Moje Kresy. Saga rodu Juzwenków

archiwumZaktualizowano 
Rodzina Juzwenków: dziadkowie Roman i Antonina, ich syn Bronisław (stoi), synowa Michalina (pierwsza z prawej), przed nią ich wnuk Adolf Juzwenko, Lisowce, rok 1941.
Rodzina Juzwenków: dziadkowie Roman i Antonina, ich syn Bronisław (stoi), synowa Michalina (pierwsza z prawej), przed nią ich wnuk Adolf Juzwenko, Lisowce, rok 1941. Archiwum
W powojennym Wrocławiu, do którego z wielkim sukcesem i pożytkiem przeszczepiono klimat obyczajowy i tradycję kulturowo-historyczną polskiego Lwowa, jedną z najważniejszych instytucji jest Ossolineum.

Tak popularnie mówi się o Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich, jednym z najstarszych polskich archiwów, a zarazem pełnej rarytasów bibliograficznych narodowej książnicy.

Ossolineum, założone w 1817 roku przez bogatego arystokratę, pisarza i badacza przeszłości Józefa Maksymiliana Ossolińskiego (1748-1826), miało przez ponad sto lat swą siedzibę we Lwowie w dawnym klasztorze i kościele Sióstr Karmelitanek Trzewiczkowych.

Po 1945 roku, po jałtańskiej translokacji, trafiło do Wrocławia do jeszcze bardziej okazałego kompleksu budynków dawnego Zakonu Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą.

Kłopotliwe imię

Dyrektorem wrocławskiego Ossolineum od prawie ćwierćwiecza jest dr Adolf Juzwenko - kresowiak o charakterystycznym dla tych ziem pochodzeniu społeczno-narodowym. Urodzony w marcu 1939 r. nad Seretem we wsi Lisowce, w pobliżu Zaleszczyk, ma niemieckie imię, ukraińskie nazwisko, ojca Polaka, matkę Ukrainkę i dał dowody imponującego patriotyzmu oraz poświęcenia sprawie niepodległości Polski.

Ale posiadanie w Polsce po wrześniu 1939 roku imienia Adolf wpędzało czasami jego właściciela w kłopotliwe sytuacje. Przypuszczalnie któreś z rodziców, zapatrzone w talent aktorski arcypopularnego przed wojną Adolfa Dymszy, nie przewidziało, jaka będzie percepcja tego imienia po losie, jaki zgotował Polakom i całej Europie Hitler.

Niby błaha sprawa, ale proszę sobie wyobrazić dzieciństwo tuż po wojnie chłopca, który nosił takie imię. Rówieśnicy potrafili być okrutni. A jeszcze do tego mieć ukraińskie nazwisko i być przesiedleńcem ze wschodu.

Tak więc start życiowy Adolfa Juzwenki nie był zbyt komfortowy. Dziś mówi o tym z humorem i dystansem, ale doskonale pamięta z lat szkolnych, że gdy miał jakąkolwiek sprzeczkę z kolegami, to największa obelga, jaka go spotykała ze strony adwersarza, to epitet "Hitler!". Niejeden raz z tego powodu albo on, albo kolega miał rozbity nos, a gdy mama w domu pytała: "Co się, Dodek, stało?", odpowiadał: "A dlaczego dałaś mi takie imię?". Ale wróćmy do genealogii rodzinnej.

Juzwenkowie byli rodziną od pokoleń zasiedziałą w Lisowcach. Seniorem rodu był Roman Juzwenko (1883-1956), żonaty z Antoniną Szewczuk (1891-1960), której ojciec, Łukasz, zapisał się w historii Lisowiec jako jeden z inicjatorów budowy w tej wsi polskiego kościoła. Roman i Antonina mieli siedem morgów ziemi.

Przed ślubem Roman, aby podnieść swój status materialny, wyjechał do Kanady, gdzie przez pięć lat ciężko pracował, by po powrocie móc kupić kilka morgów ziemi i ożenić się z Antoniną, córką bogatego Łukasza Szewczuka.

Lisowce były typową wsią polsko-ukraińską, w której małżeństwa narodowościowo mieszane nie należały do rzadkości. We wsi była cerkiew greckokatolicka i kościół rzymskokatolicki. Obowiązujący obyczaj i niepisane prawo nakazywały, by w rodzinach mieszanych córki chrzcić w świątyni matki, synów zaś w świątyni ojca.

I tak też było u Juzwenków. Roman miał trzech synów: Bronisława (1912-1980), Stanisława (1914-1991), Piotra (1917-1997) oraz dwie córki: Józefę (1921-1998) i Annę (1931-1997). Najstarszy, Bronisław, utalentowany muzycznie, marzący o studiach w lwowskim konser- watorium, ożeniony z Michaliną Fotyniuk (1911-1991), Ukrainką, córką diaka, miał trójkę dzieci. Córkę ochrzcił w cerkwi greckokatolickiej, a synów w kościele katolickim. Z tej trójki wojnę przeżył tylko Adolf.

Młodszym bratem Romana był Paweł Juzwenko (1892-1919), który w czasie I wojny światowej walczył w 3. pułku strzelców lwowskich i zginął 2 marca 1919 roku na Kulparkowie w walce z Ukraińcami o Lwów. Pochowano go na słynnym Cmentarzu Orląt Lwowskich, uważanym za panteon narodowej chwały.

Mimo wojennej zawieruchy Lisowce długo pozostawały poza wstrząsami i napięciami narodowościowymi. Banderowcy, którzy palili polskie wsie, szczególnie na Wołyniu i zachodnim Podolu, z pewnym opóźnieniem wchodzili ze swą krwawą ideologią fizycznej likwidacji Polaków do wsi mieszanych.

Rodzina nad przepaścią

W 1943 r. w czasie okupacji niemieckiej Juzwenkowie po raz pierwszy otarli się o dramat. Ktoś z najbliższego ich otoczenia, z Lisowiec, wysłał do siedziby gestapo w Czortkowie donos.

Był to obszerny, czterostronicowy list, w którym nieznany z nazwiska donosiciel informował, iż w Lisowcach działa podziemna "antyniemiecka Polska Organizacja Terrorystyczna" zorganizowana przez Stanisława Juzwenkę.

Tworzyć miało ją kilkadziesiąt osób, wśród których wymienieni zostali również Piotr i Bronisław Juzwenkowie. Donosiciel informował szczegółowo, gdzie odbywają się spotkania konspiratorów, gdzie i w jakiej ilości przechowują broń, jaki mają program polityczny i gdzie poszczególni członkowie mieszkają.

Gdyby ten list nie został w ostatniej chwili przechwycony przez zakonspirowanego w urzędzie niemieckim członka AK, gestapo łatwo poradziłoby sobie z całą grupą lisowieckich konspiratorów, a dla przywódców wyrok mógł być tylko jeden - śmierć.

Treść listu Adolf Juzwenko poznał dopiero po pięćdziesięciu latach od jego napisania, kiedy żył jeszcze pracujący w szkolnictwie na Ziemi Lubuskiej główny bohater tego donosu - Stanisław Juzwenko. I on to po znanych mu szczegółach i charakterze pisma domyślił się, kto mógł być tym denuncjatorem. Niejasne były tylko motywy, dlaczego to zrobił.

Przypuszczalnie nie był wtajemniczany we wszystkie szczegóły i to wywołało w nim zazdrość. Donosiciel przeżył wojnę i osiadł pod Namysłowem. Ale gdy domyślono się jego personaliów, był już tak schorowany, iż Stanisław Juzwenko nie próbował konfrontować swego odkrycia ze stojącym nad grobem dawnym jego szkolnym kolegą.

W 1944 roku, jesienią, mrożące krew w żyłach wieści o czystkach etnicznych zaczęły docierać do Lisowiec. Wtedy już Lisowce były pod rządami Sowietów i ojciec Adolfa Juzwenki został zmobilizowany do armii Berlinga. Ale ponieważ ciężko zachorował, puszczono go do domu.

Gdy z miejscowości Sum, gdzie rekrutowano do armii Berlinga, wrócił do Lisowiec, panowała tam już atmosfera banderowskiego terroru: musiał się więc ukrywać, bo żaden polski żołnierz, który pojawił się w okolicy, nie miał szans przeżycia. Noce spędzał w stajni w żłobie dla koni. Ludzie żyli w ciągłym strachu.

UPA terroryzowała też Ukraińców, którzy mieli rodzinne związki z Polakami. Gdy z Podola Sowieci usunęli w 1944 roku Niemców, Polacy tylko w miastach zajętych przez garnizony sowieckie mogli czuć się bezpiecznie. Adolf Juzwenko wspomina: Gdy siostra mamy, moja ciotka Anna, dowiedziała się, że jej męża wpisano na listę upowców, postanowiła, że do tego nie dopuści. Poszła do sąsiada, który zajmował się zaciągiem do UPA, i zapytała: Czy to prawda, że mój Stefan jest na waszej liście?

- Tak - potwierdził i pokazał jej wykaz miejscowych członków UPA. Ciotka błyskawicznie wyjęła kopiowy ołówek, pośliniła i wykreśliła męża z listy.
- No to już go nie ma - powiedziała i odeszła.

Po powrocie do domu kazała mężowi natychmiast jechać do Sum, gdzie formowała się armia Berlinga. Tam, jeśli cię nie przyjmą do polskiej armii, to wezmą do sowieckiej. Na wojnie będziesz zabijał, ale bez grzechu. A jak zostaniesz tu, to nie wiadomo, czy nie zmuszą cię, abyś zabił moją siostrę i jej męża [czyli rodziców Adolfa Juzwenki].

Stefana przyjęli nie do polskiej, ale do sowieckiej armii, a ciotka Anna jakimś trafem to przeżyła.

To wspomnienie Adolfa Juzwenki pokazuje położenie i tragiczny dramat rodzin mieszanych na Podolu, gdzie okrutna ideologia brutalnego rozdzielenia nacji dotykała tysięcy ludzi. Z rąk banderowców obok Polaków ginęli w równie okrutny sposób Ukraińcy, którzy nie akceptowali nakazu prowadzenia "bezwzględnego rozbratu między Polakami i Ukraińcami na wschód od rzeki Bug".

Michalina i Bronisław Juzwenkowie dostali ostrzeżenie w Lisowcach od swych ukraińskich sąsiadów, że jeśli nie wyjadą ze wsi, to może spotkać ich najgorsze. Grozę potęgowała wieść o zamordowaniu przez banderowców proboszcza, ks. Stanisława Szkodzińskiego wraz z jego wikarym Bronisławem Majką. Szczęście miał drugi wikary, ks. Ruczajewicz, któremu udało się zbiec do lasu.

Przez kilka tygodni Juzwenkowie z małym Adolfem nocowali poza domem, nierzadko u zaprzyjaźnionych ukraińskich rodzin. Ale w końcu, nie chcąc ich narażać, bo za pomoc Polakom groziła Ukraińcom śmierć z rąk banderowców, postanowili przenieść się do oddalonego o 7 kilometrów od Lisowiec miasteczka Tłuste.

Tam, po wymordowaniu przez Niemców Żydów, zostały opuszczone i ograbione kamienice pożydowskie. Tam też stacjonował mały oddział Armii Czerwonej. A ponieważ banderowcy atakowali z podobną zaciekłością jak Polaków również Rosjan (uważanych też za intruzów), zbiegowie z pobliskich wsi mogli liczyć na pomoc ze strony żołnierzy rosyjskich.

Z młodzieży polskiej, często niepełnoletnich chłopców, tworzono tzw. istriebitielnyje bataliony do obrony przed banderowcami i dawano im broń. W Tłustem też powstał taki oddział złożony z młodych chłopców. Jeden z nich, czyszcząc broń, niechcący zastrzelił krowę swojej rodziny. Cóż to była za tragedia. Stracić wówczas żywicielkę rodziny było niewyobrażalnym dramatem. Całe Tłuste było tym poruszone.

Juzwenkowie zamieszkali w Tłustem w jednym z pożydowskich zrujnowanych domów też razem z krową, którą pragmatyczna matka, Michalina, zabrała ze sobą z Lisowiec. Był to czas wielkiego głodu. Michalina, aby wyżywić męża i małego Adolfa, chodziła pieszo do okolicznych wiosek do znajomych Ukraińców, aby zdobyć cokolwiek do zjedzenia.

Ryzykowała, bo okoliczne lasy penetrowały oddziały banderowców. Pewnego razu otarła się o śmierć - weszła na oddział UPA i przystawiono jej do głowy karabin. I gdyby ktoś z tego oddziału nie rozpoznał w niej córki diaka z cerkwi, do której chodził, na pewno tego spotkania w lesie by nie przeżyła. Michalina Juzwenkowa była znana w Lisowcach z pięknego głosu, wyróżniającego się w chórze cerkiewnym.

Oprócz Juzwenków, Wawryszynów, Szymańskich w Tłustem schroniły się też rodziny Burtnych, Wołczuków i Wojtyszynów z pobliskiej wsi Szypowce, spalonej przez UPA.

Droga do nowej ojczyzny

Wymienione polskie rodziny z Lisowiec i Szypowiec, a można by jeszcze wyliczyć kilkadziesiąt innych, o których nie mam szerszych informacji, nie miały wyboru.

Jedynym ich ratunkiem był wyjazd na zachód. Dziadkowie Adolfa Juzwenki, Roman i Antonina, oraz jego rodzice, Bronisław i Michalina, czekali na transport w ruinach Tłustego. Ukraińska rodzina Michaliny Juzwenkowej, Fotyniukowie, została w Lisowcach. Tuż przed wyjazdem Polaków z Tłustego w zrujnowanym tamtejszym kościele, któremu odstrzelono wieżę, odbyła się pierwsza komunia.

Dr. Kazimierzowi Burtnemu (rocznik 1937) - po wojnie znanemu opolskiemu pedagogowi, dyrektorowi Instytutu Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych, a później pracownikowi Politechniki Opolskiej - ten dzień szczególnie utkwił w pamięci.

Nigdy - wspomina - nie zapomnę dnia tej mojej pierwszej komunii. Mam w oczach widok, jak przez ogromną dziurę w dachu świątyni po odstrzelonej wieży kościoła widać było gnane przez wiatr wiosenne chmury, ten śpiew z rodzicami i pełną lęku modlitwę z nadzieją, że przeżyjemy tę wojnę. Uroczystość komunijną celebrował ks. Ruczajewicz.

Na przełomie kwietnia i maja 1945 roku do podstawionych na dworcu w Tłustem wagonów towarowych zakwaterowali się Juzwenkowie, Burtnowie, Wołczukowie i Wojtyszynowie. Były to wagony w większości bez dachów, tzw. lory. Ludzie klecili tam daszki, aby chronić się przed deszczem.

Wewnętrzne ściany tych wagonów obwieszono workami z obrokiem, ziarnem, ziemniakami, cebulą, fasolą, przytwierdzono do nich też pługi, radła, kosy i co kto miał, a mógł zabrać ze sobą w drogę na zachód.

Ten objuczony różnymi tobołami transport z ludźmi w środku, grzejącymi się przy piecykach żeliwnych, wyglądał jak jakieś fantasmagoryczne widmo, ciągnące za sobą w wagonach jeszcze dodatkowo ryczące krowy i pobekujące kozy.

Pod koniec maja 1945 roku pociąg ruszył. Pamiętam - wspomina Kazimierz Burtny - że kilka kilometrów przed nową granicą z pobliskiego zagajnika spadł na nas grad maszynowych kul banderowców.

Rosyjscy żołnierze siedzący na dachach wagonów odpowiedzieli im pepeszami. Banderowskie kule przebijały ściany wagonów, ale nie przebiły się przez wiszące na ścianach sprzęty i worki z naszym dobytkiem. Kolejny raz uniknęliśmy śmierci. Po dwóch tygodniach jedna część transportu dotarła do Opola, druga do Brochowa, pod płonący jeszcze Wrocław.

Stamtąd transport, w którym byli Juzwenkowie, cofnięto do wioski Nasale pod Kluczborkiem, gdzie PUR przydzielił im niewielką chatkę opuszczoną przez Niemców i kawałek ziemi. W Nasalu osiadło kilka rodzin z Lisowiec. Tam też do pierwszej klasy zaczął uczęszczać Adolf Juzwenko.

Przesiedleńcy z Szypowiec, m.in. z rodziną Burtnych, zostali przewiezieni do Mąkoszyc pod Brzegiem. W tym transporcie był m.in. kuzyn Kazimierza Burtnego - Piotr Wołczuk (rocznik 1933), którego ojciec zginął w bitwie pod Warszawą, a on jako sierota trafił do wojskowej orkiestry.

Później skończył wrocławskie szkoły muzyczne, został pierwszym waltornistą w Reprezentacyjnej Orkiestrze Śląskiego Okręgu Wojskowego, by następnie zrobić piękną karierę muzyczną, sięgając po tytuł profesora zwyczajnego Akademii Muzycznej we Wrocławiu, dyrygując w filharmoniach wrocławskiej, opolskiej, wałbrzyskiej i zielonogórskiej.

Wykształcił wiele roczników polskiej młodzieży muzycznej. W tym transporcie był też Jan Wojtyszyn - po wojnie znany wrocławski architekt. Natomiast ks. Ruczajewicz z całą dokumentacją parafii z Lisowiec osiadł w Ponikwi pod Wadowicami i tam po wojnie jego dawni kresowi parafianie jeździli, gdy potrzebne im były metryki i inne dokumenty.

Juzwenkowie mieszkali pod Kluczborkiem przez rok, a następnie przeprowadzili się do Strzelec Świdnickich, do większego poniemieckiego domu i na bardziej urodzajne ziemie. Do dziś mieszka w tym domu kolejne pokolenie Juzwenków.

Adolf Juzwenko ukończył liceum ogólnokształcące w Świdnicy i studia historyczne we Wrocławiu. W latach 1961-1990 zajmował się historią najnowszą, pracując na uniwersytecie i stopniowo zanurzał się w działalność opozycyjną w stosunku do praktyk władz PRL.

Napisał w tym czasie ważną książkę pt. "Polska a »biała« Rosja listopad 1918 - kwiecień 1920", która jest trwałym osiągnięciem polskiej historiografii. Podjął bezkompromisową walkę z cenzurą. Począł współpracować z ośrodkami edukacyjnymi i czasopismami funkcjonującymi poza zasięgiem cenzury, wygłaszał odczyty organizowane przez Towarzystwo Kursów Naukowych, często występował w Klubach Inteligencji Katolickiej, współpracował z KOR-em - stał się jednym z najbardziej twórczych i aktywnych działaczy wrocławskiej "Solidarności".

Przewodniczył delegacji dolnośląskiej na I Krajowy Zjazd "Solidarności" w Gdańsku w 1981 r. Był uczestnikiem Kongresu Kultury Polskiej brutalnie przerwanego przez stan wojenny. Działał aktywnie w solidarnościowym podziemiu, by w końcu objąć przewodnictwo wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego, który doprowadził do wygranych wyborów 4 czerwca 1989 r.

Adolf Juzwenko był niewątpliwie jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci przemian politycznych w Polsce u schyłku XX wieku. Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki proponowali mu pracę w dyplomacji (m.in. ambasadora Polski w Rosji), zachęcali do działalności politycznej. Wybrał jednak z pełną świadomością kierownictwo Ossolineum - tego wielkiego skarbca kultury polskiej.

To stanowisko dało mu prestiż i satysfakcję. I w Ossolineum zostawił też trwały ślad swej pracowitości i osobowości. Rozbudował tę instytucję, poszerzył wyraźnie jej zasoby, przejmując dzięki osobistym znajomościom archiwa po wybitnych postaciach polskiego życia społecznego, podniósł prestiż Ossolineum i jego wyjątkową pozycję w świecie nauki i kultury europejskiej.

Jednym z najważniejszych osiągnięć Adolfa Juzwenki było doprowadzenie po latach ostrych napięć pomiędzy lwowskim Ossolineum, czyli obecną ukraińską Biblioteką Naukową im. Wasyla Stefanyka, a wrocławskim Ossolineum do harmonijnej współpracy.

polecane: FLESZ: 10 matek, które zmieniły świat

Wideo

Materiał oryginalny: Moje Kresy. Saga rodu Juzwenków - Nowa Trybuna Opolska

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3