Nastoletni świat ryzyka

Materiał informacyjny Samorządu Województwa Opolskiego
Partnerstwo czy metoda krótkiej smyczy, czyli jak rozmawiać z nastolatkiem na trudne tematy.

Rozmowa z psychoterapeutą Tomaszem Jarczokiem

Nastolatek wybiera się na pierwsze, samodzielne wakacje. Co powinien zrobić rodzic? Niepostrzeżenie wsunąć paczkę prezerwatyw do plecaka?

Zaproponowanie antykoncepcji to niezły pomysł, ale za tym powinna pójść rozmowa, czyli edukacja. Najlepszym czynnikiem chroniącym przed ryzykownymi zachowaniami – w tym przed przypadkowym seksem – jest bliska relacja, na przykład z rodzicami. Wtedy wzrasta prawdopodobieństwo, że syn lub córka, nim zrobi coś nieodpowiedzialnego, przyjdzie do nas, żeby porozmawiać. Nie zawsze przecież działanie jest wynikiem nieprzemyślanego impulsu. Czasami jakiś pomysł kiełkuje, młody człowiek dojrzewa do decyzji, żeby spróbować zakazanego owocu.

Z narkotykami czy alkoholem sprawa jest trochę łatwiejsza. Ale rozmowa z dzieckiem o seksie - nawet jeśli jest ono na progu dorosłości - zwykle bywa trudna. Wielu rodziców czaruje rzeczywistość mówiąc, że ich dziecka to nie dotyczy, że jeszcze za wcześnie na „te sprawy”.

Rodzic zazwyczaj stara się chronić swoją pociechę przed zbyt wczesną inicjacją, tymczasem potrzeby nastolatków dotyczące seksualności znajdują się bardzo wysoko w hierarchii, bo wśród potrzeb, takich jak jedzenie czy spanie. Pracując z dziećmi i młodzieżą zauważyłem, że ciekawość seksu jest większa niż na przykład chęć eksperymentowania z substancjami psychoaktywnymi. O kwestie związane z seksualnością pytają już 10-latkowie. Paradoks polega na tym, że wielu rodziców ma odwagę rozmawiać z 16-latkiem o narkotykach, czy innych używkach, a o seksie już nie, choć przecież seks – w przeciwieństwie do używek – w przypadku 16-latka jest legalny.

Przygodny seks to m.in. ryzyko zakażenia chorobami przenoszonymi drogą płciową, czy np. HIV. Z moich rozmów ze specjalistami wynika tymczasem, że młodzież bardziej boi się niechcianej ciąży niż choroby.

Problemem wciąż niestety jest niewystarczająca edukacja. Jestem współautorem programu profilaktycznego „Szkoła wiodąca”, który realizujemy wspólnie z Urzędem Marszałkowskim Województwa Opolskiego. Zajęcia w szkole objętej programem prowadzone są przez cały rok, towarzyszą im konsultacje dla rodziców. Podstawowa zasada jest taka, że to specjaliści podążają za młodzieżą, a nie odwrotnie. Innymi słowy, to młodzież decydowała, o czym chce z nami rozmawiać i 50 proc. tematów faktycznie wiązało się z edukacją seksualną. Uczniowie chcieli wiedzieć m.in. kiedy rozpocząć współżycie, jak wybrać partnera, czy warto poczekać z seksem do ślubu… Licealistów te kwestie nurtowały bardziej, niż to, czy alkohol szkodzi albo czy marihuana może zabić (na drugim miejscu pod względem częstotliwości pytań, paradoksalnie, również nie znalazły się używki, ale temat depresji – przyp. red.). Zaczynamy rozmawiać na przykład o chorobach przenoszonych drogą płciową i widzimy, że ci ludzie otwierają szeroko oczy ze zdumienia. Część chłopców nie wiedziała, jak prawidłowo używać prezerwatywy. To prosta droga do tego, by stworzyć przestrzeń dla zachowań ryzykowanych.

Kto powinien zmierzyć się z taką „trudną rozmową”. Najbliżsi, czyli mama i tata, czy może ciocia albo przyjaciółka rodziny, z którą dziecko ma dobry kontakt?

Idealnie, gdy mogą to zrobić rodzice, ale warunek jest jeden: muszą wiedzieć, że udźwigną to, co usłyszą, na przykład wyznanie, że syn czy córka zamierza rozpocząć współżycie teraz, a nie za kilka lat czy po ślubie, jak życzyłby sobie tego rodzic. Dobrze poprowadzona rozmowa zbuduje zaufanie, a to jest istotny czynnik chroniący, nie tylko zresztą przed ryzykownym seksem, ale również przed alkoholem, narkotykami, czy dopalaczami. Jeśli natomiast rodzic nie jest w stanie powstrzymać się przed komentarzami, taka rozmowa może przynieść więcej szkód niż korzyści, bo młody człowiek prawdopodobnie nigdy więcej nie zbierze się na odwagę, by opowiedzieć nam o swoich rozterkach. I to nie powinno nas dziwić. Proszę spojrzeć przez pryzmat własnych doświadczeń. Jeśli mamy poważny problem do rozwiązania, a osoba, do której poszliśmy po radę, zamiast dać wsparcie, ocenia nas i atakuje, to trudno mi sobie wyobrazić, że w przyszłości poprosimy ją o pomoc. Z dziećmi jest podobnie.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: przychodzi do nas młody człowiek i mówi: mamo, tato, koledzy popalają „trawkę”, ja też chciałbym spróbować. Jak powinien zareagować rodzic?

Najważniejsze jest, by nie unikać tematu. Czasami rodzic musi się do takiej rozmowy przygotować, poczytać, zdobyć wiedzę na dany temat. Z dzieckiem trzeba grać w otwarte karty, nie musimy udawać, że jesteśmy ekspertami w każdej dziedzinie. Substancje psychoaktywne w przypadku dzieci są nielegalne i mamy prawo, a nawet obowiązek stawiać granice. Nie musimy być rodzicem-kumplem, który godzi się na wszystko.

I co dalej? Straszymy szlabanem na wyjście, zabieramy kieszonkowe?

Dziecko nam zaufało i dobrze by było, gdybyśmy tego nie zmarnowali. Oczywiście, że możemy zabronić mu na przykład wyjazdu z przyjaciółmi, ale jest niemal pewne, że odbije się to na naszej relacji. Pamiętajmy też, że by eksperymentować z substancjami psychoaktywnymi nasza pociecha nie musi wyjeżdżać. Wystarczy, że chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółmi… Druga strategia – którą osobiście polecam - jest taka, że odwołujemy się do wspomnianego zaufania, mówiąc na przykład: „puszczam cię na te wakacje, bo ufam, że twoje decyzje są mądre. Nie będę cię sprawdzał po powrocie narkotestami, ale liczę na to, że jednak się powstrzymasz”.

To skuteczniejsze niż szlaban?

Oczywiście, choć nigdy nie mamy 100-procentowej pewności, że dziecko nie spróbuje. Taka postawa zmusza natomiast młodego człowieka do zastanowienia. Strach przed utratą zaufania jest istotnym czynnikiem chroniącym. Można wybrać metodę nakazów i zakazów, ale przecież nie zamkniemy dziecka do pełnoletniości w czterech ścianach pokoju. Relację buduje się przez lata i trudno zaprzyjaźnić się z dzieckiem z dnia na dzień. Na trzy dni przed wyjazdem możemy mu okazać zaufanie, powiedzieć o swoich obawach i oczekiwaniach. Zawsze to lepsze niż zdanie się na przypadek. Pamiętajmy też, że to, iż młodzi ludzie w okresie dojrzewania w pewien sposób uciekają spod skrzydeł rodziców, szukają przyjaciół, jest czymś absolutnie naturalnym, choć mamie i tacie czasem trudno to zaakceptować. Młodzież eksperymentuje m.in. po to, żeby zaimponować rówieśnikom, poczuć się akceptowanym, by przynależeć do grupy. Alkohol czy inne używki sprawiają, że stają się odważniejsi, łatwiej im znaleźć wspólny język. Dzieci biorą przykład z dorosłych, którzy często – by uprzyjemnić sobie czas – sięgają po środki psychoaktywne.
Niezmiennie dziwi mnie to, że wielu rodziców wręcz częstuje nastolatków alkoholem, czy przyzwala na palenie w domu papierosów.

Może liczą na to, że kreowanie się na rodzica-kumpla będzie procentowało?

Myślę, że chodzi o uspokojenie własnego sumienia. Mama 14-letniej dziewczyny mówi mi na przykład, że pozwala córce palić przy niej papierosy, żeby ona nie robiła tego poza domem. Moim zdaniem jest to mechanizm obronny, który daje fałszywe poczucie kontroli. Oczywiście trudniej tworzyć zakazy w sytuacji gdy rodzic jest palący. Widziałem kiedyś świetny mem, który głosił: „dziecko nie pójdzie za twoją radą, tylko za twoim przykładem”. W tym krótkim stwierdzeniu jest zawarta kwintesencja wychowywania.

Jak rozmawiać z dzieckiem, by nie wyjść na zgreda, który kompletnie nie rozumie współczesnego świata?

Kluczem jest akceptacja i danie synowi czy córce przestrzeni do wyrażenia siebie. My nie musimy myśleć i zachowywać się tak, jakby oczekiwało tego dziecko, ale ono powinno wiedzieć, że w każdej sytuacji może na nas liczyć. Rodzic ma prawo powiedzieć na co się nie zgadza i nastolatek - wciąż jeszcze od nas zależny - powinien się temu podporządkować, choć młodym ludziom czasami trudno to zaakceptować. Jeśli argumenty zawodzą bywa, że trzeba po prostu powiedzieć „nie i koniec”. I bynajmniej nie jest to porażka wychowawcza.

Dziecko można wychowywać po partnersku albo na tzw. krótkiej smyczy. Ci, którzy decydują się na drugi wariant pewnie wychodzą z założenia, że nakazami i zakazami chronią swoją pociechę przed zagrożeniami. Można przecież zabronić 16-latkowi wyjazdu ze znajomymi i spać spokojnie, nie martwiąc się alkoholem, narkotykami czy przygodnym seksem.

I tu dotykamy sedna sprawy. Ta „krótka smycz” jest niczym innym, jak naszym alibi. Rodzic sięga po takie rozwiązanie wcale nie po to, by chronić dziecko, ale by nie musieć się bać. By spać spokojnie i nie zaprzątać sobie głowy pytaniem z kim teraz jest moje dziecko i co robi. To nie jest dobre, bo gdy nastolatek dorasta i smycz już nie działa, tracimy z nim kontakt i te relacje bywają nie do odbudowania.

Dodaj ogłoszenie