My z Covidowego. Pracownicy szpitala w Kędzierzynie-Koźlu o kulisach pracy. Dr Jadwiga Oronowicz: jedna z pacjentek walczyła o życie 180 dni

Radosław Dimitrow
Radosław Dimitrow
Dr Jadwiga Oronowicz szczerze o codziennej walce z koronawirusem.
Dr Jadwiga Oronowicz szczerze o codziennej walce z koronawirusem. myzcovidowego.pl
Rok temu pracownicy szpitala w Kędzierzynie-Koźlu zostali wysłani na pierwszy front walki z niewidzialnym wrogiem - koronawirusem. Ta batalia trwa do dziś. Pracownicy zdecydowali się opowiedzieć o kulisach swojej pracy w ramach projektu "My z covidowego" - w ich relacjach słychać m.in. strach, trud, ale także nadzieję, że ta pandemia pewnego dnia się skończy. Dziś prezentujemy relację Dr Jadwigi Oronowicz

Dr Jadwiga Oronowicz pracuje w szpitalu w Kędzierzynie-Koźlu jako anestezjolog. Ma ponad 30 lat doświadczenia. Pełni jednocześnie funkcję zastępczyni kierownika oddziału intensywnej opieki medycznej.

Jak sama przyznaje, od czasu gdy wybuchła epidemia, często śnią jej się pacjenci, a także sytuacje ze szpitala:

Czarny sen, najgorszy, który się powtarza, jest taki, że mnie wołają, biegnę przez szpital, w którym nikogo nie ma, i nie mogę znaleźć drogi - mówi.

Dr Jadwiga Oronowicz:

Najtrudniejszy moment jest wtedy, kiedy musimy zaintubować pacjenta wcale nie osiemdziesięcioletniego, tylko dość młodego, który jest przytomny… Wiadomo, że czas upływa, saturacja spada i trzeba go zaintubować. Trzeba go zaintubować i jeszcze ewentualnie zapytać, czy nie chce zadzwonić do rodziny.

Z tyłu głowy jest zawsze to, że być może to są ostatnie chwile przytomności i życia tego pacjenta, że może z kimś porozmawiać.

Do nas pacjenci trafiają w stanie krytycznym, gdzie są zniszczone płuca. Zmiany w płucach obejmują ponad siedemdziesiąt procent, dziewięćdziesiąt, i potem się okazuje, że ten respirator owszem, przedłuża życie, natomiast go nie ratuje.

Bo my nie mamy szans, jeśli są tak zniszczone płuca. Więc walczymy miesiąc, czasami dwa, czasami trzy. A pacjenci umierają w bardzo dużym procencie.

Jedyną nadzieją i właściwie takim motorem do działania jest pacjentka, która umierała nam kilka albo kilkanaście razy. Nie… Nie dawaliśmy jej żadnej szansy. Ta pacjentka jest przytomna, zdrowa. Znaczy zdrowa - w cudzysłowie. Zaczęła znowu malować. I wróciła kompletnie do życia, opiekuje się swoją dziewięćdziesięcioletnią matką.

Mam z nią osobiście kontakt, ta pani do mnie dzwoni, pozdrawia, pyta się, co i jak. Mieliśmy ją sto osiemdziesiąt dni. I to była taka walka.

Ale mam też w drugą stronę. Mam młodych ludzi, których nie udało się uratować, pomimo wysyłania ich na terapię ECMO.

Ja też się usiłowałam uratować psychicznie, uwierzyć w to, że pandemia to jest w ogóle sprawa polityczna czy jakieś sterowanie społeczeństwem. Ale to jest taka ucieczka psychologiczna - jest coś złego, a my sobie mówimy, że tego nie ma. Wystarczy tutaj zobaczyć ludzi, dla których nie ma ratunku. I to jest na pewno covid, to jest potwierdzone, widzimy zdjęcia płuc, których wcześniej - a pracuję ponad trzydzieści lat - w życiu nie widziałam.

Najgorsze jest to, że tych pacjentów w stanie takim, w jakim my dostajemy ich na oddział reanimacji… To jest w granicach cudu, że my jesteśmy w stanie ich wyciągnąć z tego.

To nie jest oczywiście jedna osoba, którą uratowaliśmy w ciągu tego czasu. Trochę się udało, ale w bardzo dużym procencie my nie mamy szans, jesteśmy bezradni. Jedyne, co możemy zrobić, to włączyć terapię respiratorem. To jest specjalna terapia, to nie jest tylko tak, że podłączamy na sztuczny oddech pacjenta i już. To jest szczególna terapia.

Taki pacjent wymaga też szczególnej opieki medycznej. Nie można nastawić respiratora i sobie odejść na ileś godzin, trzeba co chwilę sprawdzać parametry, żeby wentylacja była jak najbardziej skuteczna i oszczędzająca płuca. Czasami się udaje. Zbyt często nam się nie udaje i… To właściwie nie zależy od nas. Usiłujemy sobie wytłumaczyć, że to przecież nie jest nasza wina.

Najgorsze są też telefony od rodzin pacjentów. Rodziny są odłączone od swoich najbliższych, chcą się dowiedzieć czegokolwiek, więc dzwonią. A piętnaście, szesnaście telefonów w momencie, kiedy wychodzimy jest… No jest przytłaczające. Dlatego, że no co możemy mówić? Że się nic nie zmienia.

Dla nas “nic się nie zmienia” to znaczy “jest dobrze”. A dla rodziny pacjenta nie bardzo. Oni chcą usłyszeć coś dobrego.

Czarny sen, najgorszy, który się powtarza, jest taki, że mnie wołają, biegnę przez szpital, w którym nikogo nie ma, i nie mogę znaleźć drogi. To jest straszne, ja się budzę cała mokra. Że nie zdążę.

Pierwsza to nadzieja, że się to skończy. Druga - nadzieja, że tej trzeciej fali jednak nie będzie. A poza tym zawsze z tyłu głowy jest to, że jeżeli mnie wołają, to muszę coś zrobić, żeby pomóc.

Relacja Dr Jadwigi Oronowicz jest częścią projektu "My z covidowego".

Autorami projektu są Agnieszka Pospiszyl – dziennikarka radiowa i reportażystka oraz Adam Liszka – fotograf. Oboje doszli do tego samego wniosku: to jest czas i miejsce, żeby pokazać, co się dzieje za murami zamkniętego dla świata szpitala, do którego trafiają pacjenci zarażeni koronawirusem.

Projekt ma charakter niekomercyjny. Został zrealizowany w momencie pierwszej rocznicy przekształcenia szpitala w Kędzierzynie-Koźlu w placówkę covidową. Szpital przyjmuje pacjentów nie tylko z Opolszczyzny, ale także ościennych województw.

Nauczanie hybrydowe zamiast powrotu do szkół

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie