Piłkarze. Z białym orłem, z czarnym orłem

    Piłkarze. Z białym orłem, z czarnym orłem

    Krzysztof Ogiolda

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Piłkarze. Z białym orłem, z czarnym orłem
    Ernest Wilimowski przed wojną grał w reprezentacji Polski, w czasie wojny reprezentował Niemcy. W PRL-u uważano go za zdrajcę. Fryderyk Scherfke, autentyczny Prusak, grał w koszulce z białym orłem na mistrzostwach świata.
    Piłkarze. Z białym orłem, z czarnym orłem
    Wilimowski był na pewno najsłynniejszym i najbardziej utalentowanym spośród poprzedników Klosego i Podolskiego.

    W 86 meczach w lidze dla Ruchu Wielkie Hajduki (dziś Ruch Chorzów) zdobył 112 goli. 22 razy zagrał w reprezentacji Polski i 21 razy trafił w nich do siatki. Dla Niemiec grał 8 razy, zdobywając 13 goli. Był pierwszym w historii piłkarzem, który w jednym meczu na mistrzostwach świata zdobył 4 gole (był to mecz Polska - Brazylia: 5-6 na turnieju we Francji w 1938). Nic dziwnego, że Fritz Walter, słynny reprezentant Niemiec, mówił o nim, że jest jedynym graczem na świecie, który zdobył więcej goli, niż miał na boisku okazji do ich strzelenia.
    Pradella znaczy Wilimowski

    Urodził się w 1916 roku w Katowicach jako Ernst Otto Pradella. W 1922 stał się obywatelem Rzeczypospolitej. Nazwisko Wilimowski przejął od ojczyma dopiero w wieku 13 lat (ojciec zginął w czasie I wojny światowej). Mówił po niemiecku i gwarą śląską.

    - To jest bardzo złożona postać - mówi Thomas Urban, korespondent "Süddeutsche Zeitung" w Warszawie i autor książki (wydanej po niemiecku) "Czarny orzeł, biały orzeł. Niemieccy i polscy piłkarze w trybach polityki". - Urodził się w Niemczech, potem był obywatelem Polski, potem znów Niemiec. W czasie wojny opuścił Śląsk i przeniósł się w głąb Rzeszy i pozostał w Republice Federalnej, ale zawsze zapewniał, że bardzo za Śląskiem tęskni.

    Urban zwraca uwagę, że jedną z osób, która obserwowała genialny mecz Wilimowskiego z Brazylią, był trener reprezentacji Niemiec Sepp Herberger.
    - Spodziewał się, że w kolejnej rundzie jego drużyna zagra z Brazylijczykami, tymczasem Niemcy przegrały ze Szwajcarią i odpadły. Rok po francuskim mundialu rozpoczęła się II wojna światowa.

    Teodor Peterek, inny napastnik Ruchu Wielkie Hajduki, mówił po latach, że Wilimowski sam dobrowolnie zgłosił się do władz niemieckich zaraz po zajęciu przez nie Katowic w 1939 roku, by grać w niemieckim klubie.

    Inny śląski piłkarz, Paweł Lubina, pamięta tę sytuację inaczej. Jego zdaniem, Wilimowskim powodował strach przed niemieckim kreisleiterem Georgiem Joschke. Nazistowski funkcjonariusz miał do Ernesta Wilimowskiego żal za zmianę barw klubowych z mniejszościowego niemieckiego klubu 1. FC Kattowitz (gdzie piłkarz debiutował w 1927 roku) na polski klub Ruch Wielkie Hajduki.
    Na dwa, częściowo sprzeczne sposoby świadkowie tłumaczą też grę Wilimowskiego w reprezentacji Niemiec w 1941 roku. Według jednej z wersji zmuszono go szantażem po aresztowaniu matki przez gestapo i osadzeniu jej w obozie. Ale pojawiły się także głosy, że Herberger chciał powołać byłego napastnika Ruchu do kadry już wcześniej. Nie zgadzali się na to nazistowscy ideolodzy niechętni kadrowiczowi, który był tylko volksdeutschem. Gdy w końcu dostał powołanie, postawił warunek: będę dla was grał, jeśli zwolnicie moją matkę.

    Scherfke - Prusak z białym orłem
    - Wilimowski podyktował po latach swoje wspomnienia zięciowi, ale trochę w nich konfabulował albo przynajmniej niedokładnie pamiętał przeszłość - ocenia Thomas Urban. - W każdym razie podaje fakty nigdzie nie potwierdzone.
    W PRL-u Wilimowski uchodził za zdrajcę. Wypominano mu, że nie dość, iż grał dla Niemiec, to jeszcze występował w latach 1940-1942 w policyjnym klubie w Chemnitz. Wciągnął go tam prawdopodobnie wujek, oficer policji. Sam Wilimowski nigdy w mundurze nie służył, ale przylgnęła do niego łatka hitlerowskiego funkcjonariusza. - O tyle niesłusznie - uważa Thomas Urban - że nie dał się wciągnąć w tryby propagandy Goebbelsa i w przeciwieństwie do niektórych ówczesnych piłkarzy nie wychwalał w wywiadach Hitlera ani jego ataku na Polskę. Kiedy jego klub w Pucharze Niemiec trafił na drużynę SS ze Strasburga, Wilimowski już w szatni miał zapowiadać, że im pokaże. Dotrzymał słowa - strzelił w tym meczu 7 goli.

    Zdaniem Urbana, w zjednoczonej Europie Wilimowskiego należy oceniać nie aż tak surowo jak dawniej. Jako piłkarz nie miał wpływu na globalną historię. Na pewno chciał przeżyć i chciał uniknąć frontu.

    - W PRL-u przez pewien czas tak bardzo odcinano się od Wilimowskiego, że nawet jego bramki zdobyte w meczu z Brazylią przypisywano kapitanowi reprezentacji, Szczepaniakowi. Myślę, że dziś Polacy i Niemcy mogą być dumni, że mieli takiego piłkarza - uważa niemiecki korespondent.
    W tamtym pamiętnym meczu z Brazylią pierwszą bramkę dla Polski (z karnego) zdobył Fryderyk Scherfke.

    - To był autentyczny Niemiec, Prusak i protestant - mówi Thomas Urban. - Ale jego rodzina została po pierwszej wojnie światowej w Poznaniu, a Fritz został najlepszym napastnikiem Warty Poznań (w 1929 zdobył z nią mistrzostwo Polski).
    Scherfke reprezentował Polskę na olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku oraz na wspomnianych wyżej mistrzostwach świata. W jednym meczu był nawet kapitanem reprezentacji Polski. Kiedy Poznań został w czasie wojny włączony do Rzeszy, grał w niemieckim klubie 1. FC Posen. Jednocześnie chronił przed prześladowaniami nazistów swoich byłych kolegów z Warty i z kadry. Udało mu się m.in. wydobyć z niewoli bramkarza Mariana Fontowicza.

    Brakujących do tej biografii informacji o wojennych losach Scherfkego Urban zaczął szukać w Niemczech.

    - Wiedziałem, że po wojnie Scherfke zamieszkał w Berlinie Zachodnim. Ponieważ nie jest to nazwisko szczególnie w Niemczech popularne - opowiada - zacząłem szukać w internecie i w książce telefonicznej. Po wielu próbach trafiłem na jego syna, Michaela Scherfke. Początkowo nie chciał rozmawiać z dziennikarzem. Był zrażony informacją - nieprawdziwą - która ukazała się w Niemczech, że ojciec był w gestapo. Wysłałem mu swoje książki o historycznych relacjach polsko-niemieckich. Oddzwonił za trzy dni. Spotkaliśmy się w kawiarni pod Frankfurtem. Dowiedziałem się od niego, że ojciec trafił jako żołnierz Wehrmachtu na front wschodni, potem był w Jugosławii. W 1945 znalazł się w wojskowym szpitalu. Na rehabilitację wrócił do Niemiec. Zdążył zabrać żonę i urodzonego w 1941 r. synka i ujść przed Rosjanami.

    O tym, że ojciec ratował w Poznaniu dawnych kolegów, Michael nie wiedział. Scherfke senior nigdy nie rozmawiał z nim o piłce nożnej ani o wojnie. Syn podejrzewał nawet, że miał coś na sumieniu.

    W archiwalnym numerze "Kickera" Thomas Urban znalazł informację, że początkowo Scherfke był szefem działu piłki nożnej w administracji sportowej Kraju Warty, kapitanem i prezesem klubu FC Posen. Prawdopodobnie dzięki tej pozycji mógł pomagać dawnym kolegom z boiska. W końcu gestapo zwróciło na niego uwagę. Usunięto go z urzędu i wysłano na front.

    To, że Scherfke nie należał do SS ani do gestapo, potwierdzają dokumenty poznańskiego IPN-u. Zachowały się listy ich członków z okresu wojny. Nie ma na nich byłego napastnika Warty Poznań.

    Według ustaleń Thomasa Urbana w różnych drużynach niemieckich grało aż 8 uczestników historycznego meczu z Brazylią: Dytko, Wodarz, Piontek, Wilimowski, Góra, Nyc, Piec i Scherfke.
    - Ci, którzy wrócili po wojnie do kraju, nie byli z tego powodu po wojnie jakoś szczególnie szykanowani, ale ten epizod w ich oficjalnych biografiach pomijano.

    Niemiecki trener polskiej kadry
    Trochę zapomnianą ciekawostką polsko-niemieckich relacji piłkarskich jest to, że w latach 30. przez blisko dwa lata reprezentację Polski prowadził niemiecki trener, Kurt Otto.

    - Był przyjacielem Seppa Herbergera - przypomina Thomas Urban. - Reprezentację Polski prowadził w latach 1935-1937, czyli w okresie oficjalnej przyjaźni obu krajów. PZPN zatrudnił go, gdy okazało się, że Polska nie zakwalifikowała się do mistrzostw świata 1934 roku. Działacze uznali, że trener Schalke 04, wicemistrza Niemiec, wpoi polskim piłkarzom zasady nowoczesnej taktyki. Otto prowadził m.in. Polaków na olimpiadzie w Berlinie. Drużyna zajęła tam 4. miejsce, co nie zostało uznane za sukces. Prowadzona przez niego drużyna osiągnęła wprawdzie w 1936 roku historyczny, pierwszy remis z Niemcami, ale Otto nie utrzymał posady.

    Po jego zwolnieniu zagranicznego trenera wziął w obronę m.in. "Przegląd Sportowy". Oceniono, że udało mu się unowocześnić polską piłkę nożną i podporządkować sobie ówczesne gwiazdy reprezentacji. Uważano, że należało dać mu więcej czasu.

    W końcu 1940 roku Otto został trenerem niemieckiej reprezentacji Śląska, zaprosił do niej wielu byłych polskich kadrowiczów.

    Podwójne boiskowe życie
    W swojej książce Thomas Urban opisał także życie piłkarskie w Generalnym Gubernatorstwie. Podwójne życie.

    Z jednej strony Niemcy prowadzili w GG oficjalne rozgrywki swoich drużyn. W 1940 roku działało tam ok. 80 klubów niemieckich. Swoje mannschafty miały formacje wojskowe i grupy zawodowe. Włączono je do ogólnoniemieckiego systemu rozgrywek.

    - Z drugiej strony - dodaje Thomas Urban - Polakom nie wolno było uczestniczyć w oficjalnym życiu sportowym. Okupant rozumiał doskonale, że sport dodaje sił społeczeństwu i może być okazją do patriotycznych manifestacji. Zakazano więc także rozgrywek piłkarskich.

    Mimo to zarówno w Warszawie, jak i w Krakowie odbywały się konspiracyjne rozgrywki z udziałem wielu ważnych klubów - Wisły, Cracovii czy Polonii Warszawa. Przyznawano tytuły i wręczano puchary.
    - Naturalnie nie można było grać w wielkich miastach, gdzie obserwacja była bardzo wnikliwa - mówi Thomas Urban. - Rozgrywki przenoszono więc na boiska miasteczek, a często i wsi wokół Warszawy i Krakowa. W trakcie meczu obserwatorzy pilnowali drogi, by grających zawodników nie zaskoczył niemiecki patrol.

    W książce "Czarny orzeł, biały orzeł..." znalazł się między innymi opis meczu rozegranego na Wielkanoc 1943 roku między konspiracyjną reprezentacją Warszawy i Krakowa.

    - Krakusi przyjechali pociągiem - opowiada Urban. - Z jego obsługą ustalono, że skład zwolni przed miastem, a zawodnicy wyskoczą w biegu. Do Piaseczna przyszli na piechotę. I tam doszło do meczu rozegranego w pełnej konspiracji, choć w obecności 10 tys. widzów. Zakończył się wynikiem 1:1. Zajęci tłumieniem powstania w getcie warszawskim Niemcy nie zareagowali.

    Nie wszyscy piłkarze mieli tyle szczęścia. Zdaniem Thomasa Urbana 50 piłkarzy pierwszoligowych znalazło się w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Powody ich aresztowania były przeróżne, często nie związane z ich działalnością sportową.
    - Niemcy zamordowali w obozach lub w gettach 10 reprezentantów Polski. Wśród nich było czterech zawodników narodowości żydowskiej. Najbardziej znany z nich, Leon Sperling, legendarny skrzydłowy Cracovii, reprezentant Polski i uczestnik olimpiady w Paryżu (1924) zginął w 1941 zastrzelony na ulicy lwowskiego getta przez gestapowca (miał wówczas 41 lat). Więźniem KL Auschwitz był też bramkarz reprezentacji Edward Madejski, po wojnie prześladowany także przez UB.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (14)

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się
    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (14) forum.nto.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo