Nie zamykajcie przed nimi okienek

Agata Jop
Opiekunki bezdomnych kotów z ZWM-u nie hodują tych zwierząt, lecz ograniczają ich rozmnażanie i chronią przez cierpieniami.

Wacław Bortnik, wojewódzki lekarz weterynarii:
- Postawę osób, które opiekują się bezdomnymi kotami, uważam za bardzo chwalebną. Z tymi kotami wiążą się jednak zagrożenia epidemiologiczne. Grożą nam różnego typu salmonellozy, pasożyty zewnętrzne, takie jak pchły roznoszące choroby zakaźne (np. dur plamisty), i pasożyty wewnętrzne, np. jaja glist kocich, przez co można zachorować na toksoplazmozę, szczególnie niebezpieczną dla kobiet ciężarnych i dzieci. Jak najbardziej jestem zwolennikiem wpuszczania bezpańskich kotów do piwnic, ale muszą to być pomieszczenia do tego przystosowane - takie, z których nie korzystają ludzie. Zaletą kotów w bloku jest to, że doskonale łapią one nie tylko myszy, ale też szczury i żadne trutki nie są potrzebne. Bezdomne koty powinny być wyłapywane, dowożone do lecznicy dla zwierząt, szczepione i sterylizowane. Dbanie o to jest zadaniem każdej gminy. Mówi o tym ustawodawca, mówi rozporządzenie MSWiA. To jednak kolejne martwe prawo. Pieniądze gminne są często trwonione, a przecież rocznie w Opolu wystarczy na ten cel kilka tysięcy złotych.

Proszą swoich sąsiadów o zrozmienie. Jeszcze niedawno Irena i Bernard Otrembowie z ul. Grota-Roweckiego na opolskim ZWM-ie opiekowali się dwunastoma bezdomnymi kotami. Od kiedy na dworze się ochłodziło, na ich balkon przychodzi ich już tylko sześć. Pozostałe padły. Do kotów przyzywczaiły się psy Otrembów - Reksio i Sonia. Pozwalają im nawet wchodzić do mieszkania. - Żeby ludzie tak żyli ze sobą, jak te psy z kotami - wzdycha pani Irena.

Urszula Dembińska, z zawodu pielęgniarka, mieszka po sąsiedzku i także zajmuje się kotami. - Stosunek niektórych ludzi do tych zwierząt jest jak w średniowieczu - twierdzi. - Rzucają kamieniami, potrafią zamurować kocięta w pomieszczeniu, do mnie krzyczą z okna, żebym sobie wzięła dzieci z domu dziecka, zamiast zajmować się zwierzętami. A przecież my nie chcemy tu rozmnażać i hodować kotów, tylko nie pozwalamy im cierpieć. Jeżeli ktoś nam w tym nie pomaga, niech tylko nie przeszkadza.
Obydwie pani zapisały się do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Jeżeli dzika kotka pozwoli się złapać, zabierają ją do weterynarza na sterylizację. W miarę możliwości podają kotkom tabletki antykoncepcyjne. Za wszystko, także za leczenie chorych zwierząt, płacą z własnych kieszeni. Podobnie jak wielu opiekunów bezdomnych zwierząt (nikt ich nie zdołał policzyć na opolskich osiedlach i na ogródkach działkowych) dostają od TOnZ pokarm zebrany w pojemniku wystawionym w hipermarkecie Real. To pokarm dla ich podopiecznych. Kiedy ostatnio ciężko zachorowały cztery kociaki, Irena Otremba i Urszula Dembińska zawiozły je do uśpienia.

Bogdan Kociński, naczelnik Wydziału Rolnictwa i Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Opola:
- Obowiązkiem miasta jest realizacja potrzeb jego mieszkańców. Obrońcy kotów mogą się starać o pieniądze na pokarm lub sterylizację, składając wnioski do budżetu. Jeżeli w budżecie te pieniądze się znajdą, ja nie będę się upierał, ale ich nie ma. Wniosek Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami o pieniądze na dokarmianie został odrzucony. Ja sobie jednak tak myślę, że w naszym umiarkowanym klimacie kotek sobie da radę: podje sobie na śmietniku, a w piwnicy nie będzie czuć moczem.

Opiekunki kotów apelują do swoich sąsiadów o zrozumienie. - Niektórzy ludzie są chyba z natury źli - mówi pani Urszula. - Siedzą w ciepłych mieszkankach i wszystko im przeszkadza. A przecież szkody spowodowane przez koty nie są wielkie. Pchły są mitem, bo wystarczy się przyjrzeć naszym kotom.
Niewielu mieszkańców występuje otwarcie przeciwko działaniu opiekunek zwierząt. Za jedną z takich osób obydwie panie uważają sąsiadkę, Bogumiłę Ostaficzuk. - Kilka razy ta pani została przez nas przyłapana na zamykaniu okienka w piwnicy, a raz na wyrzucaniu jedzenia z miseczki - twierdzą.
- Przecież ja tym zwierzakom sama czasem, chociaż nieregularnie, daję jeść - broni się pani Bogumiła. - Kotki są miłe, ale załatwiają swoje potrzeby w piwnicach i czuć tam straszny fetor. U nas nie ma odrębnych piwnic, koty wchodzą wszędzie tam, gdzie ludzie mają swoje rzeczy. Niech te panie wezmą koty do swojej piwnicy i nie będzie problemu. Ja myślę, że spółdzielnia powinna się tym zająć, bo jej przecież płacimy za mieszkania.

Tadeusz Górski, kierownik administracji nr 1 w spółdzielni im. ZWM, twierdzi, że wpływają do niego zbiorowe skargi przeciwników kotów, ale też petycje od ich obrońców. Tych drugich jest ewidentnie mniej. - Niech lokatorzy sami się tym zajmą - mówi Górski. - Z naszego punktu widzenia koty nie są wielkim problemem, nie powodują zniszczeń ani zagrożenia, tylko smród. Dzięki kotom nie rozwiązaliśmy problemu szczurów, za to przed każdymi robotami w piwnicach pojawia się konieczność ich odpchlenia. Ani administracja, ani spółdzielnia nie wydały żadnego rozporządzenia w sprawie zamykania okienek piwnicznych. To zależy wyłącznie od lokatorów, którzy są właścicielami i mieszkań, i piwnic.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie