Prof. Antoni Dudek: Dla Kaczyńskiego najważniejsza jest partia, dopiero później państwo, którym ta partia rządzi

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Prof. Antoni Dudek: Ziobro będzie przekonywany przez swoje otoczenie, może nawet przez małżonkę, żeby się opamiętał
Prof. Antoni Dudek: Ziobro będzie przekonywany przez swoje otoczenie, może nawet przez małżonkę, żeby się opamiętał Bartek Syta
Grillowanie dopiero się zacznie. Wstępem będzie usunięcie Ziobry z rządu. Ale na przykład żona ministra Ziobry jest w zarządzie spółki zależnej od PZU i za chwilę może jej tam nie być. To przykład grillowania samego Ziobry. A przecież można to krok po kroku, rozszerzać na kolejnych polityków SP, którzy wraz z rodzinami skolonizowali w minionych latach – zgodnie zresztą z ukształtowaną już wcześniej praktyką – aparat państwa i licznych spółek doń należących – mówi prof. Antoni Dudek, politolog.

W co gra pan Jarosław Kaczyński? Trudno uwierzyć, że nie był świadomy konsekwencji związanych z głosowaniem nad ustawą o ochronie zwierząt.

Myślę, że on mógł zakładać, że konflikt z koalicjantami, a raczej pół-koalicjantami – później wyjaśnię, dlaczego nie uważam ich za normalnych koalicjantów – że ten konflikt wybuchnie z innego powodu, a akurat w tej sprawie Solidarna Polska nie pójdzie z nim na wojnę. