Pacjent ma prawo do prawdy, ale też prawo do miłości

Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda
Lekarz ma nie tylko leczyć pacjenta, powinien także umieć z nim rozmawiać. Niemówienie pacjentowi niczego było niewłaściwe. Ale niewłaściwe jest także nokautowanie go informacją 123rf
Prawda o chorobie nowotworowej jest dla pacjenta odsłonięciem czegoś nieznanego, ale to nie znaczy, że ma być bolesnym odarciem z szat - mówi ks. profesor Piotr Morciniec, bioetyk z Wydziału Teologicznego UO.

Dziś w ramach „Wielkopostnych wykładów otwartych” będzie ks. profesor uczestniczył w dwugłosie na temat problemu prawdy w komunikacji z pacjentem o złym rokowaniu. W tym kontekście muszę się odwołać do osobistego doświadczenia. Kiedy prawie 30 lat temu umierał ktoś bardzo mi bliski, o jego chorobie nowotworowej nie powiedział mu ani lekarz, ani ja. Taki był wtedy standard. Chory też nic nie mówił. Wyrzuty sumienia mam do dzisiaj.
Tamten standard nie był dobry i już nie funkcjonuje. Chory był spychany na margines zmowy milczenia pod pozorem tego, że się go oszczędza. To było wmówienie. Myślę, że wówczas słabo do środowiska medycznego docierało to, że dopiero, kiedy sam zmierzę się z pytaniem o sens śmierci, o rzeczy ostateczne, będę gotowy, by podjąć ten temat z drugim człowiekiem. Środowiska medycznego w okresie socjalizmu nie przygotowywano do mierzenia się z pytaniami ostatecznymi. Mam w uszach wyznanie pewnego lekarza: Nas uczono tylko sukcesu. Lekarz nie rozmawiał z pacjentem, przekonując, że go chroni, podczas gdy w rzeczywistości chronił siebie. Uciekał przed problemem.

A pacjent...
Pacjent, obserwując własne ciało, wie coraz więcej. A nie ma o tym z kim porozmawiać, jeśli obowiązuje konwencja milczenia. W dodatku niekonsekwentna, bo rodzina z lekarzem rozmawia – za plecami chorego. Tamten model nie uwzględniał rzeczy podstawowej: prawdę podaje się choremu w dialogu. Bo tylko dialog daje szansę posłuchania, co ten drugi wie i zobaczenia z bliska jego sytuacji i lęków, które się z nią wiążą.

Mamy wybór mówić czy nie mówić?
Tak problemu w ogóle nie należy stawiać. Powiem jako teolog: skoro Jezus jest Prawdą, nie możemy prawdy – także tej o stanie chorego - ani zakłamywać, ani zawłaszczać dla siebie.

Obecnie jej nie zawłaszczamy. Przyjęła się zasada obowiązku informowania pacjenta. Ale realizacja też bywa wątpliwa. Widziałem karty wypisowe ze szpitala z zapisaną wprost diagnozą typu: „Nowotwór złośliwy trzeciego stopnia”. Z taką kartą choremu może być trudno dojść o własnych siłach do domu.
Niestety, wpadamy w drugą skrajność. Rzucamy – mówiąc kolokwialnie – pacjentowi informację na klatę – i niech sobie radzi. Mój nieżyjący już kolega z Berlina opowiadał, że lekarz zadzwonił do niego w piątek i przez telefon powiedział: Chciałem pana poinformować, że ma pan złośliwy nowotwór. Proszę przyjść w poniedziałek na konsultację. Niemówienie pacjentowi niczego było niewłaściwe. Ale niewłaściwe jest także nokautowanie go informacją. W obu przypadkach ten, kto ma wiedzę – często z urzędu jest to lekarz – próbuje zrobić z siebie pana prawdy. Tymczasem prawda, jako jedna z największych wartości, domaga się pokory. Naga prawda, bez niej, krzywdzi. Raz jeszcze odwołam się do tekstu Biblii. Prawzorem prawdy jest Trójca Święta. Do pełnej prawdy doprowadza Duch, który jest miłością. Nie ma prawdy bez miłości. Więc nie ma sensu zastanawiać się, czy mówić rzeczy trudne? Ale jak to zrobić, żeby tę prawdę wydobyć z siebie.

Abp Nossol zwykł mawiać, że naga prawda bez miłości może zabić.
Dr Władysław Biegański, jeden z wielkich mistrzów polskiej medycyny, przed około stu laty, podsumowując swoje życie, pisał tak: Gdybym był ciężko i beznadziejnie chory, nie pytałbym mojego lekarza o wiedzę, lecz o serce. Wolałbym, by mi zamknięto powieki z nadzieją na ustach, niż by mi podano moją prawdziwą diagnozę: wyrok śmierci.

Tylko jak to pogodzić z obowiązkiem mówienia prawdy? Twarda diagnoza, którą cytowałem wyżej: „nowotwór złośliwy trzeciego stopnia” jest obiektywnie prawdziwa.

Mój naukowy mistrz z Austrii napisał kiedyś artykuł pt. „Prawda zamiast poinformowania pacjenta”. Bo paradoksalnie, prawdziwa co do stanu wiedzy informacja niekoniecznie jest podaniem prawdy. A nawet, odarta z empatii i wrażliwości, które tę informację złagodzą i zasilą nadzieją, może stać się kłamstwem. Prawda jest odsłanianiem nieznanego, ale to nie znaczy, że ma być odzieraniem z szat. Bioetycy coraz częściej stawiają pytanie – choć obowiązuje standard, że z pacjentem rozmawia lekarz - czy to nie chory, skoro jest podmiotem, powinien zdecydować, kto będzie z nim rozmawiał i kto mu tę – po ludzku trudną – diagnozę przekaże. Warto wsłuchiwać się w jego sygnały. Bo ważne jest nie tylko, co się powie, ale i kto to powie. Może czasem lepiej zrobi to pielęgniarka, ktoś z rodziny albo kapelan szpitala. Oczywiście, to może być lekarz, ale pod warunkiem, że uwzględni, co przeżywa pacjent i jak on sam by się zachowywał w jego sytuacji. Sama technika nie wystarczy. Trzeba jeszcze wyrazić w tej rozmowie siebie. Bo nadzieja nie może być manipulacją. Jeśli współczucie jest udawane, wyuczone, chory natychmiast to odczuje. Muszę mieć dobro w sobie, by je drugiemu człowiekowi dać.

Taka rozmowa nie może się odbyć w biegu, na korytarzu ani nawet w szpitalnej sali, do której lekarz wpadł na chwilę...
Wtedy ma miejsce szpitalna wizyta, a czasem wizytacja. A potrzebne jest spotkanie między ludźmi. Potrzebny jest dialog. Czyli coś więcej niż tylko obowiązek przekazania choremu informacji. I jeszcze jedno. W tym dialogu liczą się bardzo komunikaty pozasłowne. Jak do pacjenta targanego lękiem przyjdzie lekarz, który wstał dzisiaj lewą nogą i rozmawia z nim z kwaśną miną, może być odczytany przez chorego jako prorok nieszczęścia. Nawet jeśli jego stan wcale taki zły nie jest.

A może mamy problem z mądrym przekazywaniem prawdy choremu, bo w ogóle cywilizacyjnie mamy z prawdą kłopot. Kiedyś zdjęcie z USG potwierdzające, że dziewczyna jest w ciąży, pokazałaby ona ojcu dziecka. To było intymne przeżycie. Dziś często się je umieszcza na Facebooku z komentarzem: Hurra, jestem w ciąży. I niech cały świat się cieszy.

Geoffrey Gorer pisał o pokazywaniu martwego ludzkiego ciała jako o pornografii śmierci. To prezentowanie wyniku USG na portalu społecznościowym dotyczy oczywiście nowego życia, ale jest elementem tej samej patologii: ekshibicjonistycznej potrzeby pokazywania wszystkim tego, co należy do mnie. Taka dosłowność nie chroni tego, co jest intymne, tylko moje, czasem święte. Proszę zwrócić uwagę, że - trochę jak w rozmowie z chorym - obiektywnie informacja jest poprawna: ta pani naprawdę spodziewa się dziecka. Ale jak tę informację ogłasza w taki sposób, ociera się o pornografię dosłowności. Daleko tu do prawdy, jeszcze dalej do prawdy podawanej z miłością. Taka osoba naprawdę się cieszy ze swojego macierzyństwa. Ale formy okazywania radości też mogą być patologiczne: moja radość i mój ból nie będą pełne, jak ich nie pokażę na Facebooku. Mamy już w internecie filmy pokazujące 24-godzinne przygotowanie człowieka do eutanazji.

Ta narastająca potrzeba pokazywania wszystkim – tak działa internet – co robię i co przeżywam, jest nie do powstrzymania?
Jedna z moich doktorantek na kierunku nauki o rodzinie mierzy się właśnie z tematem ochrony wizerunku dziecka w internecie. Doszliśmy do tego, że być może również prawnie trzeba będzie chronić dziecko przed jego własnymi rodzicami. Zwłaszcza wtedy, gdy nie zdają sobie sprawy, że narażają dziecko na nadużycie i to o wymiarze dożywotnim. Bo jak coś raz do sieci poszło, już w niej zostanie.

Ks. prof. Piotr Morciniec jest kierownikiem Katedry Bioetyki i Etyki Społecznej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego i dyrektorem Instytutu Nauk o Rodzinie WTUO; jest członkiem Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetyki, autorem lub redaktorem kilkunastu monografii naukowych.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
W dniu 20.03.2016 o 13:06, niezdrów napisał:

Naciąłem się tam kiedyś na dwie panie Iwony i odechciało mi się tam więcej bywać. 

Bylem pacjentem WCMu ..zawal korografia by pasy ale bardzo milo wspominam caly personel ktory mna sie zajmowal ... dziekuje im za to ..  zawsze wdzieczny pacjent ..

n
niezdrów

Naciąłem się tam kiedyś na dwie panie Iwony i odechciało mi się tam więcej bywać. 

p
pacjenci

Ten artykuł dedykuję szczególnie niektórym paniom z Przychodni w Chrząstowicach. Mówi się o tej niemiłej obsłudze nie tylko w miejscach publicznych ale i na rodzinnych spotkaniach.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3