Opolskie. Powrót mrozu może poważnie zagrozić uprawom w regionie

Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda
Marek Froelich, prezes Izby Rolniczej w Opolu.
Marek Froelich, prezes Izby Rolniczej w Opolu. Krzysztof Ogiolda
O pogodowych anomaliach i o Wspólnej Polityce Rolnej mówi Marek Froelich, prezes Izby Rolniczej w Opolu.

Rozmawiamy w ostatnich dniach lutego, a za oknem czuć ciepłe wiosenne podmuchy. Temperatura sięga kilkunastu stopni powyżej zera. Co to oznacza dla rolników?
To pokazuje, że mamy kolejne pogodowe anomalia. I one nas właściwie nie zaskakują, bo już nic nas nie zaskakuje. A powinno, bo temperatury plus 17 w lutym są czymś niebywałym. One powodują, że wegetacja ruszy nam bardzo szybko, a według prognoz pogody, czekają nas jeszcze mrozy. Możemy mieć na polach duże kłopoty. Rolnicy zachęceni tą pogodą mogą zacząć nawożenie, a ono prowadzi do rozhartowania się roślin. Tak działają wiosną nawozy azotowe. Jeśli mrozy naprawdę przyjdą, mogą spowodować zniszczenie roślin. Myślę głównie o rzepaku, który w ubiegłych latach na podobne sytuacje reagował pękaniem łodyg. Rzutowało to na spadek plonów. Jego skalę dało się określić dopiero krótko przed żniwami albo na same żniwa. Co gorsza nawet ci rolnicy, którzy byli ubezpieczeni, od takich zdarzeń losowych, nie otrzymali odszkodowań.

Ubiegły rok zaczął się od koszmarnej suszy i modlitw o deszcz, bo żniwa były zagrożone, ale jesienią wody na polach było tyle, że w wielu miejscach nie dało się na nie wjechać. W tym kontekście pytam, jak na sytuację na polach wpłyną tegoroczne – wyjątkowo obfite – opady śniegu?
Śnieg nas wspomaga, bo to jest naturalny rezerwuar wody. Szczególnie, kiedy jest uwalniany powoli i ta woda ma czas wsiąknąć do gleby, wtedy rośliny mają od czego się odbić. Tam, gdzie śnieg stopił się nagle, woda będzie stracona, spłynęło do rzek, po drodze jeszcze sporo niszcząc.

Kiedy rolnicy będą mogli wjechać na pola?
Myślę, że już niedługo, ale na razie z nawozami, jeszcze nie z siewem. Bo to byłoby o wiele za szybko. Wciąż mamy kalendarzową zimę.

Powiem jak mieszczuch: Chłop jeszcze śpi i mu rośnie?
Rolników na polach można już spotkać, ale na razie raczej przechadzają się i je lustrują, zwłaszcza tam, gdzie już można wejść, bo nie ma aż takiego błota. To lustrowanie odbywa się pod kątem zachwaszczenia. Ono mimo śniegu nawet postępowało. A wysokie temperatury, które mamy teraz, powodują, że chwasty będą rosły szybciej od roślin uprawnych. Ponadto byliśmy w ostatnich latach doświadczeni plagą gryzoni. I pod tym kątem uprawy też są przez rolników oglądane: Na ile jesienne trucie myszy było skuteczne i co trzeba będzie robić na wiosnę.

A co trzeba będzie?
Zacznie się ruch w stronę zakupów nawozów azotowych i to widać wyraźnie po cenach, że rolnicy, co tylko mogą, to kupują. Lada moment zacznie się rozsiewanie nawozów, przygotowywanie urządzeń, które będą je rozsiewać, już dawno się zaczęło. Czekamy. Jak pola tylko trochę obeschną. Obligują nas jednak daty, które powprowadzała Unia Europejska. Musimy czekać z pracami polowymi do pierwszego, a w praktyce do piętnastego marca.

Kiedy rozmawialiśmy jesienią, głównymi bohaterkami wywiadu były – jak u Popiela – myszy. Czy skoro w styczniu mróz w Opolu sięgał minus 18 stopni, to problem gryzoni został rozwiązany?
Gdyby pola nie były przykryte śniegiem, taki mróz zdecydowanie by myszom zaszkodził. Ale pod pierzynką śniegową one sobie dały radę. Na naszych polach pojawiły się gatunki, które przygotowują nory do przezimowania bardzo głęboko, poza zasięgiem pługa i stąd te nasze problemy. One znakomicie dostosowują swoje menu do tego, co w danym momencie jest na polu do zdobycia. Stąd tak mocno prosiliśmy jesienią, by rolnicy truli gryzonie zatrutym ziarnem. Podkreślam, jesienią. Teraz, na wiosnę zielone pędy roślin są dla myszy ciekawszym pożywieniem niż zatrute ziarno, które jest stare i śmierdzące. Kto jesienią dopilnował trucia, ten nie powinien mieć problemów.

No chyba, że sąsiad zlekceważył jesienią ten problem. Wtedy myszy przyjdą z jego pola?
To jest odwieczny kłopot. Nie wszystkim chce się truć i ponosić związane z tym koszty. A jak z gryzoniami nie walczymy „wespół w zespół”, efekty są mizerne. Myszy przechodzą na pole obok, a na żniwa ten gospodarz, który truł i ten, który zbagatelizował problem, mają plony jednakowe.

Na przewidywanie dziś, co nas generalnie czeka na żniwa, jest pewnie jeszcze zbyt wcześnie…
Zdecydowanie. Pokazał to ubiegły rok. Monitorowano, że będzie niezwykle suchy, a okazało się, że w jego drugiej połowie mieliśmy straty z powodu podtopień i na skutek niemożności wjechania na pola by zebrać uprawy. Dotyczyło to kukurydzy. Duże kłopoty mieli ci, co chcieli terminowo wykopać buraki cukrowe. Stąd opóźnione siewy pszenicy. Te późne zasiewy kiełkowały praktycznie pod śniegiem. A to oznacza, że euforii w plonach nie będzie. Późny siew to słabsze rozkrzewienie roślin. Zawsze zakładamy, że chcemy mieć plon optymalny, ale matka natura już taka jest, że po drodze, zwykle coś się wydarzy. Jedno jest pewne. Nie chciałbym, aby rok 2020 kiedykolwiek się powtórzył, bo w nim różnych zdarzeń losowych mieliśmy wyjątkowo dużo, łącznie z gradobiciami, powodziami, podtopieniami i deszczami nawalnymi, czego w takich ilościach nie doświadczaliśmy nigdy wcześniej. Z tego powodu w wielu miejscach plony były mocno zredukowane.

Wracam do marcowej daty, która pozwoli wejść rolnikom na pole, czyli do facto do Wspólnej Polityki Rolnej. Nie z wszystkich jej aspektów rolnicy są zadowoleni. Ile jest w tej polityce wspólnoty, a ile jednak egoizmu możnych tego świata?
Jesteśmy mocno ograniczani. Kiedy mówimy o tym w ministerstwie, odpowiada się nam, że dopłaty obszarowe nie są obowiązkowe. Wystarczy z nich zrezygnować i można się nie martwić unijnymi ograniczeniami. Ale to teoria, bo dopłaty z Unii stanowią między 40 a 50 procent wpływów do gospodarstwa. Nie wyobrażam sobie, żeby jakieś gospodarstwo mogło Unię i dopłaty zbagatelizować. A nowa Wspólna Polityka Rolna zmierza do tego, by wniosek o dopłaty bezpośrednie jeszcze bardziej skomplikować. Już za dwa lata znajdą się w tym wniosku ekoschematy. Dokument ten sugeruje w wielu miejscach działania proekologiczne.

To chyba dobrze…
My się z nimi zgadzamy, ale trudność polega na tym, że państwa członkowskie mają dość dużą swobodę w tworzeniu instrumentów kształtujących prace na polu, natomiast będziemy bardzo mocno kontrolowani, czy założenia, które przyjmiemy spełnimy i to w całości. A w dodatku niewywiązanie się ze zobowiązań będzie skutkowało redukcją płatności dla całego kraju. Złożyliśmy więc niemało zastrzeżeń.

Na przykład wobec czego?
Unia Europejska zaproponowała, żeby do 2030 roku jedna czwarta użytków rolnych było uprawami ekologicznymi. Ten zapis był zaskoczeniem dla wszystkich. Producenci mięsa wołowego, mleka czy rzepaku, Izby Rolnicze w regionach – wszyscy jednym głosem mówili, że to jest nierealne.

Dlaczego?
Jesteśmy pod każdym względem przygotowani i przystosowani do rolnictwa towarowego. Duże gospodarstwa rolne są w całości nastawione na produkcję towarową. Jeśli teraz tym rolnikom każemy z dnia na dzień ograniczyć ilość środków ochrony roślin o połowę i nawożenie o jedną piątą, to musielibyśmy – także z dnia na dzień - ich wyposażyć w bardzo kosztowne maszyny do odchwaszczania mechanicznego i wiele innych sprzętów. Polityka rolna jest nastawiona na małe i średnie gospodarstwa. A w Polsce duże gospodarstwa towarowe dają 70 procent produkcji na rynek i na eksport, którym się tak chwalimy. O tych gospodarstwach zapomniano. I jeszcze jedna ważna i niepokojąca sprawa. Polska jest jednym z krajów, w którym rolnicy używają najmniej nawozów i środków ochrony roślin.

I teraz na tym stracimy?
Właśnie tak, bo nie ma żadnych zapisów, które by rozstrzygały, czy te ograniczania o 50 procent środków ochrony roślin i o 20 procent nawożenia będą liczone do średniej europejskiej czy w stosunku do tego, ile dany kraj używał tych środków w 2020. Obawiamy się tego drugiego rozwiązania, bo ono zepchnęłoby nasze zmagania na polach do gospodarowania z pogranicza średniowiecza. Nie sposób tak wielkich obszarów (gospodarstw 300-hektarowych) obrabiać – tylko trochę żartuję – kopaczkami. Nie ma na wsi ludzi, których można by do takiej ekologicznej pracy zatrudnić. A skoro tak, będzie nam groziło zachwianie bezpieczeństwa żywnościowego kraju. Na polu mniej się urodzi. To oznacza, że żywność podrożeje. Już drożeje, bo w dobie pandemii pojawił się kapitał, który skupuje żywność, traktując ją jako element gry rynkowej.

Rolnicy powinni się niepokoić importem żywności nie tylko z Ukrainy, ale i z Ameryki Południowej?
Powinni się tego obawiać. Bo nas rolników europejskich obciąża się kolejnymi ekoschematami i obostrzeniami, natomiast żywność spoza Unii płynie praktycznie bez kontroli. O niej się tylko mówi, w praktyce jest fikcją. Ta żywność produkowana w warunkach „wolnej amerykanki” wchodzi na nasze rynki jako żywność tania. A klient – zwłaszcza jeśli jego dochody z powodu COVID-u spadły – kupując, przede wszystkim patrzy na ceny. Musimy to mieć na względzie. Budowa patriotyzmu żywieniowego, zachęcanie do sięganie po produkt oznaczony polską marką wydaje się być coraz ważniejsze. Czy tego chcemy czy nie, żywność ekologiczna jest przede wszystkim dla klienta wybranego. Także w krajach bogatszych niż Polska.

Dobroczynne działanie rzepy. Znasz je?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie