Moje Kresy. Ludzie Łucka

    Moje Kresy. Ludzie Łucka

    archiwum rodzinne

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Moje Kresy. Ludzie Łucka

    ©archiwum rodzinne

    Przed tygodniem, pisząc o Łucku, skupiłem uwagę na dramacie wojewody Henryka Józewskiego, którego "eksperyment wołyński" niestety zakończył się kompletnym fiaskiem.
    Moje Kresy. Ludzie Łucka

    ©archiwum rodzinne

    Zamiast pojednania polsko-ukraińskiego, budowy wspólnego domu braci Słowian, wybuchła wojna, która utopiła tę szlachetną ideę dosłownie w morzu krwi.

    Dramat Rumla
    Dramat Polaków na Wołyniu i klęska eksperymentu wojewody Józewskiego chyba najbardziej tragicznie objawiła się w zabójstwie poety Zygmunta Rumla (1915-1943). Był synem polskiego osadnika wojskowego z okolic Krzemieńca. Przepowiadano mu znakomitą przyszłość.
    Jarosław Iwaszkiewicz napisał o nim, że był "diamentem, który mógł zabłysnąć pierwszorzędnym blaskiem", a Leopold Staff powiedział do Anny Rumlowej: "Niech pani chroni tego chłopca. To będzie wielki poeta". Był absolwentem Liceum Krzemienieckiego i podczas nauki mieszkał w dworku należącym niegdyś do rodziny Juliusza Słowackiego. Wychował się na poezji Słowackiego i Wyspiańskiego oraz prozie Stefana Żeromskiego. Był entuzjastą polityki i koncepcji wojewody Józewskiego. Głosił potrzebę współistnienia dwóch kultur - polskiej i ukraińskiej, wzajemnego ich przenikania się i wzbogacania; budowania mostów nad przepaściami nacjonalizmów ukraińskiego i polskiego. Nie przeszkadzała mu dwujęzyczność społeczności wołyńskiej. Działał w ruchu młodzieżowym i wspólnie z Antonim Hermaszewskim redagował pismo dwujęzyczne "Młoda Wieś - Mołode Seło". Już w liceum pisał wiersze w duchu pojednania polsko-ukraińskiego. Najbardziej znany jego wiersz nosi tytuł "Dwie Matki":
    Dwie mi Matki-Ojczyzny
    hołubiły głowę
    Jedna grzebień bursztynu
    czesała we włos
    Druga rafy porohów piorąc
    koralowe
    Zawodziła na lirach dolę
    ślepą - los...

    Dwie mnie Matki-Ojczyzny
    wyuczyły mowy -
    W warkocz krwisty plecionej
    jagodami ros -
    Bym się sercem przełamał
    bólem w dwie połowy -
    By serce rozdwojone płakało
    jak głos...

    Bożena Gorska, świetna znawczyni twórczości Rumla, uznała, iż jest to zapis dramatu wewnętrznego poety i tysięcy podobnych mu ludzi pogranicza kultur i języków - rozdarcia, bolesnej dwoistości, niemożności scalenia. Każda z matek: Polska - "bursztynowy grzebień" i Ukraina - "rafa koralowa porochów" - ciągnie w swoją stronę. Jeśli nie dojdzie do pogodzenia, nad ich synem zawiśnie apokalipsa unicestwienia. I tak się stało!

    Zabójstwo parlamentariusza
    Zygmunt Rumel należał do pokolenia Kolumbów. Był trochę starszy od Baczyńskiego i Gajcego. Od młodości związany był z ruchem ludowym na Wołyniu i z grupą poetycką "Wołyń", zaprzyjaźniony z Krystyną Krahelską - poetką, autorką znanej powstańczej pieśni "Hej chłopcy, bagnet na broń". Należał do tragicznego pokolenia poetów, których talenty rozbłysły w czasie wojny i zostały unicestwione przez ten okrutny czas. Żył zaledwie 28 lat i właściwie zginął na początku swej drogi artystycznej.

    Stało się to w lipcu 1943 r. Gdy na Wołyniu szalał terror banderowców, Rumel, jako dowódca jednego z oddziałów Batalionów Chłopskich, z inspiracji Kazimierza Banacha - pełnomocnika rządu polskiego, postanowił w towarzystwie swego adiutanta Krzysztofa Markiewicza i woźnicy Witolda Dąbrowskiego wyprawić się na rozmowy z wołyńskim dowództwem UPA. Łudził się, że jego misja pojednawcza doprowadzi do ugody i przerwania rozlewu krwi. Udał się do ukraińskich sotników ufny, bezbronny, z białą chorągiewką parlamentariusza. Zrezygnował ze zbrojnej obstawy, którą proponowało mu dowództwa BCh. Poszedł ubrany w polski oficerski mundur galowy, bez pistoletu w kaburze. Sądził, że ten gest dobrej woli będzie właściwie zrozumiany. Niestety, spotkał go zawód. Niektórzy twierdzą, że właśnie ten mundur oficerski rozsierdził banderowców.

    Wszyscy trzej zostali aresztowani i brutalnie skatowani. Trzy dni później, 10 lipca 1943 r., cały Wołyń lotem błyskawicy obiegła wieść, niosąc trwogę i potęgując nienawiść między Polakami i Ukraińcami, że w pobliżu wsi Kustycze koło Turzysk do rąk i nóg Rumla zaprzężono cztery konie i jego ciało rozerwano na cztery części. Poćwiartowane zwłoki spoczęły w lasku na lewym brzegu jeziora, w dawno już zarośniętej perzem i trawą mogile. Dziś miejsce to nie jest oznaczone. Rosną tam czerwone maki jak na Monte Cassino.

    Okropna śmierć, jaką wymierzyli Rumlowi upowcy, jest tak porażająca w swym wymiarze, że poprawność polityczna powoduje przemilczanie jego biografii. Gdy w 60. rocznicę zbrodni banderowskich na Wołyniu Wincenty Ronisz zrealizował film "Poeta nieznany", przedstawiający kulisy zamordowania Rumla, telewizja polska nie zdecydowała się na jego emisję. Film trafił na półki. Po licznych interwencjach, m.in. ministra kultury, puszczono go przed kilku laty późną nocą. Pamięć o Rumlu uczciła Rada Miasta Gdańska, nadając jego imię jednej z ulic. W tym roku Rada Miasta Warszawy postanowiła nadać imię Rumla bibliotece w dzielnicy Praga-Południe, a Muzeum Niepodległości wydało świetną książkę Bożeny Gorskiej pt. "Krzemienczanin", poświęconą twórczości autora "Dwóch Matek".

    Fenomen teatru objazdowego
    Przedwojenny Łuck bardzo oryginalnie wpisał się w dzieje kultury polskiej dzięki Teatrowi Wołyńskiemu im. Juliusza Słowackiego, istniejącemu tam w latach 1930-1939. Był to teatr objazdowy, bez stałego budynku, bo miasto było na dorobku. Jednak wojewoda Józewski, człowiek o duszy artysty, utalentowany malarz, autor projektów inscenizacji do Szekspirowskiego "Hamleta", rozumiał, jak ważny jest teatr w niesieniu kultury wysokiej i już na początku swego wojewodowania odbył wielogodzinną rozmowę z Mieczysławem Limanowskim, wybitnym geologiem, profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, głównym - obok Juliusza Osterwy - twórcą słynnego wileńskiego Teatru "Reduta". Zofia Nałkowska, która obserwowała osobiście działania Józewskiego w Łucku, z uznaniem mówiła o jego koncepcji "bikultury polsko-ukraińskiej", daleko odbiegającej od ówczesnych schematów.

    Wybitną indywidualnością w Teatrze Wołyńskim był Aleksander Rodziewicz (1898-1981), pochodzący z Żytomierza "redutowiec", kolega Osterwy i Limanowskiego. To on spowodował, że o teatrze tym mówiło się w całej Polsce. Jego spektakle spotykały się z uznaniem widzów i recenzentów. Udało mu się przyciągnąć na gościnne występy sławne wówczas aktorki - Stanisławę Wysocką, Wandę Siemaszkową i Irenę Solską oraz jako autorów - Zofię Nałkowską i Tadeusza Boya-Żeleńskiego. To Rodziewicz spowodował, iż w Łucku zadebiutowało i swe pierwsze sezony aktorskie przeżyło na Wołyniu dwoje młodych, a później sławnych aktorów - Wanda Łuczycka (1907-1996), po wojnie znana szczególnie ze słuchowiska radiowego "Matysiakowie" i z filmów "Głos z tamtego świata" i "Późne popołudnie", oraz Zdzisław Mrożewski (1909-2002), który stworzył niezapomnianą rolę Pożarskiego w filmach ze scenariuszem Stanisława Grochowiaka "Chłopcy" i "Czerwone i złote".

    Teatr Wołyński objeżdżał całą okolicę ze swymi spektaklami, grając w spartańskich warunkach, często w nie ogrzanych salach kinowych, szkolnych świetlicach, a zdarzało się, że w poczekalniach dworcowych. Rodziewicz w jednym z wywiadów powiedział: "W Łucku nie mamy własnego gmachu i korzystać musimy z lokalu kina, wszystkie dekoracje mamy własne, od A do Z i przewozimy je z sobą... Mamy swoje wagony, mieszkamy w nich i prowadzimy iście cygański tryb życia. W prowincjonalnych miasteczkach grywamy nieraz na scenach, gdzie temperatura dochodzi do -12 oC, a publiczność siedzi na widowni w futrach, paltach i okrywa się kocami. Nie zraża nas to jednak, gdy widzimy, że zdobyliśmy serca tej publiczności".

    Zofia Nałkowska, uczestnicząca w przygotowaniu premiery jednej ze swych sztuk, pisała w "Dziennikach" z podziwem o entuzjazmie, który panował w zespole Rodziewicza. Spektakle odbywały się niemal we wszystkich miasteczkach wołyńskich - od Krzemieńca, po Dubno, Kostopol, Sarny czy Kowel. O znaczeniu tego teatru świadczy statystyka: w sumie odbyły się za czasów dyrekcji Rodziewicza 124 premiery, 2750 przedstawień, które obejrzało około 1,5 miliona widzów. Gdy tuż przed wybuchem wojny Rodziewicz opuścił Łuck, dyrektorem został Janusz Strachocki (1892-1968), również wybitny aktor, po wojnie znany głównie jako twórca znakomitej roli szlachcica Dwernickiego w "Ogniomistrzu Kaleniu" Ewy i Czesława Petelskich. Zagrał tam wspólnie z Wiesławem Gołasem w przejmującej scenie obrony polskiego dworu przed atakiem banderowców.

    Pątnik z Kiwerc
    Z podłuckimi wsiami Podhajce i Kiwerce związane jest dzieciństwo jednej z najwybitniejszych postaci polskiej literatury - Gabrieli Zapolskiej, nazwanej przez Kornela Makuszyńskiego "Molierem w spódnicy", twórczyni kilkudziesięciu powieści i sztuk scenicznych, z tą najsłynniejszą na czele pt. "Moralność pani Dulskiej", nie schodzącą do dziś z polskich scen. Wincenty Korwin Piotrowski, ojciec Gabrieli, posiadający rozległe dobra pod Łuckiem, znany z dziwactwa na całym Wołyniu, był człowiekiem nadzwyczaj religijnym, marzącym w młodości o uzyskaniu święceń kapłańskich. Przypadek zrządził, iż podczas krótkiego wypadu do stolicy przyjaciele zaciągnęli go do teatru, gdzie niedoszły kaznodzieja zakochał się w pięknej baletnicy, Józefie Karskiej. Oszołomiony uczuciem zapomniał na pewien czas o swych poprzednich zamiarach i zamiast w komży, stanął przed ołtarzem w garniturze ślubnym. Nie mógł sobie później darować tej słabości i chcąc przebłagać niebo, w specjalnym stroju pątniczym przemierzał codziennie kilka kilometrów po parku przyległym do jego dworku w Kiwercach.

    W Łucku urodził się też Alojzy Feliński (1771-1820), pisarz, autor bardzo popularnego niegdyś dramatu "Barbara Radziwiłłówna" oraz pieśni patriotycznej "Boże coś Polskę".

    Opolscy łucczanie
    Po wojnie na Śląsku Opolskim osiadło wielu mieszkańców Łucka i jego okolic. Niestety, czas zrobił swoje i wielu z nich odeszło, nie zostawiając żadnych wspomnień ani dokumentów. Jedną z najciekawszych postaci, które po wojnie osiadły w Opolu, był urodzony w Łucku Włodzimierz Poleszczuk (1927-2010). Przez wiele lat pełnił funkcję wicedyrektora Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Hurtu Spożywczego i głównego specjalisty w Opolskiej WSS Społem. Jego pasją było lotnictwo. Interesował się modelarstwem, konstrukcjami samolotów. Skończył wiele kursów metodycznych dla instruktorów samolotowych. Latał na szybowcach. Kolekcjonował modele samolotów i jako zasłużony działacz lotnictwa sportowego był w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych kierownikiem Opolskiego Aeroklubu. I na tym stanowisku przeżył wielką tragedię, która podkopała jego zdrowie.

    Wiązało się to z głośnym w całej Polsce wypadkiem, do którego doszło 16 września 1984 r. na lotnisku w Polskiej Nowej Wsi. Tego dnia Opolski Aeroklub wspólnie z jednostką wojskową zorganizował pokazy lotnicze, których jedną z atrakcji były loty widokowe samolotem AN-2 nad Opolem. Był piękny, słoneczny dzień i kiedy impreza dobiegała końca, dowódca jednostki wojskowej zaproponował, aby w nagrodę za pomoc przy zabezpieczaniu lotniska przewieźć żołnierzy w ostatnim przelocie samolotu nad miastem. Na pokładzie był już komplet pasażerów. Mimo to dowódca naciskał na pilotów, aby jednak dodatkowo zabrali z sobą kilku żołnierzy. Kierownika aeroklubu, Włodzimierza Poleszczuka, nie było wówczas na lotnisku. Połączono się z nim telefonicznie, ale ten kategorycznie odmówił zabrania żołnierzy do samolotu. Przed samym startem, mimo zakazu, na pokład weszło 12 żołnierzy. Załoga z trudem poderwała samolot do lotu. Jeden z pilotów, widząc problemy ze startem, bo nie mógł podnieść ogona samolotu, zawołał: wszyscy do przodu. Siedzący z tyłu żołnierze momentalnie przemieścili się w kierunku kabiny pilotów. Nierównomierne rozmieszczenie ciężaru spowodowało, że samolot, który podniósł się do góry, po około 50 metrach lotu stracił sterowność i uderzył dziobem w ziemię.

    Wynik katastrofy był tragiczny. Pięciu pasażerów feralnego lotu zginęło na miejscu, 7 zmarło w ciągu kilkunastu następnych dni w opolskich szpitalach. Reszta, która przeżyła katastrofę, przeszła bardzo ciężkie leczenie i rekonwalescencje, często nie odzyskując dawnej sprawności. Wypadek ten komentowały wszystkie polskie media. Zaczęło się długie dochodzenie i w końcu proces sądowy. Po wielu miesiącach zapadł wyrok. Włodzimierz Poleszczuk został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu, mimo iż nie był w tym czasie na lotnisku i byli świadkowie, którzy twierdzili, iż nie zgodził się na zabranie żołnierzy na pokład. Poczuł wielką niesprawiedliwość. Tak w skrócie wyglądał dramat Włodzimierza Poleszczuka.

    W Opolu mieszkała liczna jego rodzina, m.in. brat Igor Poleszczuk (1932-1981), pracownik w Opolskich Zakładach Energetycznych, i jego teściowa, Bronisława Lehman (1900-1989), Kresowianka z Brodów, dziś niemal zupełnie zapomniana, spoczywająca na opolskiej Półwsi, malarka związana przez lata z opolskim ogniskiem plastycznym i bardzo aktywna propagatorka języka esperanto.

    Z Kiwerców pod Łuckiem wywodzi się rodzina Krystyny Rostockiej, długoletniej polonistki w Zespole Szkół Mechanicznych w Opolu i od 15 lat prezeski Wspólnoty Polskiej w Opolu: jej mama, Czesława Rostocka, pracownica apteki w Niemodlinie, oraz dziadek, Michał Litwinowicz (1908-1953).

    W opolskich szkołach po wojnie - w Liceum Pedagogicznym i technikach Mechanicznym i Przemysłu Cementowego - uczył absolwent Studium Nauczycielskiego w Łucku Stanisław Cytrycki (1905-?). Z Kleparowa pod Łuckiem pochodził Stanisław Guzik (ur. 1924) - długoletni nauczyciel Zespołu Szkół Budowlanych w Brzegu i starszy wizytator kuratorium opolskiego. Z Hołodnicy pod Łuckiem natomiast pochodził Idzi Lorenc (1938-1998), absolwent opolskiej WSP, polonista w Zespole Szkół Zawodowych im. B. Koraszewskiego w Opolu.

    W Skarbiszowicach pod Niemodlinem osiadła po wojnie liczna grupa byłych mieszkańców i uczestników słynnej Samoobrony Przebraża, warownego obozu nieopodal Łucka, w którym w 1943 r. znalazło schronienie 25 tysięcy osób przed niosącymi pożogę i śmierć banderowcami. We wsi tej wzniesiono okazały monument według projektu opolskiego architekta Wojciecha Paszkowskiego w postaci pamiątkowego krzyża i kamienia, na którym wyryto napis: "W tym miejscu 15 października 1946 r. nowi mieszkańcy Skarbiszowic (Szczebrachcic) przesiedleni w 1945 roku z Przebraża i okolic na Wołyniu, ustawili i poświęcili krzyż, aby przy nim gromadzić się i modlić, jak to czynili od wieków u siebie. Stowarzyszenie Na rzecz Rozwoju Wsi Skarbiszowice, 15.10.2010".

    Obronie Przebraża poświęcę w przyszłości cały odcinek. Tu pragnę wymienić jedynie kilku najbardziej zasłużonych przebrażan. Są to m.in.: Henryk Korzeniowski (1921-2002) - ojciec znanego opolskiego malarza i medaliera, Zbigniewa Korzeniowskiego; Józef Paszkowski (1923-2005) - ojciec znanych opolan Wojciecha Paszkowskiego, architekta, i Aleksandry Paszkowskiej, historyczki; Tadeusz Iżykowski (1935-2003) - ojciec znanego opolskiego anestezjologa i internisty, Jana Iżykowskiego; Zygfryd Osiński - najmłodszy obrońca Przebraża, który później jako syn pułku i zwiadowca przeszedł szlak bojowy od Kiwerc do Berlina. Bardzo znaną postacią po wojnie w Niemodlinie był tamtejszy kościelny Narcyz Bojkowski, który w czasie obrony Przebraża wykazał się wielką ofiarnością i bohaterstwem. Po wojnie w Niemodlinie był powszechnie znany i lubiany, bo wyróżniał się niezwykłą gościnnością i uczynnością, miał też prawdopodobnie najwięcej chrześniaków na całym Śląsku Opolskim. W Gościejowicach pod Niemodlinem mieszkają dwaj nestorzy - kombatanci, obrońcy Przebraża: Mirosław Łoziński i Florian Skarżyński.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo