Moje Kresy. Chodorów - cukrowe miasto

    Moje Kresy. Chodorów - cukrowe miasto

    Stanisław S. Nicieja

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Chodorów leży na przecięciu dwóch ważnych linii kolejowych - ze Lwowa do Stanisławowa i z Tarnopola do Stryja. Ta krzyżówka szlaków komunikacyjnych dała siłę witalną miasteczku położonemu na bardzo żyznych polach pszenno-buraczanych, w zupełnie bezleśnej okolicy.
    Chodorów był chyba jedynym na świecie miastem, które wystawiło pomnik... burakowi cukrowemu.

    Chodorów był chyba jedynym na świecie miastem, które wystawiło pomnik... burakowi cukrowemu.

    Lokalizacja Chodorowa robi wrażenie: miasto jakby leżało na półwyspie, bo od wschodu i południa otaczają go rzeka Ług i rozległy staw, którego południową granicą jest grobla przecięta kilkoma przepustami. W stawie, który bronił od południa przed najeźdźcami, od wieków hodowano ryby. Stąd do dziś w herbie tego miasta jest rybak z siecią na tle wodnego rozlewiska. Według dokumentów historycznych pierwszymi właścicielami miasta byli Chodorowscy. Ostatni z tego rodu, Aleksander Chodorowski, podkomorzy lwowski (zm. 1694 r.), rozpoczął tam budowę dużego kościoła, którą ukończył Franciszek Cetner, prawny spadkobierca tych dóbr. Później miasteczko było własnością Rzewuskich i Lanckorońskich.

    Gdy upadła Rzeczpospolita, upadł też Chodorów.
    Zaborcy - Austriacy - odebrali mu prawa miejskie i dopiero powstanie wspomnianego węzła kolejowego i dużej stacji przeładunkowej na początku XX w. podniosło Chodorów z upadku. W tym czasie baron Karol de Vaux (mąż Elżbiety Lanckorońskiej) wybudował tam pałac w stylu willi włoskiej, który niestety został spalony przez wojska rosyjskie (carskie) w 1915 r. Ostatnim polskim właścicielem dóbr chodorowskich był usynowiony siostrzeniec Leona de Vaux - Eugeniusz Lubomirski de Vaux, który podczas II wojny światowej był adiutantem gen. Andersa. On to w latach 1932-1933 wybudował w Chodorowie nowy pałac w stylu art deco, który szczęśliwie dotrwał do naszych czasów. W 1939 r. Chodorów liczył 10 tys. mieszkańców, z czego połowę stanowili Żydzi. W czasie wojny wymordowali ich Niemcy.

    Polscy mieszkańcy Chodorowa, którzy przeżyli wojnę, wygnani na zachód, rozproszyli się po całym świecie. Najwięcej z nich osiadło na Śląsku, przeważnie w Chybiu, Raciborzu, Lewinie Brzeskim, Otmuchowie i Baborowie, bo tam były cukrownie, a przedwojenny Chodorów słynął z jednej z największych w Europie cukrowni, produkującej krystalicznie biały, rafinowany cukier w kostkach.

    Jak cukier był ważny w dziejach tego miasta, świadczy fakt, że Chodorów był chyba jedynym na świecie miastem, gdzie wzniesiono pomnik... burakowi cukrowemu. Dwa barokowe putta wznoszą do góry potężnego buraka, więcej - tulą się do niego z miłością.
    Chodorowianie tęsknili za swym miastem urodzenia, co znalazło odbicie w licznych wspomnieniach i wierszach, które zebrał wybitny chemik, prof. Antoni Mieczysław Dancewicz, autor dwóch świetnych książek o swoim mieście rodzinnym. W jednym z cytowanych tam wierszy chodorowianka, poetka Justyna Holm pisała z nostalgią:

    Szukam Chodorowa
    Na półkach, na mapach,
    na zdjęciach...
    A znajduję go w sobie
    Na rozwidleniu tęsknot
    Pod wodospadem krain
    szczęśliwych (...)
    Na stacji cukru i chińskich bzów

    Sławna cukrownia
    Stereotyp o polskich kresach sugeruje, że były to obszary rolnicze, a ludność utrzymywała się głównie z uprawy ziemi. Plony były niskie, a ziemiaństwo żyło dostatnio, budowało pałace i dwory tylko dzięki temu, że dysponowało ogromnym areałem oraz bogatymi w drewno lasami. Dochody czerpało głównie z gorzelni, tartaków i młynów.

    Jak każdy stereotyp, tak i ten zawiera uproszczenia i karykaturyzuje rzeczywistość, bowiem na kresach istniały duże zakłady produkcyjne, jak choćby największa i najnowocześniejsza swego czasu w Europie rafineria ropy naftowej "Polmin" w Drohobyczu, Fabryka Papierosów i Cygar w Zabłotowie, bekoniarnia w Złoczowie (zasypująca swymi wyrobami mięsnymi Anglię) czy wspomniana już cukrownia w Chodorowie.

    Winę za wyparcie ze świadomości Polaków istnienia polskiego przemysłu na kresach ponosi polska historiografia, zajmująca się ciągle - jak mantrą - wojnami, awanturami politycznymi, martyrologią, liczeniem ofiar, blizn i urazów. Pomija się biografie budowniczych oraz kreatorów życia gospodarczego. Może kiedyś nauczymy się cenić ludzi pracy organicznej, codziennego mozolnego budowania swej pozycji materialnej i intelektualnej; pragmatyków, ludzi z wyobraźnią i odpowiedzialnością za swoje czyny, budujących warsztaty pracy oraz fabryki dla siebie i dla innych. Gdyby nie było takich postaci w naszej historii, naród musiałby wybrać się w całości na emigrację zarobkową.

    Takim przykładem mogą być dzieje jednej z największych w Europie cukrowni w Chodorowie. Historia tego przedsiębiorstwa jest nie mniej fascynująca niż potyczka militarna czy jakiś spisek polityczny. Oto krótki rys historyczny tego przedsiębiorstwa.

    W 1912 r. syn księżnej Elżbiety Lanckorońskiej i austriackiego feldmarszałka Kazimierza de Vaux, hrabia Jan Zamoyski i inżynier Bronisław Albinowski założyli spółkę Towarzystwo Akcyjne Chodorów z zamiarem zbudowania cukrowni. Byli to ludzie z wyobraźnią, przypominający słynną trójkę z "Ziemi obiecanej" (Borowiecki, Baum, Welt). Pomysł przekuli błyskawicznie w czyn. Wzięli kredyt w banku lwowskim, zatrudnili na stanowisku dyrektora Towarzystwa inż. Stanisława Kremera (1876-1935) - zdolnego i doświadczonego cukrownika po studiach technologicznych w Wiedniu i praktykach w cukrowniach Czech, Moraw i Niemiec, a projekt samej cukrowni zamówili u cenionego architekta czeskiego, Macieja Blacha, który miał już w dorobku wybudowane cukrownie w Rumunii, Włoszech i Bułgarii.

    Maciej Blach wykonał projekt w ciągu dwóch miesięcy. Tempo budowy cukrowni może jeszcze dziś imponować, bo po roku, w jesieni 1913 r. fabryka była już gotowa i przerabiała buraki z pól wokół Chodorowa na świeży, krystalicznie biały cukier. Produkcja szła bezawaryjnie, bo sprawdziły się nowoczesne maszyny zakupione w zakładach Skody w Pilźnie. Fachowość polskich inżynierów, obfite plony buraków i dobra organizacja produkcji rokowały jak najlepiej nowoczesnej cukrowni. Ale rok później wybuchła I wojna światowa. We wrześniu 1914 r. Chodorów zajęli Rosjanie i od razu zrabowali cały zapas cukru z magazynów oraz wymontowali urządzenia fabryczne. Gdy kilka miesięcy później, w połowie 1915 r., musieli z Chodorowa uciekać, wysadzili w powietrze potężny, dominujący nad miastem, 65-metrowy komin cukrowni i podpalili główne budynki fabryczne.

    Mimo tych strat spółka natychmiast po wycofaniu się Rosjan przystąpiła do odbudowy cukrowni. Nie zdążono jej uruchomić, bo fabrykę zajęła armia austriacka i stacjonując tam 15 miesięcy, zamieniła budynki w koszary. Na wiosnę 1918 r. spółka ponownie przystąpiła do odbudowy cukrowni. Ale musiano przerwać prace, bo w listopadzie 1918 r. Chodorów zajęły z kolei wojska ukraińskie, wyparte jednak przez Polaków w połowie 1919 r. Szybko uruchomiono zakład, ale rok później Chodorów zajęły wojska bolszewickie, które stacjonowały tam dwa miesiące, też grabiąc, co się dało.

    Czas spokoju nastał dopiero w latach 1921-1939 i wówczas kierownictwo cukrowni pokazało w całej pełni swe talenty organizacyjne. Czy to nie jest bohaterstwo? Nie załamywać się, nie rezygnować z działania pomimo ekstremalnie trudnych warunków, niepewności jutra i grabieży majątku. Właściciele cukrowni nie zrażali się, mimo że przedsiębiorstwo przez 6 lat było niszczone przez wojska najeźdźcze niczym drzewo, któremu ciągle przycina się wierzchołek i amputuje gałęzie. Należy podziwiać, że w tych niesprzyjających okolicznościach udało się stworzyć w Chodorowie jeden z najnowocześniejszych zakładów cukrowniczych w Europie. Wzniesiono potężne zabudowania o niebanalnej architekturze, stworzono całą sieć socjalnych udogodnień dla załogi cukrowni, w tym specjalne osiedle mieszkaniowe - od nazwiska pierwszego dyrektora, Stanisława Kremera - "Kremerówką" zwane. Dla pracowników stworzono klub towarzyski, salę muzyczną i teatralną, czytelnię, założono orkiestrę fabryczną. Dla dzieci pracowników i zatrudnionej młodzieży założono park sportowy z boiskiem, lodowiskiem, strzelnicą i kortami. Cukrownia utrzymywała 10 km własnych dróg bitych. Zakładała szkoły w okolicznych wsiach i budowała tam domy ludowe. Był to jeden z najbardziej rozwiniętych, twórczych ośrodków przemysłowych II Rzeczypospolitej.

    Jednym z wybitnie zasłużonych dyrektorów dóbr cukrowni - żyznych pól buraczanych, których areał w 1929 r. liczył ponad 7 tys. ha - był inż. Lucjan Rydel, syn poety młodopolskiego, znanego powszechnie dzięki "Weselu" Wyspiańskiego.

    Chodorowski Schindler
    Dyrektorem cukrowni w Chodorowie w latach 30. XX wieku, który doprowadził ją do rozkwitu, był Adam Korwin Piotrowski - wizjoner o zadziwiających zdolnościach organizacyjnych i wielkich kompetencjach. On to m.in. wybudował rurociąg długości 31 km, którym popłynął gaz ziemny z Daszawy do Chodorowa, dzięki czemu przestawił produkcję cukrowni z opału węglowego na gazowe, chroniąc środowisko naturalne miasta. Jego biografia jest fascynująca, a jego fachowość uszanowali nawet bolszewicy, którzy zajęli cukrownię we wrześniu 1939 r., a później hitlerowcy, którzy po usunięciu bolszewików wykorzystywali produkcję cukrowni dla swoich potrzeb.

