O życiu, destrukcji, narkotykach i możliwym happy endzie

Materiał informacyjny Województwa Opolskiego

*

Rozmowa z Wojciechem Fijałkowskim, dyrektorem i liderem Stowarzyszenia Monar, które prowadzi Ośrodek Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień (filia w Graczach).

Wychudzony, wyniszczony z podkrążonymi oczami i rozbieganym wzrokiem. Tak wygląda stereotypowy narkoman. Po ponad 30 latach pracy pewnie wystarczy kilka chwil, by rozpoznał Pan osobę uzależnioną.

To wcale nie jest takie oczywiste. Wielu czytelników mogłoby się zdziwić, bo nasi podopieczni łamią stereotypowe wyobrażenie narkomana. Fizycznie oni często są piękni, młodzi, zadbani i sprawiają wrażenie zadowolonych z życia. To jednak tylko pozory, bo oni są bardzo chorzy i wymagają pomocy. W latach 70., 80. czy 90. XX wieku na rynku narkotykowym dominował „kompot” nazywany polską heroiną, czy brown sugar, a więc najbardziej zanieczyszczona postać heroiny. One w krótkim czasie sprawiały, że uzależniony stawał się wrakiem człowieka. Dzisiejsze narkotyki nie wyniszczają organizmu w tak oczywisty sposób, co nie znaczy, że nie są groźne.

*
Stowarzyszenie Monar Ośrodek Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień – Filia w Graczach

Domyślam się, że tylko nieliczni trafiają do was z własnej i nieprzymuszonej woli?

To prawda, choć motywacja jest kluczowa dla powodzenia terapii. Nie zawsze się udaje. Jestem biegłym specjalistą psychoterapii uzależnień i sporządzam opinie dla sądów oraz prokuratur na temat oskarżonych, którzy są uzależnieni. Pamiętam, jak któregoś razu miałem sporządzić taką opinię. W areszcie śledczym czekała na mnie osadzona kobieta, która 20 lat wcześniej zaczynała u nas terapię, ale nigdy jej nie skończyła. Wtedy była młoda i piękna. Teraz siedziała przede mną zniszczona narkotykami, z poważnymi zarzutami, bo w grę wchodził m.in. udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Okazało się, że w międzyczasie urodziła trójkę dzieci, każde innemu mężczyźnie. Maluchy trafiły do różnych rodzin zastępczych. Przykro było patrzeć na to zniszczone życie, ale ja po tylu latach pracy nie mam złudzeń – jeśli uzależniony nie chce sobie pomóc, to najlepsi specjaliści są bezradni. Często trafiają do nas osoby, u których diagnozujemy zaburzenia psychiczne. Narkotyki czy dopalacze, nawet zażywane okazjonalnie, mogą uaktywnić na przykład schizofrenię. To jest ruletka, bo przecież sięgając po substancję psychoaktywną nie wiemy, czy i jakie mamy predyspozycje genetyczne. Może się okazać, ze taka decyzja zaważy na całym późniejszym życiu, bo jeśli na przykład pojawi się „psychoza amfetaminowa”, to u pewnej grupy osób objawy nie ustąpią nawet po definitywnym odstawieniu narkotyków. Pewnie przyjdą fazy lepsze i gorsze, ale część osób będzie z tym żyła do końca swoich dni. Czasami bywa odwrotnie. Pojawiają się zaburzenia lękowe czy depresja, więc chory – zamiast się leczyć – sięga po narkotyki, bo po ich zażyciu objawy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Świat wydaje się piękniejszy, ale to rozwiązanie działa tylko na krótką metę i w ostatecznym rozrachunku przynosi więcej strat niż korzyści.

Powiedział pan, że uzależnieni to często ludzie piękni, młodzi i na pozór szczęśliwi. Po co szczęśliwym ludziom narkotyki?

Motywacji jest tyle, ilu chorych. Niektórzy biorą, żeby nie odstawać od grupy rówieśniczej. Inni próbują w ten sposób odreagować, bo na przykład nie dogadują się z rodzicami, bo koleżanki i koledzy ich nie akceptują, a oni nie bardzo wiedzą, jak sobie z tym poradzić. I wtedy na horyzoncie pojawia się taka magiczna pastylka, która zmienia wszystko. Kłopoty wydają się mniejsze, człowiek robi się bardziej odważny i nawet podejście w dyskotece do dziewczyny, do której przez pół roku nie miało się śmiałości zagadać, przychodzi bez trudu. Człowiek chce być taki na co dzień, a nie tylko od święta. A to już prosta droga do tego, by stracić kontrolę nad swoim życiem.

Dragi bywają też panaceum na problemy w pracy. Pomagają sprostać oczekiwaniom szefa, sprawiają, że człowiek staje się bardziej wydajny, na horyzoncie pojawia się awans…

Wszystko to prawda. Druga – najbardziej liczna – grupa sięgających po narkotyki, to osoby między 24. a 30. rokiem życia. To ludzie aktywni zawodowo, którzy chcą piąć się po szczeblach kariery, a czasami nie jest to łatwe, więc pomagają sobie stymulantami. Niektórzy sami stawiają sobie za wysoko poprzeczkę, inni próbują nadążyć za wyśrubowanymi oczekiwaniami narzuconymi przez szefa. Przykładowo, do naszego ośrodka trafia sporo byłych kierowców. Pracodawca stawiał przed nimi wyzwania nie do zrealizowania, a oni nie dyskutowali, bo wiedzieli, że na ich miejsce czeka kilku innych chętnych. Pomagali sobie stymulantami, ale to również rozwiązanie na krótką metę.

Marihuana, choć nielegalna, staje się w niektórych środowiskach bardziej popularna niż jeszcze 20 lat temu papierosy.

Marihuana, na tle heroiny czy kokainy, ma mniejszy potencjał uzależniający. To dobra informacja zwłaszcza dla rodziców, którzy z przerażeniem odkrywają, że ich syn czy córka popala „trawkę”. Stała się ona na tyle powszechna, że sięga po nie młodzież z tzw. dobrych domów, której nie podejrzewalibyśmy o dysfunkcje. W takiej sytuacji nie trzeba wpadać w panikę, ale porozmawiać z dzieciakami. Moralizowanie i straszenie zazwyczaj przynoszą skutek odwrotny od zamierzonego, dlatego dobrze jest się też do takiej rozmowy przygotować. Jeśli zaczniemy naginać rzeczywistość i przekonywać, że marihuana jest tak samo uzależniająca jak heroina czy amfetamina, to zwyczajnie stracimy na wiarygodności i dla młodzieży, która o narkotykach wie sporo, nie będziemy partnerem w tej dyskusji. Czasami warto pokazać też drugi aspekt zażywania narkotyków, z którego część młodych ludzi nie zdaje sobie sprawy. Są to substancje nielegalne, a „wpadka”, zakończona wyrokiem sądowym za posiadanie substancji psychoaktywnych, może rzutować na przyszłość, na przykład zamykać niektóre ścieżki kariery, o których marzy nasz syn czy córka. Dobrze jest też dotrzeć do przyczyn. Bo młodzi ludzie nie sięgają po narkotyki bez powodu. By rozwiązać problem, trzeba zdiagnozować jego źródło.

Nie wszystkie historie kończą się happy endem. Kobieta, o której opowiedział pan na początku naszej rozmowy, jest pewnie jednym w wielu takich przykładów.

W mojej pracy są dwie podstawowe zasady: każdy człowiek zasługuje na szansę i nie ma ludzi straconych. Przy pierwszym spotkaniu zawsze pytam, dlaczego dana osoba zdecydowała się na terapię. Ci, którzy zrobili to z własnej woli, jak powiedziałem, należą do rzadkości. Niektórzy trafiają do nas po decyzji sądu lub prokuratury. Inni dlatego, że żona postraszyła ich rozwodem, jeśli nie zaczną się leczyć. Są i tacy, którzy przychodzą ze strachu. Bo nie rozliczyli się z dilerami za narkotyki, którymi handlowali i teraz boją się konsekwencji. Są pod ścianą, ale nie dlatego, że uświadomili sobie fatalność swojego położenia, tylko dlatego, że boją się takich czy innych skutków swoich wyborów. Naszą rolą jest zmienić ich motywację. Gdy zaczynałem pracę, sądziłem, że jestem jednym z najlepszych terapeutów, może nawet na świecie. Przez te ponad 30 lat nabrałem pokory, cały czas się uczę, bo każdy przypadek jest inny. Czasami fiaskiem kończy się terapia kogoś, kto wydawał się pewniakiem do wyleczenia. Ale bywa i w drugą stronę – krytyczne przypadki mają szczęśliwy finał. Świat się zmienia i jako terapeuci musimy za tymi zmianami nadążać. Marek Kotański, legendarny twórca Monaru, nauczył mnie metod, które 30-40 lat temu sprawdzały się świetnie. Ale dziś one nie działają. Dlatego, by pomóc, musimy dotrzymywać kroku naszym podopiecznym. Człowiek, by być szczęśliwym, potrzebuje nie tyle dobrobytu, co akceptacji, miłości, zrozumienia… Dziś w sklepach mamy pełne półki, ale one – jak widać - szczęścia nie dają. W pracy ulegamy wyścigowi szczurów, z dziećmi nie rozmawiamy, a jedynie sms’owo wymieniamy polecenia i komunikaty. To prosta recepta na to, jak wpaść w uzależnienie. Nawet wtedy, gdy jesteśmy zdrowi, stać nas na drogi samochód, egzotycznie wakacje i pozornie mamy wszystko, czego potrzeba do szczęścia.

**

Dodaj ogłoszenie