taki symbol kreuje się barbarzyńskie bombardowanie Wielunia. Jak utrzymuje Instytut Pamięci Narodowej, pierwsze bomby miały spaść o 4.35, a potem naloty powtarzano. Zniszczeniu uległa spora część miasta, a udokumentowana liczba zabitych to ponad 100 osób, choć pojawiają się także liczby 10-krotnie wyższe. Część historyków twierdzi jednak, że w rzeczywistości atak nastąpił godzinę później (wskazują na to zapiski w niemieckich dziennikach bojowych), a pierwsze bomby spadły nie na Wieluń, ale na Tczew.

Tę tezę przypomniał także kilka tygodni temu na naszych łamach Arkadiusz Karbowiak, który napisał, że już o godzinie 4.34 na miasto spadły bomby, powodując pierwsze ofiary. Z tymi faktami obecnie nikt nie polemizuje, ale one wcale nie znaczą, że wojna na pewno zaczęła się akurat w Tczewie.
Historycy badający pierwsze dni wojny na granicy polsko-niemieckiej nadal mają spory kłopot z ustaleniem dokładnej daty i miejsca rozpoczęcia konfliktu.

Dr Tadeusz Olejnik znalazł dowody na to, że około 4.15 ruszyło niemieckie natarcie w kierunku Chojnic w okolicach Tczewa, a o tej samej godzinie IV Dywizja Pancerna Wehrmachtu miała sforsować rzekę Liswarta. Na ślady jeszcze wcześniejszych starć wpadł dr Wojciech Grobelski, który bada początki wojny obronnej. Uważa, że już o godzinie 4.00 pociąg numer 963 z niemieckimi kolejarzami w polskich mundurach i ukrytą w wagonach bydlęcych specjalną jednostką Wehrmachtu ruszył w kierunku Tczewa z zamiarem opanowania ważnych strategicznie mostów. Na stację w Szymankowie wjechał o 4.20 i to tam miały paść pierwsze strzały II wojny światowej, bo polscy kolejarze przestawili zwrotnicę w taki sposób, że pociąg z Niemcami wykoleił się. Jeszcze wcześniej strzały miały paść na Śląsku. Tuż przed 2 w nocy 1 września straż graniczna zawiadomiła polskie wojsko, że w okolicach Rybnika niemieccy żołnierze zaatakowali posterunek w Suminie. Takich miejsc, gdzie atak wykonano wcześniej niż w Tczewie, było dużo więcej. W naszych szkołach się jednak o tym nie uczy, bo wychodzi się pewnie z założenia, że prościej uczniom jest zapamiętać hasło Westerplatte lub Wieluń.

Wizna to nie były Termopile
Hasłem od lat związanym z wojną polsko-niemiecką jest również Wizna, mała miejscowość w okolicach Łomży. Nic dziwnego, bo w wielu publikacjach znajdziemy informację o tym, jak to 400 polskich żołnierzy przez prawie cztery dni zatrzymało 40-tysięczny korpus pancerny słynnego Heinza Guderiana, twórcy doktryny niemieckiej wojny błyskawicznej.

Polskim symbolem obrony Wizny stał się bohaterski kapitan Władysław Raginis, który dowodził polskimi żołnierzami i rzeczywiście wolał zginąć, niż poddać się Niemcom. Niestety badania dr. Tomasza Wesołowskiego, historyka z Uniwersytetu w Białymstoku, każą wątpić, czy Wizna była polskimi Termopilami.

Okazuje się, że wielu Polaków uciekło z pola walki, a Niemców zatrzymał nie tyle ogień z 10 polskich bunkrów, ale głównie rzeka Narew i konieczność budowy mostu pontonowego. Jak ustalił dr Wesołowski, Niemcy ponieśli dużo większe straty w walkach pod pobliskimi Nowogrodem i Łomżą, niż szturmując umocnienia w okolicach Wizny. Dlaczego więc mała miejscowość urosła do rangi symbolu?
Okazuje się, że mit polskich Termopil zaczął się na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Najpierw ukazał się artykuł w "Sztandarze Młodych", gdzie obrońców Wizny stawiano na równi z obrońcami Westerplatte, a potem na masową skalę zaczęły się pojawiać propagandowe publikacje o walkach o Wiznę, które z rzeczywistością nie miały wiele wspólnego. Dziś legenda obrońców jest na tyle mocno zakorzeniona, że dr Tomasz Wesołowski jest przez wielu oskarżany o "szarganie pamięci polskiego żołnierza". Te osoby nie chcą przyjąć do wiadomości, że pod Wizną poległo tylko 9 niemieckich żołnierzy.

Równie trudno jest wielu z nas pogodzić się z tym, że słynna obrona wieży spadochronowej w Katowicach 3 września 1939 r. nie wyglądała tak, jak przedstawiono ją najpierw w książce Kazimierza Gołby, a potem w fabularnym filmie "Ptaki Ptakom". Jeszcze niedawno uważano bowiem, że polscy harcerze zadali Niemcom bolesne straty, a opór przełamał dopiero ostrzał ciężkiej artylerii. Ciała zabitych i rannych obrońców miały być zrzucone z pomostu. W rzeczywistości, choć strzały do Niemców padły, to opór był bardzo krótki i do dziś nie wiadomo nawet, kto tak naprawdę strzelał. To wciąż zagadka, która powoduje jednak, że legenda o harcerzach obrońcach nadal trwa.

"Rycerze" z Wehrmachtu
Ale swoje mity z 1939 roku mają także Niemcy. Wciąż można tam spotkać osoby, które uważają, że podczas wojny polsko-niemieckiej żołnierze Wehrmachtu nie dokonywali zbrodni, a te zaczęły się podczas długiej i okrutnej wojny w Rosji. Jeśli już w Polsce do zbrodni dochodziło, to odpowiedzialne było osławione SS i oddziały specjalne tzw. Einsatzgruppen (jedna z takich grup powstała w Opolu), które posuwały się za regularnymi oddziałami i eliminowały osoby zaliczane do polskiej elity: powstańców śląskich, nauczycieli, działaczy politycznych.

Nie jest przypadkiem, że słynna wystawa fotograficzna poświęcona zbrodniom Wehrmachtu - która wiele lat temu wstrząsnęła opinią publiczną w Niemczech - dotyczyła tylko okresu 1941-1944. Tymczasem już w 1939 roku niemieckie wojsko pokazało, że zapisy konwencji haskiej - normującej prowadzenie konfliktów zbrojnych - traktuje bardzo wybiórczo.

To w Polsce bombardowano bezbronne miasta, a nie instalacje militarne, a zbrodnie na jeńcach zaczęły się już w pierwszych dniach września. Litości Wehrmacht nie miał często również dla ludności cywilnej, a w szczególności dla Romów i Żydów. Szacuje się, że do końca października wymordowano kilkanaście tysięcy polskich obywateli. Temat niemieckich zbrodni wciąż wymaga jednak badań, bo nawet okoliczności słynnego mordu 300 żołnierzy w Ciepielowie - upamiętnionego na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie - budzą dziś wątpliwości. Już kilka lat temu historyk amator Janusz Ryt odnalazł dokumenty, z których wynikało, że zbrodnia w Ciepielowie mogła być wymysłem powojennej propagandy. Według Ryta rozstrzelano wówczas kilkanaście osób, jednak 2 km dalej, w lesie Cukrówka. Po wojnie połączono obydwa wydarzenia i zwielokrotniono liczbę ofiar. Pasjonat historii zwrócił także uwagę, że polscy żołnierze mają nagrobki aż w trzech miejscowościach i na każdym z symbolicznych grobów jest informacja o pochowanych tam kilkuset ofiarach. Tylko ekshumacje mogłyby rozstrzygnąć historyczny spór. Nikt jednak nawet nie chce o tym słyszeć.

Październik, a nie wrzesień
Mitem, z którym polscy historycy próbują się rozprawić od lat, jest twierdzenie, że wojna obronna Polski w 1939 roku zakończyła się we wrześniu.

Termin "kampania wrześniowa" jest powszechnie używany, mimo że ostatnie walki regularnych oddziałów Wojska Polskiego trwały jeszcze w październiku.

I tak np. żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza starli się pod Wytycznem z Sowietami 1 października, kapitulacja Helu miała miejsce 2 października, a bitwa pod Kockiem zakończyła się dopiero cztery dni później. Ma ona dziś wymiar symboliczny, zważywszy na fakt, że gdy 5 października Adolf Hitler odbierał zwycięską paradę wojskową w Warszawie, w tym samym czasie pod Kockiem oddziały Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie", dowodzonej przez gen. Franciszka Kleeberga, walczyły z niemieckim XIV Korpusem Zmotoryzowanym. Polacy skapitulowali dopiero rankiem 6 października z powodu braku amunicji i środków opatrunkowych.

Warto o tym pamiętać i zamiast terminu "kampania wrześniowa" używać np. określenia "kampania obronna". Jesteśmy to winni żołnierzom, którzy mimo kapitulacji stolicy i opuszczenia kraju przez władze 17 września, walczyli za Polskę także w październiku.

polecane: Flesz - Co piąta transakcja będzie wymagać użycia PIN-u

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

B
Bogdan z Krowiarek

nie interesuje mnie poprawność polityczna,poprawność historyczna ale prawda.wszystko jedno:czy bohater był cnotliwy czy był pijany w trakcie dokonywania czynu,chodzi o sam fakt:było tak i tak.koniec kropka

 

G
Grzegorz

Wieluń nie walczy o palmę pierwszeństwa tylko o pamięć. Już w latach 50' czy 60' próbowano przebić się do świadomości polaków, jednak ze względów politycznych westerplatte było bardziej "odpowiednie". Już wtedy mówiono, że Wieluń 4:40. Faktycznie trudno jasno określić kto i gdzie był pierwszy, ale jedno jest najważniejsze. Wieluń był małym, 15 tysięcznym miastem oddalonym o ok.15 km. od granicy niemieckiej. Miasto nie mające zupełnie znaczenia strategnicznego, militarnego a mimo to w 90% zabudowa centrum miasta została zburzona, a całościowo miasto w 75%. Atak na Wieluń był precyzyjnie zaplanowany, mówi też o tym w swoim filmie Bogusław Wołoszański "Wieluń-Miasto Niepokonane". Tutaj uczył się Horst Schole, który był pilotem niemieckim. Dokładnie znał miasto. Na pierwszej linii strzału był szpital oznaczony czerwonym krzyżem, synagoga i kościół farny, który na polecenie niemców został wysadzony w powietrze wiosną 1940 roku a na jego miejscu postawiono drewniane baraki, aby jeszcze bardziej pognębić polaków. Kościół można było odbudować, ponieważ uszkodzona została tylko jedna kaplica a kościół XIII wieczny został zlikwidowany. 7 wieków miasta legło w gruzach.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3