    Nawet podczas tych obu okupacji, gdy wokół szalał terror i niszczono wszystko, co polskie i żydowskie, Piotrowski był dyrektorem. Ochraniał polską młodzież przed wywózką na roboty przymusowe do Niemiec. Częstokroć zdarzało się, że ratował też Żydów, wydając świadectwa "niezbędności dla cukrowni". Spełniał rolę podobną jak Oskar Schindler w Krakowie, spopularyzowany w słynnym filmie Stevena Spielberga. A gdy Niemcy, przeczuwając, że zostaną usunięci przez Armię Czerwoną z Chodorowa, zaczęli w 1944 r. rozmontowywać maszyny z linii produkcyjnej, by wywieźć je na zachód, Piotrowski spowodował, że najcenniejsze elementy, w tym wieże rektyfikacyjne, przetransportowano nie do Niemiec, ale w okolice Kazimierzy Wielkiej na przechowanie. Później, gdy na mocy traktatu poczdamskiego Polska uzyskała Racibórz, spowodował, że maszyny te zawieziono do tamtejszej, ogołoconej przez Sowietów poniemieckiej fabryki Hückla i ruszono z produkcją cukru dla Polski. Wieże rektyfikacyjne instalowano w Raciborzu pod osobistym nadzorem dyrektora Piotrowskiego i jego bliskiego współpracownika, dra Jana Kovacsa - szefa produkcji "Butanolu" w Chodorowie. Piotrowski spowodował też, że liczni inżynierowie i pracownicy z Chodorowa osiedli w Raciborzu i tam kontynuowali swą pracę.

    Adam Piotrowski na krótko objął też w 1946 r. funkcję dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego i czuwał nad odbudową cukrowni w Chybiu, Otmuchowie, Lewinie Brzeskim, Baborowie oraz Pszennie pod Świdnicą. Niestety, w okresie stalinizmu władze PRL oskarżyły go o szpiegostwo i nie biorąc pod uwagę jego zasług i kompetencji, wtrąciły do więzienia, po wyjściu z którego, złamany psychicznie, nie wrócił już do pracy. Zmarł w Warszawie w zapomnieniu w 1960 r.

    "Co tu tak pusto, jak w kołchozie?"
    Spośród chodorowian, którzy po wojnie osiedli w Opolu, szczególnie interesująca była rodzina Putów. Wojciech Put (1876-1959) był dyplomowanym piekarzem i miał znaną w Chodorowie piekarnię przy ulicy Szewczenki. Jego syn, Józef Put (1904-1982) odziedziczył zawód po ojcu, ale przed wojną, oprócz pracy w piekarni, prowadził wspólnie z żoną Balbiną z domu Błażej (1907-1985) w centrum Chodorowa sklep kolonialny o bardzo szerokim asortymencie. Putowie przyjechali do Opola w 1947 r. po krótkim pobycie w Rzeszowie i wówczas Józef Put otworzył przy ulicy Waryńskiego piekarnię, która wyspecjalizowała się w pieczeniu różnorodnych smakowitych precli.

    W 1949 r. zaczęła się w Polsce słynna "bitwa o handel". Pod tą mylącą nazwą ukryta była rządowa akcja mająca na celu niszczenie prywatnej inicjatywy, upaństwawianie prywatnych sklepów i przedsiębiorstw. Głównym koncepcjonistą i realizatorem tej akcji był minister gospodarki Hilary Minc - prawa ręka Bolesława Bieruta do spraw gospodarczych w pierwszych latach istnienia PRL. Józef Put poznał Hilarego Minca w Chodorowie w piekarni swego ojca. Minc ukrywał się tam za pryzmami worków z mąką przed tropiącymi Żydów hitlerowcami, nim udało mu się zbiec do Samarkandy, a po wojnie zrobić wielką karierę polityczną. Wykorzystując tę znajomość dla ratowania swojej opolskiej piekarni, Put napisał w 1949 r. do wszechwładnego wówczas ministra list przypominający tamto zdarzenie i proszący o umorzenie wysokiego podatku od lokalu. List okazał się skuteczny i piekarnia Puta mogła przez pewien czas jeszcze funkcjonować. W końcu jednak kolejne domiary podatkowe doprowadziły ją do bankructwa. Podobnie niszczono wówczas nestora opolskich piekarzy Stefana Kobyłkiewicza.

    Kilka miesięcy po tym spotkało Józefa Puta kolejne nieszczęście. Pewnego wieczoru, odprowadzając na pociąg swoją córkę Stanisławę, wówczas studentkę dziennikarstwa na UJ, spotkał przypadkowo na dworcu kolegę z Chodorowa, Stanisława Trojanowskiego. Razem poszli do bufetu dworcowego, aby napić się piwa i coś przekąsić. W lokalu tego wieczoru było wyjątkowo mało towaru, półki świeciły pustkami. Put, przechylając się przez ladę, zażartował głośno do ekspedientki: "Co tu tak pusto, jak w kołchozie?". Pech chciał, że usłyszał to stojący przy bufecie pracownik UB i za tę "szkodliwą dla interesów państwa" odzywkę Put został aresztowany. Przez tydzień żona z córkami nie wiedziały, co się z nim stało. W tym czasie osądzono go i skazano na 8 miesięcy obozu pracy.

    Józef i Balbina Putowie mieli trzy córki, dziś znane opolanki: Stanisławę Kuźbińską - przez pewien czas dziennikarkę "Trybuny Opolskiej", długoletnią pracownicę w Wojewódzkim Urzędzie Kin, byłą naczelnik wydziału budownictwa i działaczkę towarzystw kresowych; dr Wandę Matwiejczuk - długoletnią dyrektorkę i współtwórczynię biblioteki Uniwersytetu Opolskiego - i Ewę Karnas - z wykształcenia chemiczkę, obecnie właścicielkę dużego ośrodka wypoczynkowego w Jantarze pod Gdańskiem.

    W Opolu osiedli też trzej bracia Trojanowscy - Stanisław, Franciszek i Henryk - synowie Jana Trojanowskiego, który miał w Chodorowie znaną restaurację przy głównej ulicy. Trojanowscy kontynuowali w Opolu tradycje rodzinne, prowadząc restauracje, a później kwiaciarnie. Syn Henryka, Zdzisław (1928-2006), był wybitnym piłkarzem i hokeistą, pierwszym opolskim olimpijczykiem, który na Olimpiadzie Zimowej w Oslo zajął z drużyną 6. miejsce, później był trenerem hokeistów.

    Zbigniew Trojanowski, reprezentujący już młodsze pokolenie, prowadził w latach 90. XX w. kiosk z kwiatami na placu Wolności i zasłynął jako kontestator oraz wydawca tzw. "Gazety Ulicznej", w której atakował urzędników z ratusza. Codziennie jego kiosk oblepiony był plakatami z ostrymi, obrazoburczymi hasłami, często niecenzuralnymi określeniami przeciwko m.in. prezydentowi miasta, które jednak zwabiały licznych przechodniów i znajdowały akceptację społeczną.

    Piękną kartę w dziejach Opola zapisała też chodorowianka dr Krystyna Plutowa z domu Żuk, wnuczka Jana Żuka - rzeźbiarza ołtarzy w kościołach kresowych, który spoczywa na cmentarzu w Chodorowie, córka chodorowskiego kolejarza. Dr Krystyna Plutowa jest absolwentką Uniwersytetu Wrocławskiego, uczennicą dwóch wybitnych psychologów Mieczysława Kreutza i Jana Konopnickiego i autorką licznych artykułów oraz dwóch książek na tematy psychologiczne. Od 1955 r. związana ściśle z opolską WSP i uniwersytetem. Jest żoną długoletniego (19 lat) i jednego z najbardziej kreatywnych dziekanów dawnej WSP i Uniwersytetu Opolskiego, językoznawcy, prof. Feliksa Pluty. Dr Krystyna Plutowa od lat zbiera i dokumentuje dzieje swego rodzinnego miasteczka, utrzymując kontakty z rozproszonymi po całej Polsce chodorowianami.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (28)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (28) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo