Moje Kresy. Ludzie z Kozowej

    Moje Kresy. Ludzie z Kozowej

    Archiwum prywatne

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Rodzina Marysiaków: Cecylia, Mikołaj (zamordowany przez NKWD) i syn Hieronim. Kozowa 1937 r.

    Rodzina Marysiaków: Cecylia, Mikołaj (zamordowany przez NKWD) i syn Hieronim. Kozowa 1937 r. ©Archiwum prywatne

    W 1945 r. zatonęła zabużańska Atlantyda. Pociągi pełne "repatriantów" dniami i nocami ciągnęły na zachód, na Śląsk, na Pomorze, na Ziemię Lubuską. Czy to przypadek, czy jakieś przeznaczenie, że trasa wygnańczej wędrówki kilkuset kozowian wiodła "kozim" szlakiem.
    Rodzina Marysiaków: Cecylia, Mikołaj (zamordowany przez NKWD) i syn Hieronim. Kozowa 1937 r.

    Rodzina Marysiaków: Cecylia, Mikołaj (zamordowany przez NKWD) i syn Hieronim. Kozowa 1937 r. ©Archiwum prywatne

    Według ustaleń Elżbiety Dworzak, w jednym z pierwszych transportów z Kozowej na Śląsk przyjechało 737 osób. Inny historyk, Arkadiusz Grubiak, syn kozowianina Władysława Grubiaka (1933-2002), twierdzi, że w sumie na Śląsk przyjechało z miasta jego rodziców około 800 rodzin. Było to możliwe, gdyż w czasie wojny w siedmiotysięcznej Kozowej schroniło się kilka tysięcy zbiegów z okolicznych wiosek spalonych przez banderowców.
    Pierwszy transport wyjechał już w kwietniu 1945 r. i dotarł do Opola-Grotowic. Drugi wyjechał z Kozowej 29 czerwca 1945 r., a trzeci, w którym było wielu duchownych, jesienią tego roku skierowano już na północ, w okolice Piły.

    Z Kozowej do Koziej Szyi
    Pierwsze dwa transporty jechały słynnym "kozim szlakiem": z Kozowej do Koźla i przez Opole-Grotowice do Głuchołaz, które po niemiecku nazywały się Ziegenhals, co w wolnym tłumaczeniu znaczy kozia szyja.
    W Kozowej przed wojną mieszkały w zwartych grupach liczne polskie rodziny Kołodków, Bajorów, Grubniaków, Rybotyckich.

    Nawet ulice nazywały się tam Kołodkówka, Bajorówka, Grubniakówka. Po wojnie przedstawiciele tych rodzin, poza najliczniejszą grupą, która osiadła w Głuchołazach i Jarnołtówku, rozproszyli się po całym Śląsku, a część z nich osiadła w okolicach Gorzowa Wielkopolskiego.

    W najnowszym opracowaniu autorstwa Elżbiety Dworzak i Małgorzaty Goc o pochodzeniu terytorialnym ludności napływowej, wydanym przez Muzeum Śląska Opolskiego (2011), wymienione są m.in. wsie: Strzelniki, Bogdanowice, Koperniki, Morów, Zawada, gdzie również osiedli kozowianie.

    Mijały lata i kozowianie wrastali stopniowo w nowe otoczenie, w nowe krajobrazy. Z czasem polubili swoje nowe ojczyzny. Dla przykładu: babcie z rodziny Kołodków i Mądrackich, zielarki, znakomite znawczynie wszelkich ziół, które w swych wędrówkach leśnych zapuszczały się daleko od Głuchołaz aż w okolice Nysy, twierdziły, że tam zioła, jagody i grzyby miały taki sam smak, kolor i skuteczność w leczeniu jak tamte w Kozowej. Podobnie wyglądały chwasty. Tak samo kwitła szałwia, dziurawiec i mięta jak tam na Podolu nad brzegami Koropca. Potomkowie kozowian kończyli na Śląsku szkoły, później szli na studia i robili kariery. Tak było w rodzinie Bajorów.

    Bajorowie

    Bajorowie byli jedną z najliczniejszych rodzin polskich w przedwojennej Kozowej. W księgach adresowych tego miasteczka natrafiłem na kilkanaście osób noszących to nazwisko i właśnie z racji skupiska, w którym mieszkali, tę część Kozowej nazywano Bajorówką.

    Byli to przeważnie rzeźnicy i masarze, produkujący wyroby wędliniarskie i prowadzący sklepy tej branży. Wyróżniali się licznym potomstwem. Dla przykładu Teodor Bajor, żonaty z kozowianką Stefanią Wyzimirską, który był masarzem, a z racji że znał dobrze języki niemiecki i angielski, wykorzystywano go też jako tłumacza, był ojcem 5 córek i 4 synów.

    Najstarszy z nich, Leopold (rocznik 1920), z zawodu felczer, mieszka dziś w Grodkowie. Młodszy, Zbigniew, który po wojnie prowadził na granicy Jarnołtówka i Pokrzywnej "najweselszy sklep w tej części Europy", stał się niezwykle popularnym mieszkańcem Gór Opawskich na granicy polsko-czeskiej. Jan Cofałka w swej najnowszej, świetnej książce o przenikaniu się po wojnie wzajemnie rodzin Kresowiaków i Ślązaków pisze, że w sklepie Zbigniewa Bajora w Jarnołtówku każdy z klientów był witany jakimś żartem i wciągany w wesołą pogawędkę.

    Szło się tam po zakupy z wielką przyjemnością, bo magnesem był stojący za ladą właściciel. Te tradycje handlowe pozostały w rodzinie. Dziś również najbardziej znanym i największym sklepem w samym centrum Jarnołtówka jest "Michałek", prowadzony przez Mariana Bajora (syna Zbigniewa) i jego żonę Barbarę, również kozowiankę z pochodzenia. Marian Bajor jest też radnym w Głuchołazach, a w Jarnołtówku rodzina Bajorów organizuje co kilka lat zjazdy kuzynów. Najmłodszym synem Teodora Bajora jest Ryszard (rocznik 1925), absolwent krakowskiej szkoły teatralnej, znany emerytowany aktor Teatru Lalek w Opolu.

    Ryszard Bajor po przybyciu z Kozowej na Śląsk i małżeństwie z Marylą Jędrusik został zatrudniony w Teatrze Lalek jeszcze w czasach, gdy sceną tą kierował Alojzy Smolka i przez ponad 30 lat nie tylko uczestniczył w setkach spektakli dla dzieci jako aktor, ale również był scenarzystą w tym teatrze. Prowadził młodzieżowe zespoły teatralne i ofiarnie działał w PCK. Jego życiową pasją jest malarstwo. Namalował setki, a może i więcej akwarel, które sprzedawał, przeznaczając uzyskane za nie pieniądze na ubogie dzieci.

    Ryszard Bajor jest ojcem dwóch znanych aktorów - Michała i Piotra, którzy od lat chłopięcych wyrastali w teatralnej scenerii. Było to naturalne, bo Ryszard Bajor często zabierał synów do teatru na swoje próby. Tam chłopcy widzieli, jak szkicował scenografię, jak dobierał kostiumy i jak powtarzał role. W przerwach krążyli po zakamarkach teatru i tam właściwie narodziła się ich miłość do tego magicznego miejsca.

    Starszy, Michał, urodzony w 1957 r. jeszcze w Głuchołazach, tuż przed przeprowadzką rodziców do Opola, w wieku 13 lat wystartował w eliminacjach Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. A był to czas, gdy ten festiwal (1970 r.) przeżywał apogeum świetności. Trzy lata później, w wieku 16 lat, brawurowo wygrał Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze znakomitą interpretacją utworu "Siemionowna".

    Automatycznie jako laureat trafił na Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Wystąpił tam obok Maryli Rodowicz, a jego występ zapowiadał wówczas, mówiąc o nim, że jest "cudownym dzieckiem", mistrz konferansjerki Lucjan Kydryński. Song, który zaśpiewał Michał Bajor po rosyjsku, zadziwił nawet rdzennych Rosjan.

    Przedstawiciel radzieckiej firmy fonograficznej "Miełodia" nie mógł uwierzyć, że Polak może zaśpiewać tak perfekcyjnie w języku Puszkina. Michał Bajor z miejsca stał się popularny i jego kariera potoczyła się błyskawicznie. Występował z renomowanymi orkiestrami Stefana Rachonia i Henryka Debicha, skończył szkołę aktorską, a w międzyczasie zadebiutował w filmie Agnieszki Holland u boku wielkiej ówczesnej gwiazdy polskiego kina Beaty Tyszkiewicz w filmie "Wieczór u Abdona".

    Nie miejsce tu, aby pisać szczegółową biografię Michała Bajora. Ale warto pamiętać, że były lata, w których kręcił po 3 filmy rocznie. Grał u najlepszych reżyserów polskich, m.in. u Krzysztofa Kieślowskiego, Jerzego Kawalerowicza, Filipa Bajona. Wystąpił u boku Klausa Brandauera w węgierskim filmie nominowanym do Oscara.

    Jego wielką pasją była zawsze estrada. Ma na swoim koncie około 3000 recitali. Śpiewał i śpiewa piosenki i songi skomponowane m.in. przez W. Korcza, J. Strobla, J. Satanowskiego do słów m.in. J. Kofty, W. Młynarskiego, J. Tuwima.

    Jego nazwisko pojawiało się na afiszach scen w Essen, Los Angeles czy Madrytu. Wydał wiele płyt, a na nich niezapomniane utwory jak choćby "Ogrzej mnie", nawiązujące do najlepszych wzorów piosenki europejskiej, zwłaszcza francuskiej. Jest mistrzem piosenki poetyckiej. Jego interpretacja wiersza Władysława Broniewskiego "Bar Pod Zdechłym Psem", w którym zawarte jest genialne studium alkoholizmu i samotności oszołamia sugestywnością i ekspresją.

    Każdy wiersz, który bierze Bajor, staje się w jego interpretacji piękniejszy, głębszy i mądrzejszy. Jest więc Bajor w najściślejszym elitarnym gronie wykonawców poezji śpiewanej obok Czesława Niemena, Marka Grechuty i Ewy Demarczyk. Młodszy brat Michała, Piotr Bajor, urodzony już w Opolu w 1960 r., po ojcu odziedziczył talenty plastyczne. Jest również uznanym aktorem teatralnym i twórcą kilku świetnych ról filmowych, m.in. w "Limuzynie Daimler-Benz".

    Duszpasterze Kozowscy

    Na Bajorówce w Kozowej urodził się w 1947 r. Marcjan Trofimiak, obecny biskup, ordynariusz diecezji łuckiej, urzędujący w stolicy Wołynia.

    Bp Trofimiak to bardzo ciekawa, charyzmatyczna postać współczesnego hierarchy Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie. W trudnych latach gwałtownej ateizacji w ZSRR ukończył w Rydze na Łotwie seminarium duchowne i po odebraniu sakry biskupiej z rąk kardynała Mariana Jaworskiego, metropolity lwowskiego, związał się na trwałe z powojennym Wołyniem.

    Jego działalność duszpasterska w tak ciężko doświadczonym przez zbrodnie banderowców regionie może imponować mądrością, taktem i wielką zdolnością kojenia ran i budowania mostów porozumienia pomiędzy współczesnymi Polakami i Ukraińcami. Dane mi było wysłuchać kilku jego homilii, ostatnio (25 września 2011 r.) na zjeździe Kresowian w Białej koło Chojnowa.

    Dzięki jego działalności i umiejętności zjednywania parafian, zarówno Polaków, jak i Ukraińców, zabliźniają się rany na współczesnym Wołyniu, odnawiane są cmentarze, a co za tym idzie - pamięć o pomordowanych tam przez banderowców Polakach.

    Marcjan Trofimiak jest wnukiem Teodora Trofimiaka, który miał kuźnię w Kozowej, i synem Mikołaja, który był śpiewakiem kościelnym i fotografem w tym miasteczku.

    W ogóle z Kozowej wywodzi się wielu duchownych. W wykazie, którym dysponuję, znajduje się 12 księży, w tym urodzony w 1944 r. ks. Adam Szubka - długoletni proboszcz parafii w Bogdanowicach koło Głubczyc, który położył ogromne zasługi dla tamtejszej społeczności, wrażliwy opiekun zabytków, który doprowadził świątynię w Bogaczowicach do świetności. Podobne zasługi ma obecny, od 1996 r., proboszcz parafii Boguszów-Gorce na Dolnym Śląsku - ks. Andrzej Bajak, również renowator m.in. kościołów w Wałbrzychu, Kłodzku i Bystrzycy Kłodzkiej.

    Z Kozową związana jest też rodzina Rybotyckich, która przez wiele pokoleń wyróżniała się zamożnością i gospodarnością. Z tej rodziny wywodzi się Beata Rybotycka - piosenkarka, artystka "Piwnicy Pod Baranami", urodzona już w Gliwicach. Swój talent niewątpliwie odziedziczyła po dziadku, Piotrze Rybotyckim, który słynął w Kozowej z pięknej barwy głosu i był tam sławnym pieśniarzem. Jego dwaj synowie, Tadeusz i Szczepan, osiedli po wojnie na Śląsku i jeden z nich ożenił się z siostrą Izabeli Skrybant - wokalistką zespołu "Tercet Egzotyczny", a ich siostra, Władysława Rybotycka, była znaną i cenioną dentystką w Głuchołazach.

    Z okolic Kozowej wywodzi się również aktor Franciszek Trzeciak (rocznik 1942), który lata młodzieńcze spędził w Nowym Świętowie koło Nysy, a w nyskim liceum otrzymał świadectwo maturalne. Franciszek Trzeciak ma w dorobku wiele ról filmowych, m.in. w "Hazardzistach" - fabularyzowanej opowieści o napadzie na bank w Wołowie, w "Tańczącym jastrzębiu" - filmie Grzegorza Królikiewicza.

    W Płotyczy pod Kozową urodził się Hieronim Marysiak - prawnik, dziś major w stanie spoczynku, który został wywieziony na Sybir jako dziecko i przeżył tam gehennę tylko za to, że jego ojciec, Mikołaj Marysiak, był przez długie lata w Kozowej posterunkowym.

    Na Opolszczyźnie osiadła też liczna rodzina Grubiaków - kozowskich rzemieślników. Ich wnukiem jest Arkadiusz Grubiak - historyk. Wnukiem kozowian jest też Tomasz Huminiak - prawnik, opolski sędzia.

    Wjazd do Kozowej

    10 sierpnia 2011 r. wjeżdżałem swoim samochodem w strugach deszczu do Kozowej od strony Brzeżan. Wybrałem tę samą drogę, którą 150 lat wcześniej bryczką przemierzył Jan Lam. Warto przypomnieć, jak opisał swój wjazd do Kozowej w "Wielkim świecie Capowic", bo relacja ta weszła do historii literatury.

    Opis jest komiczny, a zarazem dramatyczny. Lam wjeżdżał do położonego w dolinie miasteczka, siedząc na koźle obok woźnicy. Była bezgwiezdna noc, wokół panowały kompletne ciemności. I nagle bryczka niespodziewanie przyśpieszyła. Koła poczęły podskakiwać na wykrotach. Woźnica, uniósłszy się z kozła, próbował powstrzymać bieg konia, trzymając go mocno na lejcach i ściągniętej uździe. Bryczka jednak ciągle przyśpieszała, nabierając rozpędu. Koła podskakiwały na dziurach i kamieniach, hałasując i trzęsąc pasażerami niemiłosiernie.

    Nagle jedno z kół rozleciało się i bryczka, rysując osią bruk, z którego sypały się iskry, pędziła dalej w dół. W końcu dyszel wbił się w ziemię, koń potknął się, padając na bok. Nakryła go bryczka i pasażerowie, którym na głowy posypały się tobołki i worek z obrokiem. Gdy Lam z woźnicą wygrzebali się spod bryczki, cali umorusani błotem i obsypani obrokiem, zobaczyli dużą kałużę, a nad nią budynek z tabliczką, na której wyczytali napis: Ratusz w Kozowej. Tyle fikcji literackiej, a może rzeczywistej prawdy o wjeździe Lama do miasteczka.

    Mój wjazd nie był tak dramatyczny, choć na tamtejszym, zachowanym do dziś starym austriackim jeszcze bruku jest niezliczona ilość dziur. Dramatyczny natomiast miałem sam dojazd do Kozowej. Dość powiedzieć, że odcinek 15 kilometrów, prowadzący od głównej trasy Buczacz - Tarnopol przez wieś Złota Swoboda, jechałem 2 godziny z lękiem, że w każdej chwili może się stać coś z autem.

    Samochód trzymałem ciągle na pierwszym biegu: nieustannie sprzęgło, gaz, hamulec. Trzeba było pokonać tysiące głębokich dziur, kałuż, wystających kamieni, wybrzuszeń, kolein. Pod tym względem drogi w miasteczkach i wsiach podolskich dzisiejszej Ukrainy niewiele się zmieniły od czasów Jana Lama. Nie można zbaczać z głównych tras i stosować skrótów, które na mapie wyglądają atrakcyjnie, bo każda próba przejazdu nimi to katastrofa. Lepiej przejechać kilkadziesiąt kilometrów więcej, ale główną trasą niż dla pozornej oszczędności pokusić się o przejazd kilkukilometrowy.

    Dzisiejsza Kozowa jest zupełnie innym miastem niż ta z czasów polskich. Całe centrum zostało spalone i wyburzone. Nie ma tam dawnego pałacyku Moszyńskich. Nie ma wytwórni rosolisów, która była własnością hrabiego Henryka Szeliskiego.

    W parku przetrwało kilka starych lip z dawnej alei. Z pejzażu Kozowej zniknęła też XVII-wieczna synagoga. W latach 60. XX wieku, za czasów sowieckich, wysadzono w powietrze kościół parafialny pochodzący z XIX wieku. Na jego miejscu ostatnio wybudowano cerkiew. W jej okolicach urządzono nowe centrum Kozowej z budynkami administracyjnymi o banalnych kształtach. Nie ma też dawnego ratusza Kozowej. Został tylko okalający go kiedyś bruk na rynku. Po wojnie wzniesiono tam nowe budynki, w których mieszczą się sklepy i dworzec autobusowy.

    Cmentarz w Kozowej

    Zachowała się natomiast zaniedbana polska część na cmentarzu. Najciekawsze i najstarsze nagrobki zgrupowane są wokół kaplicy Moszyńskich, wzniesionej w XIX wieku. Przy prowadzącej do niej alejce stoi okazały grobowiec rodziny Milińskich z dużym secesyjnym kutym ogrodzeniem.

    Spoczywają tam Sabina z Horodeckich i Franciszek Milińscy, a nad wykruszoną już częściowo inskrypcją epitafijną są wyrzeźbione kartusze herbowe ich rodu. Nagrobek wieńczy potężny piaskowcowy krzyż i ciekawa rzeźba klęczącej pod nim płaczki w mocno udrapowanym stroju. W pobliżu znajdują się groby dziadków i rodziców biskupa Marcjana Trofimiaka. Najstarszy pomnik na tym cmentarzu, z roku 1824, stoi na grobie Jasińskich, właścicieli wsi Kławruki. Zdobi go płaskorzeźbiony herb Rawicz i stojąca nad nim figura świętej, bez głowy.

    Można przypuszczać, że było tu niegdyś wiele grobowców miejscowej szlachty, ale czas i ludzie zrobili swoje i nikt już nie przywoła nazwisk tu pochowanych. Najciekawszy artystycznie pomnik stoi na grobie małżeństwa Karoliny z Ojrzanowskich i Nereusza Jaroszyńskich, wzniesiony w 1857 r. przez ich wnuków. Jest to okazała tumba z płaskorzeźbą grupy aniołków oraz leżąca obok niej piękna rzeźba płaczki.

    Krążąc po cmentarzu, natrafiłem na kilka grobów Grubiaków. W najstarszym, z roku 1897, spoczywa Józef Grubiak. Zdobi go kamienna figura świętego, z odbitą głową. W pobliżu spoczywają Waleria (1860-1928) oraz Antoni Grubiakowie (1863-1923). Dotrwało do naszych czasów kilka grobów rodziny Bajorów, m.in. Erazma (1896-1913), Edwarda (1916-1919) i Stanisława (1909-1919). Ale z każdym rokiem ślady polskości są na tym cmentarzu systematycznie zacierane.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo