Ostrówki: Zbrodnia i pojednanie

    Ostrówki: Zbrodnia i pojednanie

    Archiwum

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły - obok Leon Popek, sierpień 1992 r.

    Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły - obok Leon Popek, sierpień 1992 r. ©Archiwum

    Dr Leon Popek, historyk, autor książki "Ostrówki. Ludobójstwo na Wołyniu", laureat tegorocznej nagrody Książka Historyczna Roku.
    Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły - obok Leon Popek, sierpień 1992 r.

    Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły - obok Leon Popek, sierpień 1992 r. ©Archiwum

    - Ukraińskie zbrodnie na Polakach z Wołynia dokonały się w około 1100 miejscowościach. Pan poświęcił wiele lat badań i książkę dwóm z nich. Czym się tak wyróżniły Ostrówki Wołyńskie i Wola Ostrowiecka?
    - Te wioski należały do tzw. starego osadnictwa. To nie jest tak, jak mówią niektórzy historycy ukraińscy, że Polacy osiedlili się na Ukrainie dopiero w czasie kolonizacji w latach 20. XX wieku, a wcześniej ich tam nie było.
    W mojej książce pokazuję dokumenty potwierdzające, że właśnie te wsie - Ostrówki Wołyńskie i Wola Ostrowiecka - istniały tam od XVI wieku. Ich mieszkańców nazywano Mazurami, bo ich przodkowie pochodzili z Mazowsza, a oni sami zachowali, mimo 400 lat oddalenia, swoją charakterystyczną mazurzącą gwarę. Zachowali też wiarę rzymskokatolicką i obyczaje. Nawet żenili się zwykle między sobą. Na małżeństwa mieszane godzono się tam tylko pod warunkiem, że osoba wchodząca do rodziny przechodziła na wyznanie katolickie.

    - Historia tych wiosek dobiegła końca 30 sierpnia 1943 roku...
    - Tę datę warto podkreślić, bo 30 sierpnia Wołyń był już praktycznie wymordowany i wypalony przez Ukraińską Powstańczą Armię. Nieruszony pozostał tylko powiat lubomelski - w którym znajdowały się te właśnie wioski - przylegający do Bugu. Akcja mordowania Polaków przesuwała się na Zachód i na południe. Praktycznie w ciągu jednej doby, bo atak zaczął się 29 sierpnia w nocy, otoczono tu ponad 20 wsi, w których mieszkali Polacy, i dokonano mordów. Tak się działo w miejscowościach: Jankowce, Kąty, Czmykos, Borki, Terebejki, Sawosze, Kupracze, Nowiny, Jagodzin, Rymacze. O świcie 30 sierpnia zaatakowano Ostrówki Wołyńskie i Wolę Ostrowiecką - duże wsie. Ostrówki liczyły 120 domów, Wola prawie 150 gospodarstw.

    - Nikomu nie udało się uciec?
    - Otoczono je szczelnie, oddzielając od siebie. Banderowcy i część ukraińskich mieszkańców okolicznych wsi stworzyli kordon, w którym człowieka od człowieka dzieliło nie więcej niż 5-7 metrów. Więc tylko nielicznym udało się wymknąć. Jednocześnie do wsi wjechali emisariusze na koniach. Ich zadaniem była dezorientacja ludzi. Pukali do wszystkich domów i wzywali, by przedstawiciel każdej rodziny udał się niezwłocznie na spotkanie z ich dowódcą, który będzie organizował ludzi do wspólnej walki z Niemcami, wysadzenia mostu na Bugu itd.

    - Ludzie poszli na to zebranie?
    - Sąsiedzi umawiali się, żeby nie szli młodzi, tylko starsi, bo młodych wywiozą, i w gorszych ubraniach, bo lepsze pewnie będą rabować. Kiedy gospodarze udali się już na zebranie, do wszystkich domów jednocześnie wpadały 3-5-osobowe grupy napastników z bronią, nie zawsze palną. Kazali wychodzić wszystkim, zabierać nawet dzieci w kołyskach. Jeśli ktoś z powodu wieku lub choroby leżał w łóżku i nie mógł wyjść, był zabijany siekierami. Pozostałych wyprowadzili bez jednego wystrzału.

    - Jakie były dalej ich losy?
    - Podobne w obu wioskach. W Ostrówkach mężczyzn upchano do szkoły, natomiast kobiety z dziećmi zamknięto w kościele. W Woli Ostrowieckiej kobiety z dziećmi zamknięto w budynku szkolnym, a mężczyzn zgromadzono na placu przed szkołą. I zaczęło się mordowanie. W Ostrówkach prowadzono ludzi do dwóch miejsc oddalonych od szkoły o jakieś 200-300 metrów. Tam czekały już wykopane doły. Ponieważ otaczające budynki były ustawione w prostokąt i przylegały do siebie, z ulicy nie było widać, co się tam dzieje. Oprawcy kazali się ofiarom kłaść i zabijali. W jednym z tych gospodarstw - u Trusiuka - strzelano do nich z broni palnej, co potwierdziła ekshumacja z 1992 roku, bo w czaszkach były otwory po kulach, znajdowaliśmy też łuski. Rannych dobijano siekierami, o czym świadczą rozfragmentowane czaszki. Tam zginęło 81 osób, 80 w dole i jedna osoba - 90-letni starzec, Władysław Kuwałek, wrzucony do studni. W drugim gospodarstwie - u Suszka - zamordowano przy użyciu siekier i młotów ok. 100 ludzi. Tego dołu w tym roku, mimo wielokrotnych poszukiwań, nie znaleźliśmy. W miejscach wskazanych przez świadków szczątków nie było. Trzeba będzie poszerzyć teren poszukiwań do około jednego hektara, wykosić chwasty rosnące czasem na wysokość człowieka. To wymaga czasu i sprzętu

    - Ofiar było znacznie więcej niż 180...
    - W okolice miejsca kaźni w Ostrówkach w pewnym momencie nadjechali Niemcy i zaczęli wymianę ognia z UPA. Wypchnięto w wielkim pośpiechu dzieci - wiele poniżej siedmiu lat - i kobiety z kościoła, razem około 300 osób, i pędzono w kierunku ukraińskiej wsi Sokół odległej o 4,5 kilometra. Kobiety śpiewały pieśni "Pod Twoją obronę" i "Serdeczna Matko". Ludzie gotowali się na śmierć. Przepraszali się, wybaczali sobie nawzajem przewiny. Po drodze zabijano starszych ludzi, którzy nie nadążali, kobiety w ciąży i matki z małymi dziećmi, które nie dawały rady ich nieść. Gdy kolumna przechodziła koło cmentarza, kilkanaście starszych osób weszło na cmentarz. Skoro chcą nas zabić - mówili - zginiemy tu, na świętym miejscu. Zostali zastrzeleni. Reszcie osób pod wsią Sokół kazano się kłaść na ściernisku twarzą do ziemi. Ludzie dobierali się rodzinami, by zginąć razem.

    - Oprawcy nikogo nie oszczędzali?
    - Nie, chociaż jedna z sióstr zakonnych - prawdopodobnie ze Zgromadzenia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, bo takie siostry były w Rymaczach i w Jagodzinie, a ukrywały się na Ostrówkach - przemówiła do banderowców. Prosiła dowódcę, by darować życie dzieciom. Kobiety - drugą przemawiającą była Ewa Szwed - tłumaczyły, że one godzą się zginąć, ale błagają o życie niewinnych dzieci. Dowódca odmówił. Za to, że żyliście na ukraińskiej ziemi, zginiecie wszyscy, od małego do starego - mówił. Najpierw zakłuwano ofiary bagnetami, ale ten widok nawet dla morderców był zbyt okrutny. W końcu zaczęli strzelać.

    - Skąd wiemy o tym tak dokładnie?
    - Kilku osobom udało się ocaleć. Jeden ze świadków, Aleksander Pradun, żyje do dziś. Nie został trafiony, bo wcześniej kula zabiła jego matkę, a krew obryzgała chłopca, więc strzelający sądził, że i on jest już nieżywy. Ocalało parę osób ciężko rannych, postrzelonych. Ewa Szwed została trafiona w plecy, w okolice łopatki i kula przeszła obok serca. W czasie ekshumacji w sierpniu tego roku odkryliśmy tam szczątki 231 osób. Ich kości zachowały się w bardzo złym stanie, bo ciała leżały niepogrzebane przez dwa tygodnie, były rozciągane przez dzikie zwierzęta i ptactwo. Ukraińcy sami mówili, że nigdy nie widzieli takiego stada kruków i wron, które ucztowały na tych trupach. W końcu UPA wypędziła mieszkańców wsi Sokół, by pochowali, a raczej bezładnie zakopali ciała w jednej wielkiej mogile w kształcie litery L. Posługiwali się przy tym hakami i widłami do gnoju. Po najmniejszych dzieciach nie zostało praktycznie nic, tylko brązowe ślady na piasku, jak negatywy albo zarysy człowieka narysowane brązową kredką.

    - Ile osób zginęło w obu wioskach razem?
    - W Ostrówkach ponad 470, mogę się mylić o około 10 osób, które tam zginęły, ale nie mieszkały w wiosce. W Woli Ostrowieckiej scenariusz był podobny. Mężczyzn wyprowadzono do stodoły Strażyca i tam zabijano siekierami i młotami do uboju bydła. W 1992 roku ekshumowaliśmy z tego jednego dołu 243 osoby. Kobiety z dziećmi, kiedy nadjechali Niemcy, zginęły w budynku szkolnym. Zamknięto okiennice, obstawiono dom słomą, oblano benzyną, do środka wrzucono granaty. Tam zginęło ok. 250 osób. Ale nie wszyscy mieścili się w szkole. Ofiar, także w innych miejscach, było więcej. Ukraińcy pokazywali je nam. Razem w Woli Ostrowieckiej zginęło ponad 570 osób. A w obu wioskach razem co najmniej 1050.

    - Wśród tych ofiar byli też pana bliscy. To pomagało czy przeszkadzało przy prowadzeniu badań i pisaniu książki?
    - Tych osób z bliższej i dalszej rodziny było ponad 20, wśród nich mój dziadek Jan Szwed, ciocia, Zofia Lewczuk z dwójką dzieci Bolesławem i Janem, jej mąż. Dalsi krewni. Nie było mi łatwo uczestniczyć choćby w ekshumacjach, w miejscu, gdzie moi bliscy ginęli, bo wtedy emocje wchodzą w grę. To będzie za mną podążać już zawsze. Nie ma dnia, żebym o tym nie myślał.

    - Na szczęście nie skończyło się tylko na myśleniu...
    - Szukanie mogił, zbieranie relacji, namawianie ludzi, żeby je spisywali, organizowanie pielgrzymek - jeździmy do Woli Ostrowieckiej od ponad 20 lat - wreszcie pisanie na ten temat - to jest moja spłata długu wobec tych, którzy tak okrutną śmiercią zginęli. Przecież nie może być tak, że tam 400 lat mieszkali Polacy, a teraz po Ostrówkach nie ma śladu. Nie licząc paru zdziczałych drzew owocowych, kęp bzu, cmentarza i mogił zbiorowych i pojedynczych. Teraz jest przynajmniej szosa do cmentarza. Kiedyś trudno było go odnaleźć, a jeszcze trudniej dojechać. Do tego jesteśmy zobowiązani wobec tych, co zginęli: odnaleźć mogiły, postawić na nich krzyż, ekshumować szczątki i pochować na cmentarzu po katolicku. Książka jest dopełnieniem adresowanym przede wszystkim do młodego pokolenia.

    - Pan ma - myśląc po ludzku - prawo do nienawiści wobec sprawców...
    - Kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz, w listopadzie 1990 roku, byłem najmłodszym członkiem tej grupy i jedynym urodzonym po tej stronie Bugu. Stanęliśmy nad mogiłą u Strażyca. Przyszli miejscowi kołchoźnicy, którzy tam pracowali na polu. Ubrani - także kobiety - w kufajki i gumofilce, często połatane drutem. W chustkach na głowie. Nad tą mogiłą doszło do awantury. Ktoś z naszych, mający żal w sercu, bo stracił najbliższych, zaczął tym Ukraińcom wypominać: To wyście zamordowali naszych najbliższych, spaliliście wieś, zrabowaliście cały majątek. Miejscowa kobieta, potężnego wzrostu, odparła: Tak było. Nasi chłopcy wymordowali waszych, a myśmy zagrabili majątek. I co nam to dało? Wy wyglądacie jak dziedziczka przed wojną, a my jak nic nie mieliśmy, tak i nie mamy.

    - Trochę w tym prawdy jest.
    - Tamte kobiety też tak myślały. Temperatura sporu rosła. Zdawało się, że to nasz pierwszy i ostatni wyjazd. Ale nagle ta kobieta przerwała: Co było, to było, mówi. Chodźcie na herbatę, bo deszcz pada i zmarzliście. Ktoś coś jeszcze pod nosem zaburczał, ale poszliśmy. Te milczące dotąd Ukrainki zaczęły nas zagadywać, jak się nazywamy. A czy pamiętamy taką i taką, bo chodziłam z nią do szkoły albo krowy pasłam. Zaczęto rozmawiać. Polacy wspominali Ukraińców, Ukraińcy Polaków. Pytali, kiedy znów przyjedziemy. Wymieniliśmy adresy.

    - To było zaskoczenie?
    - Zaskoczenie dla wszystkich. Okazało się, że oni się przez te wszystkie lata liczyli z tym, że Polacy tam kiedyś przyjadą. Ale spodziewali się, że będziemy szukać zemsty. Tymczasem w tamtym czasie na Ukrainie wielu produktów brakowało. Polacy zaczęli wysyłać paczki i zapraszać Ukraińców do siebie. Mówiliśmy, że nie szukamy odwetu i nie będziemy się domagać zwrotu majątków. Z czasem przyjeżdżało pokolenie młodych - dzieci i wnuków - i nawiązywało kontakty z ich młodzieżą. Stało się zwyczajem, że jak przyjeżdżaliśmy, to oni przychodzili na nasze nabożeństwo i modlili się z nami za zmarłych, a potem zapraszali nas do domów. Czym chata bogata. Przez te ponad 20 lat nie spotkałem się - poza jednym wyjątkiem - z otwartą wrogością.

    - To jest model polsko-ukraińskiego pojednania?
    - Nie wiem, czy to jest model, ale to jest sposób. Znam wielu ludzi, którzy uważają, że nie muszą się jednać z narodem ukraińskim, bo on im niczego nie zrobił, a sprawcom mordu na ich bliskich nie potrafią wybaczyć. Zwłaszcza jeśli zbrodnia dokonała się na ich oczach. Ja tego nie oceniam. Trauma zostanie w nich do końca życia. Moja mama w każdym miesiącu choć raz budzi się z krzykiem, bo we śnie ciągle ucieka. Jeśli tę traumę można zmniejszyć, to właśnie tak: pojechać tam na miejsce, pomodlić się, pokazać dzieciom i wnukom, by wiedzieli, gdzie mają przyjeżdżać, bo to są dla nas święte miejsca. A bywa, że ktoś jechał z nastawieniem: Nigdy im nie wybaczę, a potem rozmawiał z Ukraińcami. Bo jak z wyciągniętą ręką przychodzi kobieta, która miała wtedy 10 lat, przynosi jabłka i cukierki, rozmawia życzliwie i płacze z nami w czasie pochówku, to trudno się nie przejąć. Takich Ukraińców którzy szczerze płakali, uczestnicząc w pogrzebie naszych bliskich, było kilkuset. Modlili się z nami tak, jak potrafią. To otwieranie pokładów dobra, które przecież wszyscy nosimy w sobie, do nas przemawia.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (5)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (5) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo