Nic nie widzą, nic nie słyszą...

Krzysztof Zyzik
Krzysztof Zyzik
- Złodzieje pociągowi kilka razy wciskali mi pieniądze z propozycją współpracy. Na kolei mówi się, że niektórzy koledzy "biorą". Ja nigdy się nie ugięłam - mówi Zofia Sikora, kierowniczka pociągu z Opola.

Pani Zofia jest długoletnim pracownikiem PKP. Mocno podkreśla, że zależy jej na pracy, chce być lojalna wobec szefów. Dlatego rozmawia z nami z dużą obawą. Zgodziła się na krótką rozmowę po pracy, żeby nikt nie zarzucił jej, że spotyka się z dziennikarzem w czasie pełnienia obowiązków.
- Na kolei wrze po waszych tekstach, wszyscy to czytają - mówi. - Ja bym może nie rozmawiała z panem, gdyby nie pewien przykry incydent. Bo zawsze bardzo uczciwie pracowałam, a teraz spotykają mnie przykrości ze strony kolegów.
Protest, którego nie było
Do pani Zofii dotarliśmy poprzez naszego kolejowego informatora. Doniósł on nam, że szefostwo drużyn konduktorskich wystawiło listę z protestem przeciwko artykułom w "NTO", opisującym kradzieże w pociągach i bierną postawę części drużyn konduktorskich. Pod tą listą mieli się podpisywać opolscy kierownicy pociągów i konduktorzy. Nie wszyscy jednak podpisali protest. Kilka wpisów miało też charakter odwrotny od zamierzonego przez inicjatorów akcji. Wśród tych "niepoprawnych wpisów" była adnotacja kierownik Zofii Sikory.
- Potwierdzam - mówi pani Sikora. - Napisałam na tej liście, że zgadzam się z artykułami w "NTO", że gazeta odważyła się pisać prawdę. Po tym moim (i nie tylko moim) wpisie, niektórzy koledzy kierownicy zachowali się skandalicznie. Na przykład dopisali na liście przy moim nazwisku "DO ZWOLNIENIA". Były też inne, paskudne i ordynarne dopiski.
Pani Zofia zaniosła listę do szefostwa. I na tym zakończył się protest kolejarzy. W obawie przed kompromitacją list protestacyjny nie ujrzał światła dziennego.
Informator: - Może być jeszcze jeden powód "przygaszenia" protestu. Jednym z szefów związku drużyn konduktorskich jest kierownik B., negatywny bohater waszego reportażu "22.48 do jumy". To ten sam kierownik, którego opisany przez was maszynista Bolesław Teodorowski oskarża o ułatwianie pracy złodziejom...
Prywatny pościg
Seria artykułów o kradzieżach w pociągach wywołała burzę nie tylko na kolei. Zadzwoniło do nas wielu czytelników, których okradziono w pociągu, którzy mieli negatywne doświadczenie z drużynami koduktorskimi.
- Moja przygoda ze złodziejem rozpoczęła się w centrum miasta, a zakończyła, niespodziewanie, w pociągu, w przedziale drużyny konduktorskiej - mówi Jan Praski, właściciel sklepu z antykami z Opola.
Pan Praski relacjonuje: - Do mojego sklepu przy ulicy Młyńskiej przyszedł młody mężczyzna. Chciał kupić jakiś antyk, długo się rozglądał, po czym stwierdził, że nie ma złotówek, że "wyskoczy do kantoru". Po wyjściu klienta zauważyłem brak złotego zegarka, wartego ok. dwa tysiące złotych.
- Natychmiast wybiegłem ze sklepu i rozpocząłem pościg za złodziejem - opowiada Praski. - On pobiegł na dworzec, straciłem go z oczu. Kiedy wbiegłem na peron, stał tam pociąg. Wsiadłem do niego i sprawdziłem każdy wagon. W końcu trafiłem do przedziału drużyny konduktorskiej. Patrzę, a tam siedzi złodziej, w najlepszej komitywie z kolejarzami!
Przestępca na widok właściciela sklepu wyciągnął złoty zegarek z kieszeni i oddał. Praski chciał jednak ukarania złodzieja. Dlatego poprosił kolejarzy o natychmiastowe wezwanie policji.
- Kategorycznie odmówili - mówi Praski. - Powiedzieli, że "nie będą się mieszać", że to jest prywatna sprawa między mną a złodziejem. Że mamy wyjść z pociągu i tam załatwić porachunki.
Pan Jan użył podstępu. Wyszedł z pociągu wraz ze złodziejem i zasugerował mu, że go puszcza. Potem jednak po kryjomu zadzwonił na policję i cały czas śledził złodzieja. Dzięki temu przestępcę pojmano.
- W śledztwie okazało się, że miał on jeszcze sprawę za fałszowanie dokumentów, dzięki mnie trafił do więzienia - mówi właściciel sklepu. - Według mnie znieczulica kolejarzy jest przerażająca. Przecież mieli czas na powiadomienie policji, a oni chronili złodzieja, swojego kolegę. Gdyby nie ja, ilu jeszcze ludzi zostałoby okradzionych?
Policja? Po co...
Większość osób, która skontaktowała się z redakcją, miała problemy nie tylko ze złodziejami, ale - niestety - również z kolejarzami.
- Mnie w tym roku okradziono już dwa razy, na tej samej trasie Opole-Wrocław, w tym samym pociągu - mówi Joachim Wieczorek, mieszkaniec wsi Szczyty w gminie Baborów. Pan Joachim studiuje ogrodnictwo na Akademii Rolniczej w Poznaniu. Regularnie dojeżdża pociągiem "Bem" z Opola.
- Za pierwszym razem ukradli mi portfel z pieniędzmy - mówi. - Nad ranem, pod Wrocławiem, konduktor sprawdzał bilety. Wyciągnąłem portfel z torby, pokazałem bilet. Potem zdrzemnąłem się na kilka minut. Gdy się ocknąłem, portfela już nie było.
Drugi raz pana Joachima okradziono niemal ze wszystkiego, co nie miał na sobie, z przedziału wyparowały: torba, plecak, kurtka.
- Jechałem w przedziale z dziewczyną - mówi. - Nagle oboje usnęliśmy. Gdy się ocknęliśmy, przedział był ogołocony ze wszystkiego. Po tej kradzieży pobiegłem do kierownika pociągu, żeby wezwał policję. On, pamiętam to dokładnie, powiedział mi: "czy to ma sens wzywać policję, przecież tych złodziei dawno już w pociągu nie ma".
Wieczorek posłuchał kierownika. Sprawy kradzieży "nie było".
Uderzyć się w piersi
Zofia Sikora, kierownik pociągu z Opola: - Uczciwi kolejarze już od dawna mówią między sobą, że źle się dzieje na kolei, że wielu kolegów ma niestosowne związki ze złodziejami. O tym, o czym piszecie w "NTO", na kolei mówiło się dotąd "po cichu". A pasażerowie cierpieli. Dlatego miałam odwagę napisać w tym proteście kolejarzy, że zgadzam się z artykułami w waszej gazecie.
Sikora potwierdza większość informacji zawartych w naszych tekstach.
- Mnie złodzieje wciskali prawie na siłę pieniądze, kilka razy po 30 złotych - mówi. - Ale zawsze odmawiałam. Do dziś śmieją się ze mnie, "to ta uparta baba". Ja przypuszczam, że część kolejarzy złamała się. O tym też się "po cichu" mówi. Oczywiście nikt nikogo za rękę nie złapał.
Sikora potwierdza, że w przedziałach polskich pociągów są nawiercone specjalne dziurki do "gazowania" pasażerów (pisaliśmy o tym tydzień temu). Przez te otwory złodzieje wpuszczają do zamkniętych przedziałów gaz, po którym pasażerowie usypiają.
- Takich dziurek jest cała masa, niektóre są wielkości groszowych monet - mówi kierowniczka pociągu. - Czasem są zalepiane, ale złodzieje szybko wiercą nowe.
Pani Zofia twierdzi, że jeśli kierownik chce, to w pociągu nie ma kradzieży. Wystarczy, że drużyna konduktorska pilnuje złodziei, których i tak doskonale zna.
- To nie jest żaden heroizm - mówi Sikora. - Takie są po prostu nasze obowiązki. Tak mnie uczyli na wszystkich szkoleniach, że mam dbać o bezpieczeństwo pasażerów. I ja to robię. Jeśli kierownik nic nie robi, zamyka się w przedziale, a potem odmawia jeszcze wezwania policji, to jest to skandal.
W reportażu "22.48 do jumy" opisaliśmy przykład bierności drużyny konduktorskiej, która nie pomogła okradzionemu maszyniście. Kierownik pociągu, po przeprowadzeniu wewnętrznego śledztwa, dostał upomnienie.
- To śmieszna kara - uśmiecha się nasz informator. - Żadnych skutków finansowych, nawet do akt to nie idzie. To tak, jakby pogrozić komuś palcem.
Deska pasażerska
Z redakcją skontaktował się pracownik kolei, który od ponad 30 lat dojeżdża do pracy pociągiem (prosił o zachowanie anonimowości). Twierdzi, że wobec bierności drużyn konduktorskich, pasażerowie zaczęli bronić się sami.
- Już wiele razy spotkałem podróżnych, którzy wchodzą do pociągu z deskami, specjalnie przyciętymi, aby podeprzeć od środka drzwi przedziału - mówi pan G. - Bo "kwadraty", kolejarskie klucze, już nie są żadnym zabezpieczeniem (każdy złodziej ma kwadrat). Teraz na dłuższe trasy zabiera się do pociągu deski...
Pan G. widział również pasażerów, którzy po wejściu do pociągu otwierali eleganckie teczki i wyciągali z nich... łańcuchy i śruby.
- Ludzie zdają sobie sprawę, że jeśli sami sobie nie pomogą, to nikt im nie pomoże - mówi G. - Dlatego zabezpieczają się jak mogą. Ja nie muszę, bo mnie złodzieje nie tykają. Jeżdżę regularnie pociągiem, znam doskonale ich twarze, oni znają mnie z widzenia. Oni tak nie ryzykują, żeby okradać stałego klienta.
Zofia Sikora: - Znajomi mówią mi: "Po co rozmawiasz z gazetą, tak ci niewiele do emerytury zostało." A ja się nie boję, bo mówię prawdę. Nasi szefowie zawsze podkreślają, że zależy im na bezpieczeństwie podróżnych. Dlatego mam nadzieję, że po tym tekście niektórzy koledzy się opamiętają.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie