reklama

Prekariusze, czyli jak się plecie życie śmiecie

Jolanta Jasińska-MrukotZaktualizowano 
Od lewej: Elżbieta Flisak, Ewa Kurczyna i Ewelina Szmyd. Mają już dość takiego życia, ale się nie buntują.<br>
Od lewej: Elżbieta Flisak, Ewa Kurczyna i Ewelina Szmyd. Mają już dość takiego życia, ale się nie buntują. Fot. Sławomir Mielnik
Ewa, Ela i Ewelina, trzy opolanki w różnym wieku. Energiczne, wykształcone, wiele potrafią, ale stałej pracy znaleźć nie mogą. Jak im się trafi jakaś, to na krótko, za grosze i bez ubezpieczenia. Śmieciówka. Życie bez nadziei na etat.

Ludzie tacy jak one mają już swoją naukową nazwę - prekariusze. Prekariat to nazwa powstała z połączenia angielskiego precarious, czyli niepewny, ze słowem proletariat.

Ewa, Ela i Ewelina mają już dość takiego życia, ale się nie buntują. Pracy wprawdzie brak, ale jest tyle rzeczy do zrobienia. Z poświęceniem, pasją i oczywiście - za darmo, robią tak wiele dla innych. Dla otoczenia.

59-letnia Ewa Kurczyna rozkłada książkę na kolanach, przerzuca kolejną kartkę, zanim pojawi się pierwszy amator lodów.

- Co to dzisiaj pani czyta? - pyta urzędniczka z pobliskiego banku przy ulicy Krakowskiej w Opolu, zanim poprosi o dużą porcję kręconych.

- Księdza Tischnera… - odpowiada Ewa i próbuje tłumaczyć jego filozofię, podsuwając jednocześnie waflowy pojemnik pod wlot maszyny do lodów.

Po urzędniczce do okienka zagląda dziewczyna z pobliskiego sklepu. Nie prosi o lody, ale o radę.

- Dziecko mam chore, no to zostawiłam z sąsiadką. Nie wiem, co robić, pójść do domu i olać tę pracę? - pyta rozżalona i zaczyna płakać. - Ale za co wykupię leki? Widzi pani, zapieprzam u nich fizycznie jak osioł od ponad dwóch lat. Skończyłam politologię i dalej tylko śmieciówka...

Trudno tu o dobrą radę, dziewczyna odchodzi, a Ewa się zamyśla. Przepracowała 35 lat, z czego ponad siedem na śmieciówkach.

- Pewnie, że za ten czas nie mam składek do ZUS, ale wcześniej coś mi się tam uskładało - dodaje Ewa. - Coś dostanę na starość. Jednak z młodymi to będzie dramat…

W przeszłości Ewa przez 15 lat była inspicjentem w teatrze, potem długo dziennikarką radiową, a przez trzy lata nawet szefową radia. Niespodziewanie przyszedł taki moment, że została bezrobotną i nie mogła nigdzie znaleźć pracy. Przeszła 28 różnych szkoleń organizowanych przez różne instytucje i zdobyła tyle samo różnych certyfikatów.

- Nikomu niepotrzebnych, bo sprzedaję teraz lody - kwituje. - W Opolu takich jak ja, po podobnych szkoleniach, są setki. One rzadko dają przygotowanie do pracy, służą tylko tym, którzy je organizują.

No, bo jaką pracę da kurs „doradcy koleżeńskiego ds. samopomocy” albo „metodologii przygotowania szkoleń dla trenerów biznesu”?

Za jedyny sensowny uważa naukę języka migowego.

- Wtedy mówiono, że w każdym urzędzie, w każdej przychodni ma być zatrudniony „migający” tłumacz - wspomina. - I jak zwykle na opowieściach się skończyło. No, ale nikt mi nie zarzuci, że się nie chciałam rozwijać.

Przez dwa lata pracowała z głuchoniemymi.

- I to normalnie, z umową o pracę, to był taki unijny projekt - opowiada. - Ale obcięto fundusze, były redukcje etatów, więc się skończyło.

Z projektami jest często tak jak ze szkoleniami.

- Dużo szumu propagandowego, ale wynik często słaby - stwierdza Ewa. - W tym, w którym pracowałam, miałam pod opieką niepełnosprawną kobietę, która przez chorobę straciła wzrok. Była urzędniczką w poważnej firmie, przygotowywałam ją do nowego życia, tak, żeby weszła na rynek pracy.

Odpowiedzialni za projekt określili czas jego realizacji, nierealny, żeby przyniósł efekt.

- Wszyscy wiedzieli, że to niemożliwe - podkreśla. - Na zakończenie w papierach wszystko się zgadzało, ale tak po ludzku, nic nie było w porządku. Po zakończonym projekcie, sama, z własnej inicjatywy i za darmo nadal przychodziłam do tej kobiety, żeby naprawdę ją przygotować do życia.
Potem pracowała już tylko na umowę-zlecenie, często za darmo.

- Przyjęto mnie do pracy w luksusowym salonie kosmetycznym, na wejściu usłyszałam, że pieniądze będą za trzy miesiące - mówi. - Spisano niby ze mną umowę, ale pieniędzy nie zobaczyłam. Bo dzisiaj jest moda na sukces, a nie uczciwe traktowanie innych.

W Polsce rynkowej na umowę-zlecenie prowadziła też świetlice socjoterapeutyczne dla dzieci z trudnych środowisk, była instruktorem harcerskim.

- Szukałam pracy w urzędach, firmach i wielu innych miejscach, a żeby się utrzymać, sprzątałam ludziom mieszkania - opowiada. - Później jeździłam do Holandii, gdzie pracowałam fizycznie w chłodniach, oraz do Francji, gdzie pracowałam w winnicach i na plantacjach pomidorów.

Czy była rozżalona, że robi coś poniżej swojej wiedzy, kompetencji i umiejętności?

- Traktowałam te fizyczne zajęcia jak zakaźną chorobę, przez którą się przechodzi, by potem było lepiej - tłumaczy. - Liczyłam, że tak jak w całym kraju, w końcu musi być lepiej.

Czas, kiedy uporczywie szukała stałej pracy, dawno minął.

- Przecież tego nie zmienię - stwierdza. - W takiej sytuacji jest wiele ludzi, do tego młodych i wykształconych. Dobra strona tej złej sytuacji jest taka, że nie muszę czapkować głupiemu szefowi, a wielu moich znajomych tak musi. Mogę też czytać do woli, na co wcześniej nie zawsze mogłam sobie pozwolić. No i zainteresowała mnie praca z ludźmi z alzheimerem, nawet znalazłam miejsce, gdzie będę mogła zgłębiać wiedzę o tej chorobie.
Wykształceni bez jutra

36-letnia Elżbieta Flisak z Opola należy do pokolenia, które słyszało, że na rynku pracy najważniejsze jest wykształcenie i znajomość języków. Zna angielski i niemiecki. Greckiego nauczyła się sama. W Grecji kilka firm do dzisiaj bazuje na efektach jej pracy.

- Szkoda tylko, że jest i taka, która mi do dzisiaj za tłumaczenia z niemieckiego na grecki nie zapłaciła - dodaje.

Zanim wyjechała za granicę, długo szukała pracy w Polsce.

- Zawsze, wysyłając CV, staram się upewnić, czy wymogi stawiane przez firmy albo instytucje publiczne spełniam na co najmniej 90 procent - mówi Elżbieta. - Mam wysokie kwalifikacje, ale to na nic się zdaje. Odnoszę wrażenie, że w instytucjach publicznych wakaty są „rezerwowane”, zanim ogłoszą konkurs. Konkursy są więc organizowane dla formalności.

Codzienność to obietnice stałego zatrudnienia wraz z ubezpieczeniem oraz niedotrzymywanie pisemnej lub ustnej umowy. Spotkało ją to wiele razy.

- Aż trudno wyliczyć, w ilu firmach i instytucjach - podkreśla Elżbieta. - Tak w Polsce, jak i Grecji.

Tyle że nieuczciwe podejście do pracownika odbija się też na firmach, bo pracownik szybko przestaje się angażować.

- Najgorsze, że pracodawcy wymagają „wielofunkcyjności” od jednego pracownika, żeby działał na różnych frontach firmy i znał się na wszystkim. A jeden człowiek nie może być omnibusem.

W Grecji pracowała w wielu miejscach, m.in. w biurze turystycznym oraz w firmie… meblowej, gdzie miała być osobą od kontaktów zagranicznych. Ale była od wszystkiego - wielofunkcyjna, także od sprzątania.

Jeden z pracodawców obiecywał, że będzie pracownikiem recepcji na osiem godzin z normalną umowę o pracę.

- Ale zostałam bez powodu przeniesiona i nocami w oparach dławiącej nikotyny mieszałam drinki, nie znając się na alkoholach - wspomina. - Po sześciu godzinach snu, umyta w zimnej wodzie, podawałam śniadania i sprzątałam. Do pracy wychodziłam przez balkon, bo drzwi do pustego hotelu, w którym miałam nocleg bez ogrzewania, były zamykane pod pretekstem, że „nie ma ludzi”. Umowa o pracę? Ciągle słyszałam „jutro, jutro”. A z ustalonej wcześniej kwoty wypłaty wyszarpałam zaledwie połowę.

Niedawno wróciła do Polski

- Żeby być bliżej spraw, które ostatnio dzieją się w Opolu i w kraju - tłumaczy Elżbieta, która z pasją angażuje się w społeczne ruchy ochrony jakości życia. - Z dnia na dzień rzuciłam stałą pracę w Atenach. Zrobiłam to bez żalu, bo i tak w Grecji nie da się już egzystować. Los tamtego kraju jest ostrzeżeniem dla Polski.
Nie gniewam się na życie

Ewelina Szmyd na studia do Opola przyjechała z Krosna, już jako specjalista od animacji kultury społeczności lokalnych.

- W Opolu się zakochałam, bo jest w nim coś, czego nie odnajduję w innych miastach - mówi 31-letnia Ewelina. - I nie zamierzam go nigdy opuścić. Chociaż… - przerywa na chwilę. - Tutaj jest krucho z pracą. Na razie jeszcze pracuję, ale od stycznia mogę zostać bez zajęcia.

Ewelina, kiedy opuszczała Krosno, nie przypuszczała, że w przyszłości będzie opiekunką-nianią. Na pedagogice UO studiowała animację z arteterapią. Na studiach już zaczęła szukać pracy.

- O domu kultury czy bibliotece nawet nie ma co marzyć, każdy chciałby tam pracować - stwierdza. - Fascynuje mnie kultura alternatywna, ale kiedy urząd pracy organizował kurs dla opiekunek dziennych w ramach projektu „Powrót do zatrudnienia”, to uznałam, że nie ma co wybrzydzać.

Wśród kursantek były pielęgniarki przed emeryturą i gospodynie domowe - od wielu lat bezrobotne. Obok nich Ewelina i jeszcze jedna studentka. Tak pasjonatka kultury alternatywnej z dyplomem magistra w garści została wykwalifikowaną opiekunką-nianią.

- Nie gniewam się na rzeczywistość - mówi Ewelina. - Nie każdy zostanie urzędnikiem, a praca z małymi dziećmi jest satysfakcjonująca. I jest to praca ustabilizowana, co pozwala mi jeszcze na inne zajęcia. A w Opolu odkryłam tyle ważnych dla siebie przestrzeni…

Ewelina lubi działać, należy do trzech stowarzyszeń i jednej fundacji. Jednym jest grupa nieformalna „Jedzenie zamiast bomb”, które zajmuje się przygotowywaniem posiłków dla bezdomnych.

W kolejnym stowarzyszeniu, „Piasta Opole”, promuje ekologiczny styl życia, korzystanie z rowerów zamiast samochodów. Swoją energią Ewelina obdzieliłaby połowę opolan. I nauczyłaby ich, jak czerpać radość z każdego dnia.
Czy będą się buntować?

Ewa, Elżbieta i Ewelina to osoby, które można zaliczyć do prekariuszy, ludzi bez stałych godzin pracy, bez ubezpieczenia - bez pewności i stabilizacji. Liczba sfrustrowanych prekariuszy rośnie, niektórzy widzą w nich zarzewie wielkiego buntu na skalę 1968 roku.

- Buntu nie będzie - twierdzi prof. Janusz Czapiński, socjolog, autor „Diagnozy społecznej”. - Bunty, które wybuchają w Europie, mają różne podłoża, więc nie można mówić o międzynarodowym problemie. Skala problemu osób na śmieciówkach nie jest na tyle duża, aby zagrażać wybuchem społecznym.

Niektórzy twierdzą, że na umowach śmieciowych pracuje blisko 30 proc. Polaków. Tyle że do tej grupy zaliczają też pracujących na umowy terminowe oraz samozatrudnionych. Według prof. Czapińskiego, wśród tych ostatnich ponad połowa to rolnicy żyjący ze swych gospodarstw, a wśród pozostałych jedna trzecia sama wybrała taką formę kontraktu, ponieważ nie chce się wiązać z pracodawcą. Jeszcze inni nie myślą o emeryturach, mają złe zdanie o składkach.

- Należałoby zapytać osoby, które mają niepewne źródło utrzymania, czy to jest ich wybór, czy sytuacja przymusowa - dodaje prof. Czapiński. - Obraz prekariatu to obraz bardzo złożony.

Według socjologa, na klasycznych śmieciówkach pracuje w Polsce tylko 7 proc. zatrudnionych. Ci, którzy pracują tak z konieczności, mogą być sfrustrowani.

Czy w takim razie nie ma problemu na polskim rynku pracy?
- Ależ jest i to olbrzymi! - mówi prof. Czapiński. - Największym problemem jest rosnąca przepaść pomiędzy kompetencjami, możliwościami zawodowymi Polaków, szczególnie młodych, a charakterem powielająco-montażowym naszej gospodarki. Przecież nigdy te ich kompetencje nie będą wykorzystane.

Marnujemy olbrzymi potencjał. Gdybyśmy go potrafili wykorzystać, rozwijalibyśmy się dwa razy szybciej niż teraz. Marnujemy ludzi.

- Takich jak ja, niezadowolonych, nierzetelnie traktowanych, jest coraz więcej - mówi Elżbieta. - Problem istnieje wszędzie, nie dotyczy tylko Opola czy Polski. Wszędzie występuje klimat braku przychylności dla uczciwych ludzi. Bo to nie jest tak, że praca nie jest do zdobycia dla prekariusza. Jest, ale często za cenę sprzeniewierzenia się sobie. Zdarzało się, że oczekiwano ode mnie, że będę szkalować swojego przełożonego albo obojętnie przyglądać się zwyrodniałym zachowaniom niektórych osób.

Ewa, Elżbieta i Ewelina nie narzekają, ale nie wszyscy tak mogą, potrafią i chcą. I nie do końca się zgadzają z prof. Czapińskim, że buntu nie będzie.

- Ja z tej sceny już schodzę, przechodzę na emeryturę, ale młodzi będą się buntować - uważa Ewa Kurczyna.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3