Nie chce umierać jako szpieg

fot. Krzysztof Świderski
Zbrodnia, jakiej miał się dopuścić, w rejestrach została już zatarta. - Ale w sobie człowiek wciąż to nosi. Całe życie mnie to gnębi - mówi smutno Tadeusz Gwizdak.
Zbrodnia, jakiej miał się dopuścić, w rejestrach została już zatarta. - Ale w sobie człowiek wciąż to nosi. Całe życie mnie to gnębi - mówi smutno Tadeusz Gwizdak. fot. Krzysztof Świderski
Jego winą było to, że mieszkał naprzeciw koszar, których istnienie potwierdził urzędnikowi niemieckiego obozu dla uciekinierów. Esbecy w ciągu pół roku zrobili z niego zdrajcę ojczyzny. Od 34 lat Tadeusz Gwizdak nie może się z tym pogodzić.

14 lutego 1973 roku Tadeusz Gwizdak, 30-letni ślusarz z Opola, wyjeżdża na wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. Prawdziwym celem jego podróży są jednak Stany Zjednoczone. Tam chce ułożyć sobie na nowo życie i ściągnąć z podopolskiej Chróściny narzeczoną. Cztery dni później w Antwerpii Tadeusz Gwizdak wraz z 13 innymi towarzyszami podróży schodzi z pokładu "Batorego". Przedostaje się do Niemiec i trafia do obozu przejściowego Zindorf pod Norymbergą. Jak wszyscy musi wypełnić ankietę osobową. Imię, nazwisko, skąd pochodzi itd. Odpowiedzi do standardowego druku wpisuje urzędnik - starszy siwy pan, mówiący łamaną polszczyzną. Nie przedstawia się ani z nazwiska, ani z funkcji. Kto by o to pytał, urzędnik i już.

- W wojsku służył? - pada kolejne pytanie. - Tak, w Sochaczewie. Jako kto? - W kompanii wartowniczej - kłamie Tadeusz. W rzeczywistości w latach 1963-65 w jednostce lotniczej w Sochaczewie był szkolony na operatora radiostacji, ale o tym nie chce mówić. - A samoloty tam były? - pyta urzędnik. - Jak to na lotnisku, jakieś były - odpowiada ostrożnie Tadeusz. - A pas startowy był długi? - No, chyba długi. Urzędnik kładzie na stole turystyczną mapę Opola. - Gdzie pan mieszkał? - Tu, pokazuje na ulicę Domańskiego Gwizdak. - A co jest tutaj? - urzędnik wskazuje palcem obiekt naprzeciwko. - Koszary - pada odpowiedź. - A tu? - palec urzędnika ląduje na Ozimskiej. - Fabryka części samochodowych. - Sprawdzali, czy nie kłamię - interpretuje te pytania Tadeusz Gwizdak.

Wszystko trwa jakieś 15 minut. Jeszcze talon na obiad za 17 marek i następny delikwent. Rok później polskie służby śledcze uznają urzędnika za oficera wywiadu zachodnioniemieckiego, któremu Tadeusz Gwizdak świadomie i dla korzyści materialnych udzielił istotnych informacji na temat obronności kraju.

Na wizę amerykańską trzeba czekać pół roku. Jedni leżą przez ten czas do góry brzuchem w obozie przejściowym. Gwizdak nie może usiedzieć na miejscu, woli iść do roboty. - Całe życie uczciwie pracowałem - mówi. Arbeitsamt daje mu pracę kierowcy w Mikser Service Organization, angielskiej cywilnej firmie transportowej, obsługującej bazę wojskową. Za dodatkowe pieniądze Tadeusz od czasu do czasu staje też na bramie jako ochroniarz. Nosi firmowy kombinezon.

Po pół roku Tadeusz Gwizdak wizę wyjazdową do Ameryki ma już w kieszeni. Wystarczy tylko za 340 marek kupić bilet lotniczy i witaj nowe życie! Ale narzeczona Tadeusza, która niedawno urodziła mu syna, zmienia zdanie i już nie chce emigrować. Gwizdak postanawia wracać do kraju. Trochę się boi konsekwencji, bo jego paszport stracił już ważność, ale w konsulacie polskim w Kolonii uspokajają: - Nic panu nie grozi, można wracać. To samo mówi wynajęty przez ojca adwokat. W liście do ukochanej - który oczywiście najpierw przeczytają "służby" - pisze pod koniec lipca: "Nie zdradziłem ojczyzny tym, że odmówiłem chwilowo powrotu. Nic na swój kraj złego nie mogłem powiedzieć, zawsze trzymam fason, jak przystało na Polaka i nie będą mieli do mnie zarzutu". Dwa dni przed Bożym Narodzeniem 1973 roku pierwszy raz widzi swego maleńkiego synka.

Kryptonim "Kawaler"
Nie ma pojęcia, że od wielu miesięcy jest rozpracowywany przez Służbę Bezpieczeństwa, że nadano mu kryptonim "Kawaler" i że władze już znalazły na niego i zarzuty, i paragrafy. 26 listopada 1973 roku, na cztery tygodnie przed powrotem Tadeusza do kraju, oficer śledczy ustala plan przedsięwzięć operacyjnych w jego sprawie. "W postępowaniu zmierzać będziemy nie tylko do udokumentowania faktów wyczerpujących znamiona czynu z art. 192 ustawy z 1967, lecz również faktów świadczących o tym, że dopuścił się czynu z artykułu 124 par. 1". Ten pierwszy mówi o służbie w obcym wojsku bez zgody władz i zagrożony jest karą więzienia do lat 10. Drugi - o współpracy z obcym wywiadem, za co grozi więzienie od lat pięciu lub kara śmierci.

Śledczy uznaje Tadeusza Gwizdaka, ślusarza-spawacza i kierowcę, po podstawówce i trzech klasach szkoły zawodowej, za "osobę o szczególnych predyspozycjach dla służb specjalnych przeciwnika" "Biorąc pod uwagę całość materiałów - pisze w notatce - należy stwierdzić, że Gwizdak jako Polak został skierowany do obozu przejściowego z Zirndorfie, gdzie jak wiadomo dokonuje się gruntownej selekcji osób tam przybyłych pod kątem uzyskania od nich wiadomości z zakresu obronności PRL oraz ewentualnego wykorzystania tych osób do działalności przeciwko Polsce.

Gwizdak jako osoba zamieszkała w bezpośrednim sąsiedztwie trzech jednostek wojskowych w Opolu oraz posiadająca wiadomości z zakresu swej służby wojskowej w specjalności operatora radiostacji i ubezpieczania lotów, znalazł się niewątpliwie w zainteresowaniu ośrodka wywiadowczego w Norymberdze oraz Monachium, dokąd wywożone są wszystkie osoby, które odbywały służbę wojskową w Polsce. Należy przyjąć, że w przesłuchaniach w Norymberdze zwierzył się ze swych wiadomości na temat służby w wojsku polskim oraz zamieszkiwania w sąsiedztwie jednostek wojskowych, co ułatwiło mu otrzymanie pracy w bazie MSO w Fallingbostel".

Jest też pewny i zamierza to udowodnić, że Gwizdak został zwerbowany i wraca do kraju nie tylko dla dziecka, ale też by wykonać jakieś zadania na rzecz obcego wywiadu.

Do komend milicji w całym kraju idą pisma z pytaniem o osoby, które powróciły do Polski i mogły w Niemczech znać Gwizdaka. Czynione są przygotowania do założenia podsłuchów w domu rodziców i u narzeczonej Tadeusza oraz pozyskania tajnego współpracownika w jego miejscu pracy i zamieszkania.

"Zgnoić sukinsyna"
Niczego nieświadomy Tadeusz Gwizdak tymczasem daje na zapowiedzi i zaprasza na wesele 150 osób. Tuż przed planowaną uroczystością zostaje zatrzymany. "Zgnoję cię, sukinsynu, za to, że ci się Zachodu zachciało" - zapowiada mu główny śledczy. Po skazaniu Tadeusza awansuje na stopień majora.

Wynajęty przez ojca adwokat w ogóle z Tadeuszem nie rozmawia. Odwiedza go w areszcie tylko raz. - Przyszedł zobaczyć, jak wyglądam. Na rozprawie nawet się nie odezwał - mówi Gwizdak.
W areszcie siedzi pół roku. Po trzydziestu latach, gdy IPN nada mu status pokrzywdzonego i udostępni jego teczkę, uświadomi sobie, że jego towarzyszami niedoli w celi byli wyłącznie kapusie. "Krysiak", "Ara", "Malinowski". Ciągnęli go za język i donosili. Ale niewiele mieli do zdradzenia, bo Gwizdak do niczego się nie przyznawał. "Gwizdak stale podkreśla, że to, co robi SB, jest daremnym czasem, traconym na wykrycie niepopełnionego przestępstwa, bo on nie stał się sprzedawczykiem Polski Ludowej" - donosił TW "Malinowski".

Tymczasem śledczy maglują Gwizdaka w dzień i w nocy, po trzech, czterech naraz, przez wiele godzin. Wciąż pytają np., jak to było z zejściem z "Batorego". Za pierwszym razem Tadeusz przed podpisaniem czyta swoje zeznanie. Potem, gdy po raz drugi, trzeci, czwarty wałkują ten sam temat - podpisuje podsuwane papiery nie patrząc. Zrozumie, po co to było, dopiero, gdy zobaczy akt oskarżenia, a w nim zarzuty, od których zakręci mu się w głowie: że poinformował obcy wywiad o położeniu lotniska wojskowego w Sochaczewie, liczbie i typach samolotów oraz długości pasa startowego; że potwierdził istnienie lotniska Armii Czerwonej w Brzegu; że podał liczbę mostów i cementowni w Opolu; że ujawnił, jakie wyposażenie ma jednostka wojskowa w Opolu. A wszystkie zeznania w tej sprawie rzekomo przez niego potwierdzone. - Nic takiego nie mówiłem.

Do niczego się nie przyznałem. Pisali co chcieli, a ja podpisywałem, nie wiedząc, co podpisuję - mówi.

Sąd nie chciał słuchać jego racji. 17 lipca 1974 roku Tadeusz Gwizdak został skazany na 5,5 roku więzienia za współpracę z obcym wywiadem i służbę w obcym wojsku, za jakie uznano jego pracę w MSO. W rewizji Sąd Najwyższy uchylił drugi zarzut. Uznał jednak Tadeusza za szpiega, tyle że skruszonego, który już zaniechał wrogiej działalności. Za to zmniejszył mu wymiar kary do 3 lat i 4 miesięcy.
W jednym z najcięższych więzień - Zakładzie Karnym nr 1 w Strzelcach Opolskich - Tadeusz Gwizdak przesiedział 2,5 roku. Wyszedł warunkowo za dobre sprawowanie. Wychowawcy wciąż mu powtarzali: "Frajer byłeś, że wróciłeś".

Jestem niewinny
Zbrodnia, jakiej miał się dopuścić, w rejestrach została już zatarta. - Ale w sobie człowiek wciąż to nosi. Całe życie mnie to gnębi - mówi smutno Tadeusz Gwizdak. Doznanej krzywdy nie potrafi zapomnieć. Budzi się i zasypia w poczuciu niesprawiedliwości. Tym boleśniejszym, że nie chce jej naprawić demokratyczna Polska. Nie chodzi mu o nic innego, jak tylko o uznanie, że nie zdradził ojczyzny. - Swego gniazda się nie kala - zaklina się żarliwie.

Dwukrotnie - w 1991 i 1992 roku - zwracał się o rewizję nadzwyczajną do Ministerstwa Sprawiedliwości. Za każdym razem otrzymywał odpowiedź, że ustalenia sądu z 1974 roku były prawidłowe, a kara niezbyt surowa. Również Rzecznik Praw Obywatelskich, do którego zwrócił się z wnioskiem o kasację wyroku, w 2006 uznał, że "nie znajduje podstaw, by kwestionować prawomocne orzeczenie sądu w przedmiotowej sprawie". Obie instytucje zbadały akta jego sprawy i materiały dowodowe. - Ale to są materiały sfabrykowane przez esbeków. Ja jestem niewinny, dlaczego nikt nie chce mnie posłuchać? To najbardziej boli - mówi.

"Sam fakt, iż nie godzi się pan z rozstrzygnięciami sądu i ma odmienną ocenę prawomocnego orzeczenia, nie może stanowić podstawy do wzruszenia wyroku, bowiem kasacja musi zawierać konkretne zarzuty rażącego naruszenia prawa, a nadto wykazać, iż owo naruszenie miało istotny wpływ na treść zapadłego orzeczenia. W ocenie Rzecznika Praw Obywatelskich nie ujawniono tego typu przesłanek, a zatem nie ma podstaw do sporządzenia kasacji na pana korzyść" - pisze do niego RPO.

Tadeusz Gwizdak nie wie już, do kogo ma się zwrócić o pomoc. W desperacji poszedł nawet do niemieckiego wicekonsulatu w Opolu. Zapytał, czy dałoby się odnaleźć ten nieszczęsny formularz, który wypełniał urzędnik obozu w Zirndorf. Niemcy mają porządek w papierach. Oczywiście, że dałoby się odnaleźć - usłyszał -ale o to musi wystąpić oficjalnie przedstawiciel polskiego wymiaru sprawiedliwości, np. sądu albo prokuratury.

Prawnicy są jednak bardzo sceptyczni. - Był przepis, człowiek spełnił znamiona przestępstwa, zapadł wyrok i jeśli wszystko odbyło się lege artis i w papierach dowodowych jest porządek, to nic już nie można zrobić - uważa karnista Marek Zbrojewski. - Nawet jeśli informacje, jakie faktycznie czy rzekomo przekazał obcemu wywiadowi, dziś wydają nam się nieistotne.

Podobnego zdania jest RPO: "Ocena przydatności i wartości przekazywanych funkcjonariuszom obcego wywiadu nie może być dokonywana oraz utożsamiana tylko i wyłącznie przez pryzmat informacji stanowiących tajemnicę państwową bądź służbową".

Paweł Osik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka sugeruje, by jeszcze raz pisać do ministra sprawiedliwości o wniesienie kasacji wyroku. - Można też złożyć w IPN zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia zbrodni komunistycznej przez funkcjonariuszy prowadzących tamto postępowanie. Gdyby się okazało, że dowody w sprawie zostały uzyskane w wyniku popełnienia przestępstwa, to można by składać wniosek o wznowienie postępowania. Bo kiedy na jaw wychodzą nowe okoliczności, nie znane wcześniej sądowi, jest to podstawą do wznowienia procesu - podpowiada.

- Jeśli tego człowieka nie bito, nie przypalano, by wymusić zeznania, to nic się nie da zrobić - mówią nieoficjalnie we wrocławskim IPN. - Gdyby był cień szansy, to sprawę na pewno ruszyłby Rzecznik Praw Obywatelskich.

- Każdy może do nas napisać, a my zbadamy sprawę - mówi prokurator Tomasz Rojek, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu we Wrocławiu.

- Napiszę na pewno - mówi Tadeusz Gwizdak. - Nie chcę umierać jako szpieg.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
andrzej2207
Mam wrażenie "szycia grubymi nićmi". Ta cała historia ma oczywiście pewien sens, a był nim narodzony synek... Decyzja o powrocie do kraju w takim przypadku, kiedy ma się w kieszeni wizę do USA, której nie każdemu było dane otrzymać jest głupia nawet w podobnym przypadku. Kobieta - narzeczona nigdy zapewne nie miała planu wyjazdu z kraju i zrezygnowała nawet z bycia blisko z ojcem dziecka... coś między nimi nie grało i na chłopski rozum narzeczona już się z tym pogodziła. Myślę, że tak naprawdę fakt narodzin synka był świetnym momentem dla współpracy z wywiadem. Logiczne jednak w tym momencie byłoby pozostanie za granicą i wyjazd (upragniony) do USA. W takim przypadku pozostaje mi tylko pytanie czy od tamtej pory pozostają państwo razem i czy wychowujcie/waliście wspólnie syna?
Dodaj ogłoszenie