Moje kresy. Jaremcze i Worochta - perły Karpat

    Moje kresy. Jaremcze i Worochta - perły Karpat

    Stanisław S. Nicieja

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Zdjęcie wykonane w Jaremczu przez Adolfa Błaża.

    Zdjęcie wykonane w Jaremczu przez Adolfa Błaża.

    W XIX w. ludzie odkrywają przyjemność odpoczynku w górach: zdobywania trudno dostępnych szczytów i porosłych kosodrzewiną wierchów oraz wędrowania, a zimą szusowania na nartach po zboczach i żlebach.
    Zdjęcie wykonane w Jaremczu przez Adolfa Błaża.

    Zdjęcie wykonane w Jaremczu przez Adolfa Błaża.

    Powab tajemniczości miały też nazwy tamtejszych najwyższych szczytów: Howerla, Breskuł, Dancerz, Turkuł, Sywula, Pikuj. Wywodziły się one ze słownictwa mieszkających tam Hucułów - ludu o zadziwiającej mentalności i kulturze ubioru. Perłami tych malowniczych przestrzeni górskich stały się niespodziewanie dwie miejscowości - Jaremcze i Worochta. Im to rozwój ruchu turystycznego na początku XX w. przyniósł sławę i bogactwo.

    O zadziwiającej karierze tych miejscowości zadecydowała najbardziej urokliwa linia kolejowa, jaką zbudowano w Karpatach w latach 1890-1895 ze Stanisławowa do Woronienki.
    Był to majstersztyk myśli i realizacji inżynierskiej. Trasa, licząca w sumie 96 km, prawie w połowie przecinała dolinę rzeki Prut, którą aż czterokrotnie na odcinku 40 km przekraczała. Na szlaku tym trzeba było zbudować wiadukty, mosty, tunele i utwardzić brzegi niebezpiecznej, zwłaszcza po ulewach, rzeki. W samym Jaremczu zbudowano potężny most kamienny z głównym łukiem o rozpiętości 65 m. Nie było wówczas w Europie większego przęsła. Pod Worochtą natomiast zbudowano imponujący most o ostrołukowych przęsłach. Trasa ta stała się od początku budowy wizytówką Galicji. Trafiła na tysiące widokówek i fotografii prywatnych, które zgodnie z panującą wówczas modą rozsyłało się do rodziny i znajomych. Konstrukcja mostu w Jaremczu na długie lata stała się wzorem dla budowniczych kamiennych mostów na trasach kolejowych w Alpach austriackich i włoskich. Przewodnicy prowadzący wycieczki na Howerlę do dziś opowiadają, że most jaremczański zreplikowano nad rzeką Isonzo w Salcano w Gorycji na linii kolejowej Klagenfurt - Triest.

    Genialny budowniczy

    Rok 1927. Odbudowa mostu w Jaremczu. Drugi z lewej Antoni Filas, kierownik prac. Ze zbiorów Roberta Botta z Ząbkowic.

    Kolejowy most pod Worochtą. Trasa od początku budowy stała się wizytówką Galicji.

    W tym miejscu trzeba oddać hołd genialnemu inżynierowi - projektantowi i budowniczemu tej historycznej, obrosłej legendą magistrali kolejowej - Stanisławowi Rawicz-Kosińskiemu (1847-1923), który jest postacią zapomnianą. W artykułach i na tysiącach widokówek przedstawiających piękny most w Jaremczu nie figuruje nazwisko projektanta i budowniczego. To tak, jakby pisząc o "Panoramie racławickiej", nie wymieniać nazwisk jej twórców - Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Nie mogąc trafić na nazwisko projektanta mostu w Jaremczu i wiaduktu w Worochcie, myślałem, że jest to jakiś produkt zbiorowy, niemożliwy do jednoznacznej autorskiej identyfikacji. Nic bardziej błędnego. Wynika to stąd, że historiografia polska nie szanuje genialnych wynalazców i konstruktorów. Przegrywają na jej kartach z krótkowzrocznymi, często przypadkowymi przywódcami różnych nieudanych powstań, zrywów i potyczek. Gdyby losy Polaków były rzeczywiście zależne wyłącznie od nieudaczników politycznych i wojskowych, obnoszących się ze swoimi ranami, to już dawno by nas jako narodu nie było. Musieli być tacy jak Kosiński, ludzie systematycznej pracy organicznej, zapatrzeni w ideały pozytywizmu, które w literaturze polskiej uosabia Bogumił Niechcic: codziennie cegiełka po cegiełce budować swój dom, szczęście materialne i wzbogacać świat duchowych przeżyć.

    W tym kontekście biografia Stanisława Rawicz-Kosińskiego jest jak wzorzec w Sevres. Pochodził z Galicji. Był absolwentem Politechniki w Pradze. Po otrzymaniu w 1872 r. dyplomu inżyniera znalazł pracę przy budowie linii kolejowej w Saksonii. Tam w trudnych warunkach terenowych nabrał doświadczenia. W 1881 r. wrócił do Galicji i mając znakomite rekomendacje, pracował w okolicach Żywca. Szybko awansował, obejmując kierownictwo budowy trasy Lwów - Beskid. Powierzono mu realizację najtrudniejszego, liczącego 79 km odcinka przecinającego wschodnie Bieszczady. Zadziwił wszystkich organizacją i tempem prac, bo po dwóch latach od pierwszego uderzenia kilofem, 5 kwietnia 1887 r., przejechał tamtędy pierwszy pociąg. W 1890 r. otrzymał kolejne zadanie: wykonania projektu trasy łączącej Stanisławów z węgierskim miastem Marmarosz Szigeth.

    Słynny most i wiadukt


    Rok 1927. Odbudowa mostu w Jaremczu. Drugi z lewej Antoni Filas, kierownik prac. Ze zbiorów Roberta Botta z Ząbkowic.

    Najtrudniejszy odcinek od Delatyna do węgierskiej granicy (38 km) przebiegał w skrajnie trudnym terenie pełnym gór, wąwozów, dodatkowo przeciętym korytem "awanturniczej" rzeki Prut i jej zakolami. Kosiński spędził w tym miejscu kilka miesięcy z młotkiem geologicznym w ręku, z mapami, urządzeniami mierniczymi, cyrklami, stołami kreślarskimi, nim zdecydował się ostatecznie, że trasa musi przejść głównie przez lewy brzeg Prutu, przecinając go w czterech miejscach. Były tam zwały potężnych bloków skalnych, a na niektórych odcinkach dziesiątki ton wyrwanych z korzeniami drzew zmieszanych z mułem, które naniósł Prut do swoich zakoli. Kosiński zdecydował, że konieczna będzie budowa aż trzech tuneli, z których najdłuższy, przy granicy węgierskiej, miał mieć 1200 metrów.

    Po półtorarocznej pracy miał już w grudniu 1892 r. wszystko rozrysowane, wymierzone i przygotowane. Most w Jaremczu (205 m długości i 32 m wysokości) oraz wiadukt w Worochcie zadziwiały odwagą konstrukcji i urodą. Była to rzeczywiście wizytówka klasy projektanta. Przy budowie, z wyjątkiem tylko jednego przypadku, zastosowano oparte na łuku konstrukcje kamienne. Zadecydowało o tym podłoże skalne, obfitość drzewa na budowę rusztowań oraz ilość i jakość kamieni, które były tam w zasięgu ręki. Tak w ciągu pięciu lat powstał ten cud architektoniczny w sercu dotychczas dzikiego, niedostępnego terenu. Wypracowane rozwiązania konstrukcyjne były na tyle nowatorskie, wizjonerskie i doskonałe w realizacji, że ściągali tam w ramach wizji lokalnej inżynierowie z całej Europy i wykorzystywali te pomysły w swoich realizacjach, szczególnie w Alpach.

    Nazwisko Kosińskiego stało się sławne w Europie. Budował jeszcze później linie kolejowe Tarnopol - Kopyczyńce, Czortków - Zaleszczyki, Lwów - Sianki i Lwów - Podzamcze. W 1906 r. trafił do Ministerstwa Kolei Żelaznych w Wiedniu, początkowo jako naczelnik budowy nowych linii, a później dyrektor Departamentu Budowy i Konserwacji. Gdy przechodził do pracy biurowej, żegnano go po królewsku. Zachowały się fotografie i tableau uczestników tej uroczystości, które potomkowie, na szczęście, przekazali do krakowskiego Muzeum Fotografii.

    Biografia Stanisława Rawicz-Kosińskiego to historia jednego z najbardziej spektakularnych awansów zawodowych Polaka w zaborze austriackim. Kosiński był patriotą i bardzo skutecznie zabiegał, aby budować linie kolejowe na ziemiach polskich. Bez jego pozycji, którą osiągnął w Wiedniu, na pewno skromniej wyglądałaby sieć linii kolejowych w dawnej Galicji. Trzeba o tym pamiętać i biografię Kosińskiego przypominać. W 1908 r. cesarz Franciszek Józef odznaczył go jednym z najwyższych wyróżnień austriackich - Orderem Cesarza Leopolda.

    Most w Jaremczu nie miał szczęścia. W czasie I wojny światowej, w lipcu 1917 r. wysadziły go wycofujące się wojska rosyjskie. Polacy odbudowali go w latach 1925-1927. W zbiorach Roberta Botta z Ząbkowic zachowały się fotografie z tej odbudowy, którą kierował jego dziadek, Antoni Filas. W 1944 r. uciekający przed Armią Czerwoną hitlerowcy ponownie wysadzili ten most. Przewidując, że eksplozja będzie potężna, polecili miejscowej ludności oklejenie szyb papierami, aby zminimalizować skutki wybuchu. Kto tego polecenia nie wykonał, stracił wszystkie szyby w domu, a był to wówczas towar wyjątkowo trudno osiągalny. Po wojnie most nie został już odbudowany. Rosjanie postawili w pobliżu nowy, o nieciekawej, banalnej formie, i Jaremcze straciło swą wielką atrakcję.

    Wille i pensjonaty

    W okresie międzywojennym Jaremcze i Worochta weszły do wąskiego grona najbardziej znanych polskich zimowisk. Worochtę nazywano "drugim Zakopanem". Znajdowało się tam renomowane sanatorium dra Franciszka Michalika, wyposażone w najnowsze przyrządy do hydroterapii i pierwsze w Polsce stanowiska solaryjne. Na zboczach okolicznych gór na całym odcinku od Worochty do Jaremcza zbudowano wiele prywatnych willi i pensjonatów. Było ich kilkaset. Nosiły romantyczne nazwy: "Grażyna", "Nokturn", "Morskie Oko", "Dobosz", "Raj", "Gencjana", "Bajka" (własność Dobrzańskich). Jedną z nich wybudował trzykrotny premier RP Kazimierz Bartel - profesor ekonomii wykreślnej na Politechnice Lwowskiej, zamordowany w 1941 r. przez hitlerowców. W sąsiedztwie wzniósł swoją willę "Mirosława" ukraiński śpiewak, zwany ukraińskim Caruso, M. Holiński.

    Była też w Jaremczu willa Karola Kuhla (1889-1970), wziętego lwowskiego lekarza, przyjaciela znanego ortopedy Adama Grucy. Kuhl, uczeń Ludwika Rydygiera, był osobistym lekarzem m.in. prezydenta Lwowa Stanisława Ostrowskiego, gen. Władysława Langnera oraz licznych ziemian. Oprócz willi w Jaremczu, gdzie spędzał wszystkie wakacje z żoną Wiktorią, miał dwie kamienice we Lwowie (przy ulicach Potockiego i Fredry), gdzie prowadził praktykę. Po wojnie osiadł i zmarł w Opolu. Jego synem jest opolski architekt, poeta Zdzisław Kuhl, długoletni prezes Towarzystwa Miłośników Lwowa. Miał też w Jaremczu dom Wiktor Gatnikiewicz, wybitny pedagog, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego w Stanisławowie, zamordowany przez hitlerowców w "Czarnym Lesie". Jego córka, Stanisława Keck, mieszkająca obecnie w Opolu, żona dra Tadeusza Kecka, była w naszym mieście przez wiele lat nauczycielką. Wnuczką Gatnikiewicza jest Krystyna Leszczyńska - opolska bizneswoman.

    W Worochcie przez pewien czas przebywał u swej przyjaciółki leczącej się tam, poetki Oleny Teligi, ideolog ukraińskiego nacjonalizmu Dmytro Doncew. To jego chore idee zapłodniły wyobraźnię Stepana Bandery. Tam też była bogata willa architekta Maksa Zukera, którego ukryto przed hitlerowcami, ale gdy jego żonę z dziećmi zamknięto w getcie, wyszedł z kryjówki i dobrowolnie oddał się w ręce Niemców. Został rozstrzelany w Delatynie.

    Jeden z największych pensjonatów zachowany do dziś w dobrym stanie, o nazwie "Lena", należał do Franciszka Dudzika - leśniczego, właściciela restauracji, który pełnił funkcję "letniego" wójta Worochty. Nieopodal wielki dom wczasowy o nazwie "Warszawianka" prowadziła Paulina Horwitzowa. Tam leczył się m.in. Apolinary Sokołowski, powstaniec styczniowy. Dziś w tym miejscu jest bardzo zaniedbane sanatorium przeciwgruźlicze o nazwie "Smericzka".
    Bardzo interesujące w formie było Sanatorium Żydowskie, które zaprojektował architekt, ale też grafik, historyk i teoretyk sztuki Józef Awin (1883-1942), zamordowany w lwowskim getcie. W Worochcie pracował fotografik Adolf Błaż. To dzięki jego zdjęciom i widokówkom możemy podziwiać dziś krajobrazy, uroki oraz elegancję tamtejszych willi, pensjonatów i goszczącego w nich towarzystwa. W Jaremczu natomiast konkurencją dla Błaża był stanisławowski fotograf T. Artychowski, który w 1902 r. w dwóch swoich willach, które tam posiadał, stworzył również atelier i wykonywał tysiące zdjęć portretowych goszczącym na wypoczynku.

    W Worochcie zbudowano pierwszą polską skocznię narciarską. Ciekawostką było, iż pod nią przebiegała linia kolejowa. Wówczas skoki narciarskie były sensacją. Uważano skoczków za nieobliczalnych ryzykantów, wręcz samobójców. Porównywano ich do akrobatów cyrkowych wykonujących niebezpieczne ewolucje bez zabezpieczeń. Przy skoczni gromadziły się tłumy gapiów - wspomina mieszkający obecnie w Opolu, ale urodzony w sąsiadującej z Worochtą Jamnej Jan Buchelt (rocznik 1930), który w naszym mieście wyszkolił setki kierowców.
    Skocznia narciarska w Worochcie powstała w 1922 r., wyprzedzając o trzy lata Wielką Krokiew w Zakopanem - najsłynniejszą obecnie polską skocznię. W dniach 4-6 marca 1922 r. na skoczni w Worochcie rozegrano pierwsze mistrzostwa Polski. Absolutną sensacją było, iż wygrała je - walcząc z mężczyznami - kobieta, Elżbieta Michalewska-Ziętkiewiczowa (1894-?), słynąca z urody, która była jedną z pierwszych na świecie kobiet wykonujących skoki narciarskie. Michalewska była żoną pioniera narciarstwa wysokogórskiego, oficera Władysława Ziętkiewicza, który w armii polskiej doszedł do rangi pułkownika. Walczył w kampanii wrześniowej, a później we Francji i zginął w bitwie pod Baccarat w czerwcu 1940 r. skoszony serią z karabinu maszynowego. Jego żona, wybitna już wówczas sportsmenka, która - tylko ze względu na ówczesny regulamin - jako kobieta nie została dopuszczona do olimpiady w Chamonix, mieszkała w czasie wojny w Zakopanem i, jak przypuszcza Wojciech Szatkowski z Muzeum Tatrzańskiego, prawdopodobnie przyjęła status folksdojcza. Wyjechała z Polski i ślad po niej zaginął. Nie wiemy nawet, kiedy i gdzie zmarła. Gdyby nie cienie prawdopodobnej współpracy w czasie wojny z Niemcami, jej nazwisko byłoby w encyklopediach i leksykonach polskich, bo jej rekord (jako kobiety) na skoczni narciarskiej w Worochcie w 1922 r. nie był pobity przez 80 lat.
    Do Jaremcza i Worochty rokrocznie ściągało liczne grono malarzy, m.in. Seweryn Obst, Feliks Wygrzywalski, Leon Wyczółkowski, Kazimierz Sichulski, który najczęściej za pobyt w pensjonacie płacił swoim gospodarzom obrazami o tematyce huculskiej. Jak zapisano w kronice, w 1912 r. w Jaremczu wypoczywało 2400 osób. Wśród nich był austriacki następca tronu, późniejszy cesarz Karol I Habsburg. To świadczyło o klasie tego letniska. Incognito przebywał tam też mieszkając u Hucułów książę Wasyl Wyszywany, dziwak, należący do rodziny Habsburgów, zafascynowany kulturą huculską, który miał ambicję bycia królem ukraińskim.
    Na cmentarzu w Worochcie zachował się grób Henryka Garapicha, krewnego wojewody lwowskiego, który zginął pod Howerlą zasypany lawiną 20 lutego 1933 r. w wieku 26 lat. Pomnik ten przywołuje pamięć o innych tragediach, jakie miały miejsce pod Howerlą. Często schodzące tam lawiny zabijały śmiałków i ryzykantów. Najgłośniejszy wypadek zdarzył się w grudniu 1937 r. Pisała o tym szeroko prasa. Zginęli wówczas znakomity narciarz Leszek Chlipalski i Andrzej Steusing, syn prof. Zdzisława Steusinga (1883-1952) - po wojnie wybitnego higienisty wrocławskiej Akademii Medycznej.

    Świat artystów

    Były Jaremcze i Worochta miejscem spotkań, wędrówek i doznań artystycznych wybitnych polskich twórców. To tam w latach swej młodości (lata 20. XX w.) wyprawiał się Jarosław Iwaszkiewicz zainspirowany rozmowami ze Stanisławem Vincenzem, któremu zadedykował jedno ze swoich pięknych opowiadań "Pod Howerlą". A wiadomo, że Howerla była najwyższym szczytem w Czarnohorze.

    W Worochcie spędził wiele miesięcy Jerzy Liebert (1904-1931), nazwany przez Jerzego Harasymowicza poetą Huculszczyzny, niszczony wiele lat przez chorobę płuc. Dzięki przyjaciołom przechodził tam długie, wielomiesięczne kuracje i pisał piękne, wzruszające wiersze o dramacie przemijania. Niczym Hans Castorp w "Czarodziejskiej górze" Henryka Manna próbował się ratować przed nieuchronną śmiercią w tym swoim - jak pisał - "huculskim Davos".

    W Jaremczu i Worochcie oraz sąsiadujących z nimi miejscowościach o podobnym klimacie: Delatynie, Dorze, Mikuliczynie, Jamnej i Tatarowie, bywali obok tych najwybitniejszych, jak Jarosław Iwaszkiewicz czy Maria Dąbrowska, również pisarze i poeci, dla twórczości których czas nie był tak łaskawy, chociaż zapisali swe wrażenia z pobytu tam w pięknej, artystycznej formie. Jest ich kilkudziesięciu. Poświęcił im obszerny tom studiów wrocławski uczony Jan Choroszy w monumentalnej pracy "Huculszczyzna w literaturze polskiej" (Wrocław 1991). Jest tam wiele cytatów pięknych wierszy, analiz nowel, opowiadań i powieści. Monografia Jana Choroszego stanowi znakomity dowód, jak krajobrazy i atmosfera słynnych czarnohorskich zimowisk, letnisk i uzdrowisk wpisana jest mocno w polską historię i kulturę. Dziś Jaremcze jest miastem partnerskim Namysłowa. W ramach wymiany młodzi namysłowianie wyjeżdżają do tego kresowego letniska i zimowiska.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (15)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (15) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo