Nie upilnowali chłopa

Jolanta Jasińska-Mrukot
- To niemożliwe, żeby nasz Józek zrobił coś tak haniebnego - upierają się Nieradowice. Co prawda, słychać tu i tam o różnych zboczeniach, ale tak od razu ułomnego na umyśle o coś takiego posądzać i w areszcie zamykać?

Rozmowa z Romanem Wawrzynkiem, prokuratorem Prokuratury Okręgowej w Opolu
Nie da się tego przewidzieć
- Jaki jest wynik badań psychiatrycznych Józka?
- Wstępne badania wykazały, że jest to zaburzenie czynności psychicznej związane z niedorozwojem. Lekarze nie potrafią jeszcze ocenić, czy on był świadom popełnianego czynu. Wyniki bardziej szczegółowych badań z oddziału psychiatrycznego, gdzie został skierowany, będą znane najwcześniej za 6 tygodni.
- Za czyn, który popełnił, jaka grozi mu kara?
- Paragraf mówi: kto przemocą zmusza do obcowania płciowego, grozi mu kara do lat pięciu. Gdyby lekarze orzekli, że w chwili przestępstwa nie był zdolny do rozeznania popełnianego czynu, wtedy mówi się, że nie ma przewinienia. A w orzeczeniu lekarskim będzie, że jest niebezpieczny dla otoczenia i wtedy zostanie umieszczony w ośrodku pod stałym nadzorem.
- Dlaczego Józek nie miał opiekuna prawnego?
- Bo nikt nie wystąpił z wnioskiem o ustanowienie opiekuna prawnego. W sytuacji, gdyby stan jego zdrowia na tyle się pogorszył, że zostałby umieszczony w domu pomocy społecznej, wtedy to prokuratura występuje o ubezwłasnowolnienie na wniosek DPS.
- Czy w przypadku Józka musiało dojść do tego wszystkiego...
- Nie można ubezwłasnowolnić kogoś i zadać mu śmierć cywilną, czyli pozbawić wolności decydowania o sobie, tylko dlatego, że być może w przyszłości ten ktoś zrobi coś złego. Nie można skazać kogoś na zapas.
- Czy nie ma innych możliwości prawnych?
- Nie ma. Nie da się przewidzieć, kiedy chory umysł się odblokuje i popełni taki czyn.

Józek został zatrzymany pod zarzutem usiłowania gwałtu na 13-letnim chłopcu, który schronił się u niego po ucieczce z domu. Przed ludzkim okiem niewiele da się ukryć, więc wieś wie, na co kogo stać - dlatego stanęli murem w obronie Józka. Obawiają się, że on zza kratek nie wróci taki sam.
Starzy mieszkańcy Nieradowic tłumaczą, że opatrzność Boża, w niezrozumiałej dla ludzi logice, tak jakoś dzieli, że prawie każdej wsi daje kogoś ułomnego na umyśle. Problem zaczyna się, kiedy jego najbliżsi przenoszą się na tamten świat, wtedy przychodzi takiemu klepać żywot głupka - na łasce innych współmieszkańców.
O 55-letnim Józku z Nieradowic można by powiedzieć, że do chwili aresztowania los był dla niego łaskawy. Bo nie dość, że dzięki instytucjom opieki społecznej nie był zdany wyłącznie na łaskę sąsiadów, to jeszcze co miesiąc listonosz pukał do jego drzwi z rentą. Jednak o tym, czy Józek dostrzega pełnię swojego szczęścia, żaden z mieszkańców wsi tak naprawdę niewiele może powiedzieć, bo on na świat patrzy po swojemu. Jedynie nieżyjąca od wielu lat matka - która przed śmiercią prosiła znajomych, aby zająć się jej synem - wiedziała, kiedy to Józkowi działa się krzywda.

Józek chadzał swoimi ścieżkami - jedna z nich prowadziła do sklepu. To, że rachunki miał uregulowane i nie odcięli mu prądu, to zasługa Tomka Pająka, właściciela sklepu w Nieradowicach. Józek - szczególnie zimą - był pierwszym, który zaraz po otwarciu pojawiał się w sklepie. Siadał w tym samym miejscu, tuż przy kaloryferze i bez słowa mógł tak tkwić przez pół dnia. Z odrętwienia wyrywało go pytanie Tomka: "jadłeś coś dzisiaj?". Wtedy dostawał suchą bułkę i jogurt.
- Gdyby Józkowi pozwolić, to wydałby całą rentę w ciągu jednego dnia, trzeba mu wszystko rozpisać i dawać tyle, na ile może sobie pozwolić - opowiada Tomasz Pająk. - Jak dziecku, wszystko trzeba mu pokazać, a kiedy mówiłem do niego, że piwo może być tylko jedno na dzień albo żeby mniej palił, to uderzał w szloch, że aż za serce człowieka brało.

Była taka zima, kiedy sołtys obawiał się, że Józek zamarznie we własnym mieszkaniu. Więc jeździł do opieki społecznej tak długo, aż wydeptał mu pół tony węgla. Kiedy Józek wyczerpał ten zapas, stukał do sołtysa, irytował się, że ten nie chce dać więcej.
- Ja mówię: Józek, zawiozę cię do opieki, tobie samemu może szybciej coś przyznają, ale on nawet nie chciał o tym słyszeć - mówi Mirosław Mudrak, sołtys Nieradowic.
Kiedy psuło się Józkowi radio albo telewizor, mówił, że idzie po nowy aparat. Jakoś umykało Józkowej logice, że nie ma pieniędzy, a za ladą innego sklepu nie siedzi Tomek, który wpisuje na kreskę.
W jego mieszkaniu panuje nieporządek, a smród uderza taki, że wystarczy do drzwi podejść, żeby odrzuciło.
- On nikogo do siebie nie wpuści, czasem tylko, jak mu w garnku zupę niosę, to od razu wezmę coś do prania - opowiada jego sąsiadka.

Sołtys Mudrak uciekał się do podstępu: - Józek, jutro przyjadą do ciebie z gminy, sprawdzić, jak ty masz w tym swoim mieszkaniu.
Albo straszył Józka, że jak nie będzie sprzątał, to zabiorą go do Brata Alberta.
Wtedy Józek zmiatał podłogę, ale chyba już kolejny rok zapominał, że trzeba ją umyć wodą.
- Ubranie nosił tak długo, aż z niego spadło albo zamieniał na coś, co od ludzi dostał - dodaje inna sasiadka. - Akurat z tym nie ma problemu, wystarczy, że ktoś we wsi umiera, to rodzina oddaje po nieboszczyku.

- Czy macie dla mnie jaką robotę - pytał ludzi. Brali go do skopania ogrodu, do prostszych robót - najczęściej za talerz czegoś ciepłego do jedzenia, za czym najwyraźniej tęsknił. Chociaż w ostatnich latach coraz częściej zaczął prosić o piwo.
Jeszcze osiem lat temu Józek był pracownikiem PGR.
- Wtedy do roboty brali każdego, więc czemu mieli nie wziąć i jego po szkole specjalnej? - mówi mieszkaniec pegeerowskiego osiedla, który pracował z Józkiem 35 lat. - Czasem pracował, a czasem się snuł bez zajęcia po placu, trzeba było mu dawać jakieś proste roboty, on był w stanie zrobić tylko to, co dokładnie się mu pokazało.
Tam też Józek dochrapał się własnego kąta - "na osiedlu", jak szumnie ludzie nazwali skupisko bloków.
- Kiedy likwidowali pegeery i ludzie szli w odstawkę, Józka szefostwo siłą na badania psychiatryczne zawiozło, żeby nie został na lodzie - wspomina sołtys Mudrak. - Doskonale wiedzieli, że on zdrowy nie jest...
Józkowi przyznano półroczną rentę.
- Od razu widać, że z nim jest nie tak jak trzeba i wcale nie wygląda na to, żeby się miało kiedykolwiek polepszyć - mówią ludzie we wsi. - Pilnowaliśmy, kiedy kończy się okres ważności renty, bo on sam w życiu by tego nie dopatrzył i ktoś z nas zawsze z Józkiem na komisję jechał.

Po pioruna te instytucje, co mają ludziom pomagać, niby nowe czasy, ale tak jak za średniowiecza? - irytują się sąsiadki Józka.
U Józka, co prawda, pojawiali się pracownicy socjalni z Otmuchowa. Stukali do drzwi - tylko że on nigdy nie otwierał.
- Paniusie z opieki pukały, jak nie otworzył, to się zabierały i szły, a przecież Józka można zawsze było pod sklepem spotkać - kobiety dziwią się niewiedzy pracownic opieki.
- Ja nawet nie dalej jak wczoraj do opieki w Otmuchowie dzwoniła, to mi powiedzieli, że on ma swoją rentę i nie powinien być ich podopiecznym - oburza się jedna z mieszkanek Nieradowic. - Tyle że przyobiecali dopilnować wrześniowego terminu, jak Józek znowu na komisję lekarską będzie musiał stawać...

W końcu jednak ktoś na poważnie zainteresował się Józkiem - przyjechali policjanci z Otmuchowa i zabrali go spod sklepu, kiedy pił piwo.
- Przecież w naszej wsi mieszka dwóch policjantów, to co, nie wiedzą, że on całkiem nie taki jak trzeba? - komentują klienci sklepu "U Tomka". - Zgarbiony, wygląda jak dziad spod kościoła, a oni jak z cwanym przestępcą się obeszli!
- Ja tam nie wierzę, żeby Józek to zrobił - twierdzi Bernadeta Froncz. - Ludzie, ja znam go od lat, swoich dzieci bym się nie bała przy nim zostawić, nawet teraz. A jakim cudem trafił do niego na nocleg ten smarkacz z Otmuchowa, któremu to rzekomo Józek coś zrobił?
Ktoś w sklepie dorzuca: - Józek na wszystko przytakuje, jak się jemu powie "zrobiłeś", on dla świętego spokoju do wszystkiego się przyzna. A jeszcze jak zobaczył policjanta, to pewnie powiedział tak, jak im pasowało...
- Więksi bandyci chodzą po wolności, a im na takim Józku zależało - peroruje jedna z kobiet.
Przed popegeerowskim budynkiem w słoneczną sobotę siedzą dwie kobiety, zastanawiają się: - Jak taki 13-latek z miasta do Józka mógł trafić i czemu jego bracia dopiero po dwóch tygodniach przyjechali rozmówić się z Józkiem, zanim zgłosili "to" na policję. Czy im aby nie chodziło o to, żeby od niego coś wydębić?
- Ludzie mówią, że jego tutaj przyprowadzili chłopaki z wioski, którzy z nim chodzą do szkoły w Otmuchowie, ale ja i tak na Józka złego słowa nie dam powiedzieć, moje łebki nie raz przy nim były i żadne nic nie mówiło - dodaje Maria Brandys. - Córka przecież nieraz do mycia okien u niego chodziła, to niby czemu miałby się z niego teraz zrobić jakiś pedofil? Ku chłopom też się nie miał, ludzie takie rzeczy by wiedzieli...
Przechodzący mężczyzna przerywa kobietom: - Nie gadajcie, bo jaka tam prawda jest, to tylko sam Józek może wiedzieć.
- A może i co tam było, bo on tylko te pornusy ostatnio oglądał... - zaczyna powątpiewać jedna z kobiet.

Wiadomo na pewno, że 13-latek, uciekinier z domu - o czym rodzina powiadomiła policję - trafił do Nieradowic.
- Przyszedł do mojego syna na komputer, zaraz po szkole, przesiedzieli prawie pół dnia - opowiada mieszkaniec Nieradowic. - A co było dalej, to ja nie wiem, a syna też nie zapytam, bo już go kurde przez trzy godziny policjant w szkole u pedagoga wypytywał, a mnie, ojca, jak za "esbeków", nawet o tym nie powiadomili!
Maria Brandys widziała, jak Józek szedł z chłopcem w stronę pól. Wspomina: - Powiedziałam wtedy do sąsiada: dziadek trzeba uważać, bo Józek jakiego sublokatora prowadzi, a smarkacz ma dość zadziorny wygląd. Niby nie ma co u nas kraść, ale wejdzie taki i nam co poniszczy...

O tym, co wydarzyło się w zapuszczonym mieszkaniu Józka w zaniedbanym popegeerowskim budynku mogą więcej powiedzieć prokuratorskie akta.
- Tam doszło do próby zgwałcenia, do czego się przyznał ten 55-letni mężczyzna. Także zeznania poszkodowanego 13-letniego chłopca przeprowadzane w obecności psychologa potwierdzają prawdziwość tych zeznań - mówi Roman Wawrzynek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu.
- Nikt się nie będzie na siłę upierał, że Józek tego nie zrobił, być może sobie wypił i coś mu odbiło, ale bulwersujące jest to, że trzeba było tragedii, żeby instytucje się nim zainteresowały - denerwuje się sołtys Mudrak. - Dlaczego wcześniej nikogo u Józka nie było? Nie tak by się to wszystko zapewne potoczyło. Pamiętam z dzieciństwa, że z mojej wioski zabrali podobnie upośledzonego jak Józek, zaraz po śmierci jego rodziców, do domu opieki społecznej. On tam żył już tylko pół roku...Imię bohatera reportażu zmieniono.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie