Nie samą pracą się żyje

Ewa Kosowska-Korniak
- Można obudzić się w obcej dzielnicy, pięć, dziesięć kilometrów od swojego domu. Ale nie tysiąc kilometrów dalej, w obcym kraju! - Zbigniew Górniak wspomina jedną z barwnych anegdot ze swoim udziałem.

PECHOWY START
Pierwszy numer "Trybuny Opolskiej", 2 stycznia 1952. Na pierwszej stronie orędzie noworoczne prezydenta RP Bolesława Bieruta. "Jesteśmy tym pokoleniem, którego udziałem i najbardziej odpowiedzialnym zadaniem historycznym jest (...) utrwale nie na wieki pokoju i współpracy braterskiej między narodami".
Ktoś nie dopatrzył, wyraz utrwalenie rozbito na dwa słowa. Drobny błąd korektorski, powiedzielibyśmy dzisiaj. Wtedy był to prawdziwy skandal. Ktoś ośmielił się nadać wypowiedzi prezydenta dwuznaczności.
Nazajutrz redakcja biła się w piersi, zamieszczając obszerne sprostowanie, zakończone zapewnieniami, że taka sytuacja się nie powtórzy.
"Na wspólnym zebraniu pracowników redakcji i drukarni szczegółowo omówiono i samokrytycznie przedyskutowano sprawę ulepszenia współpracy i wzmożenia rewolucyjnej czujności celem uniknięcia w przyszłości podobnych błędów".

Wydelegowany przez redakcję jechałem do Wilna z bardzo mocną i bardzo rozrywkową ekipą Radia O?le, na której czele stał Radek Kobiałko, postać barwna i znana w tym mieście - opowiada Górniak. - Wieźliśmy dary dla biednych Polaków na Litwie. Poznaliśmy tam niesamowitego człowieka, działacza kulturalnego, który nazywa się Aleksander Żyndul, jest Polakiem z krwi i kości, manifestującym polskość na każdym kroku i na dodatek, jak każdy Polak na Wschodzie, człowiekiem bardzo towarzyskim. Rozdawaliśmy dary, odwiedzaliśmy polskie szkoły a potem biesiadowaliśmy we wschodnim stylu. Olek zaprosił naszą ósemkę na wspaniałe szaszłyki, a ponieważ wzbranialiśmy się przed napitkami, powiedział: "to choćby po symbolicznej". Na symboliczną się zgodziliśmy, mając na myśli pięćdziesiątkę. Na stole wylądowało osiem flaszek. Grubo po północy spostrzegliśmy się, że powinniśmy jednak wracać do Polski, kierowca na szczęście był trzeźwy. No i Olek powiedział, że jedzie z nami. My mówimy: masz paszport, to jedź. Wsadziliśmy go do forda transita, on momentalnie zasnął, my też. Nie wiedzieliśmy, kiedy przejechaliśmy przez granicę, jechaliśmy pasem dyplomatycznym. Nie mogliśmy Olka dobudzić, przyjechaliśmy pod mój dom w Opolu, położyliśmy go do łóżka. W końcu Olek się budzi i mówi: aaalem pohulał. A za chwilę: gdzie ja jestem, ja jeszcze tu nie był. Podchodzi do okna, odsłania żaluzje, patrzy na parking, a tam samochody na polskich rejestracjach. Zorientował się, że jest tysiąc kilometrów od domu, strasznie się zdziwił. Przyprowadziłem go do redakcji, szef działu kulturalnego Józef Szczupał zrobił z nim wywiad, a potem - na jego życzenie - odwiozłem go na dworzec PKP. Mówię - poczekaj, pójdę do banku, wypłacę pieniądze i dam ci na bilet. A on: nie, nie, od przyjaciół nie biorę. Odgiął pasek, a tam pod celofanikiem miał zaszyte dwie studolarówki. Sprzedał je w kantorze, wsiadł w pociąg i wrócił do Wilna.

Wschodnią gościnność poznał dobrze również reporter "NTO" Krzysztof Zyzik. Poznał i o mało jej nie odchorował.
- To był konwój dobroczynny do biednych dzieci z Białorusi. Nasza ekskursja została od początku uznana przez władze Białorusi za polityczną, z czym wiązały się określone problemy. Na granicy przetrzymali nas dwa dni, czepiając się a to dżemu, a to miodu (bo królowa roju miała nie takie badania). Stresu nie wytrzymała szefowa konwoju, zaraz po wjeździe na piękną ziemię białoruską upiła się, położyła na trawie i stwierdziła, że dalej nie pojedzie, bo życie nie ma sensu itp. Po reanimacji szefowej i kilku godzinach jazdy zepsuł się bus wiozący dziennikarzy - kolejna doba w plecy, kolejna impreza i kolejne ratowanie szefowej. Już w Mińsku przydzielono nam ochronę z KGB. Bezpieczniacy - upiwszy się - zaczęli napastować dziennikarkę "Życia", skończyło się na bójce w obronie jej czci. Nazajutrz narzucony przez władze Białorusi punkt programu - spotkanie z kierownictwem redakcji "Sowiecka Białoruś". Szef "SB" postawił kilka flaszek na stół i scenariusz jak wyżej. Nazajutrz potajemne spotkanie w hotelu "Sputnik" z chłopakami z opozycyjnej gazety "Swoboda". I oni na powitanie zamówili kilka flaszek i... wiadomo co dalej. Z przerażeniem odkryliśmy, że w tamtejszych sklepach spożywczych wódkę sprzedaje się jak jogurty - zrywasz sreberko i chlup setkę z plastikowego kubeczka. W ostatnim dniu pobytu mieliśmy kameralne spotkanie z prezydentem Łukaszenką. Był on jedynym naszym białoruskim rozmówcą, który nie próbował nas upić. Impreza dobroczynna trwała ponad tydzień, w jej efekcie do szpitala trafił dziennikarz Polsatu. Powód - domyślcie się państwo sami.

Przed 1989 rokiem, Trybuna Opolska, (jeszcze nie nowa) miała w winiecie hasło "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się", a dziennikarze nad sobą cenzorów, co sprawiało, że cała gazeta była bardzo poważna, bo też taka musiała być. Mniej poważni byli pracujący w niej ludzie.
- Od żartów nie stronił zwłaszcza Stanisław Chodyniecki. Umiał i lubił podpuszczać kolegów - opowiada Juliusz Stecki.
Pewnej zimy Chodyniecki przyszedł do pracy w nowym futrze, które wzbudziło niekłamany podziw ówczesnego redaktora technicznego Jana Gwoździewicza.
- Skąd masz takie futro? - zapytał pan Janek, czym zainspirował Chodynieckiego do żartu.
- Jest ciężka zima, wracamy do domu z dyżuru późno w nocy, w największe mrozy, więc zgodnie z przepisami bhp firma musi nam zapewnić ciepłą odzież. Piszesz do naczelnego podanie o futro, wcześniej zaopiniowane przez głównego księgowego, a potem do kuśnierza i szyjesz na koszt firmy...
Dwa dni później podanie o futro wylądowało na biurku skonsternowanego redaktora naczelnego Włodzimierza Kosińskiego.

Tadeusz Kwaśniewski, człowiek instytucja, potrafi dokonać wielu niewykonalnych rzeczy. Nawet przekupić niemieckiego oficera dwiema markami.
- Koło Berlina zabłądziłem na autostradzie, a jak się zatrzymałem, żeby sprawdzić na mapie, gdzie jestem, zgarnęli mnie policjanci - opowiada Kwaśniewski. - Zabrali do budki, tam siedział w niewzruszonej pozycji oficer i powtarzał mi w kółko "Zehn mark". A ja odpowiadałem: "Nie zehn mark, tylko zwei mark". On swoje, ja swoje. W końcu chciałem do niego przemówić po ludzku, zacząłem: "Genosse Sturmbanführer". A on wtedy strasznie się zdenerwował, zaczął krzyczeć: raus, raus. Położyłem mu te dwie marki i odjechałem. Dopiero później zorientowałem się, że Sturmbanführer to stopień SS. Widocznie facet służył w czasie wojny w SS i myślał, że go rozpoznałem.

Romana Konieczna (znana Czytelnikom jako publicystka kulturalna, recenzentka teatralna) zaczynałą pracę w dziale rolnym.
- Romka pojechała na wieś w porze wykopków, rolnicy akurat kopcowali ziemniaki - opowiada Juliusz Stecki. - Zobaczyła te kopce i westchnęła do kierowcy: "Umęczona ta ziemia śląska. Tyle w niej kurhanów".

Świetlica redakcyjna. Bufetowa Rita, Ślązaczka z krwi i kości, na widok karaluchów krzyczy: "te pieruńskie francuzy!". - Jakie francuzy? - pyta Czesław Smoliński. - To są szwaby, prusaki. Jeden wpadł mi do kawy i wołał: "hilfe, hilfe" - dodał, czym rozpalił oburzoną bufetową do czerwoności.

Rok 1989, tuż po wyborach, czas przełomu. Wiele tematów przestało być tabu, np. problem żebractwa, wcześniej niezauważany. Młodzi, kreatywni dziennikarze rozpoczęli cykl tekstów wcieleniowych, badając reakcje ludzi na różne nietypowe sytuacje. Bogusław Mrukot i Zbigniew Górniak postanowili sprawdzić, jak ludzie reagują na kalekę.
- Wózek pożyczyliśmy ze szpitala, w garażu Górniaka przebrałem się w stare ciuchy, potem Zbyszek zawiózł mnie pod "Opolanin". Siedziałem pod centrum handlowym w starym berecie na głowie, obok położyłem kapelusz. Ludzie rzucali różne pieniądze, przeważnie banknoty, nawet dwie marki ktoś rzucił. Ludzie przystawali, pytali się: biedaczku, co tobie jest, taki młody, a już kaleka. Przechodzili milicjanci, odwrócili głowy, udawali, że nie zauważyli. Nasz fotoreporter Romek Kwaśniewski miał mi zrobić zdjęcie. Stanął z boku, zaczął pstrykać. Nagle w długiej kolejce ludzi, która czekała przed sklepem monopolowym na godzinę trzynastą, podniósł się wielki szum oburzenia. Padły słowa na k..., na ch... "Ty jeden, co ty kalece będziesz zdjęcia robił". Kilku krewkich z czerwonymi nosami ruszyło w kierunku fotoreportera, który musiał uciekać. Siedziałem trzy godziny, zarobiłem więcej, niż wynosiła moja półmiesięczna pensja. Wszystko wpłaciliśmy na PKPS.
Mrukot udawał też więźnia, konwojowanego przez policjanta (przebrany dziennikarz) do zakładu karnego (kajdanki pożyczył mu komendant wojewódzki policji). W pociągu zaczął palić w wagonie dla niepalących, ale konduktor okazał serce i powiedział: "ostatniego na wolności możesz". Jakaś pani oddała mu swoje drugie śniadanie, "bo w więzieniu nic dobrego do jedzenia nie dostaniesz".
Kilka lat później Krzysztof Zyzik sprzedawał na opolskim Rynku narkotyki.
- To był czas, kiedy opolski Rynek był narkotykowym supermarketem, pod ratuszem pożywił się każdy ćpun: - wspomina Krzysiek. - Ponieważ straż miejska i policja zdawały się akceptować ten uliczny handelek, zorganizowaliśmy prowokację - oficjalny stragan z narkotykami: szeroki asortyment, oficjalny cennik... Pożyczyłem od fotoreportera Kwaśniewskiego tubki po filmach, tzw. kodaki, do których wsypałem jakieś zielsko, bodaj zieloną herbatę. Do woreczków nasypaliśmy mąki ziemniaczanej, wtedy jeszcze nie kojarzyła się z wąglikiem!, strzykawki naciągnęliśmy jakimś sokiem. Kwiecista koszula wywalona na spodnie i marsz na ławkę pod ratusz (Kwaśniewski z teleobiektywem zaczaił się w sklepie "Coda"). Już po kilku chwilach na moim straganie wrzało. Emeryci pomstowali: o proszę, do czego doprowadziła "Solidarność". Brać licealną i studencką dziwiły natomiast zawyżone ceny: - Za tyle to nikt panu nie kupi - ostrzegali. Kilka razy podchodzili też prawdziwi dealerzy z radą, żebym - delikatnie mówiąc - spieprzał z ich terenu. W końcu jeden z dealerów zadzwonił... po straż miejską. Panowie przyszli i delikatnie poprosili o zwinięcie interesu. Po kilku dniach okazało się, że prawdziwi dealerzy wrzucili do pobliskiego kosza na śmieci prawdziwe narkotyki i oskarżyli redakcję, że chciała handlować na serio. Na szczęście wszystko, co powiedzieli, policja użyła przeciwko nim.

Bywamy myleni nie tylko przez Czytelników, ale nawet przez pracowników. Jeden z portierów doszedł do przekonania, że Małgorzata Kroczyńska (szefowa działu terenowego) i Małgorzata Krysińska (reporterka z Olesna) to jedna i ta sama osoba, tyle że w dwóch wcieleniach.
- Nie ma pani Krysińskiej, ale mogę panią połączyć z panią Kroczyńską - mówił Czytelnikom i łączył rozmowy.

Bywamy hojni. Monika Kluf z Kluczborka, znana ze swej dobroduszności, wybrała się na bal charytatywny, z którego dochód miał być przeznaczony dla chorych dzieci. Zapłaciła 250 złotych za wstęp, ale uznała, że jej wkład dobroczynny jest jeszcze zbyt mały i postanowiła (wykorzystując fakt, że jej mąż wyszedł akurat na papierosa) podbijać ceny licytowanych przedmiotów. Gdy małżonek wrócił na salę, Monika była już właścicielką obskurnej grafiki za 700 złotych.

- Pani z "NTO"? Z tego brukowca - wita Anitę Koszałkowską rozmówca. Dlaczego z brukowca? - pyta zaskoczona dziennikarka. No, bo wy o takich PRZYZIEMNYCH sprawach piszecie, prosto z regionu... - kontynuuje swój, jak się okazuje komplement, strażak z Olesna.
Nie jesteśmy brukowcem, nie interesuje nas tania sensacja, nie zajmujemy się plotkami, chyba że... dotyczą one nas samych. Jubileusz gazety jest dobrą okazją do pośmiania się z samych siebie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie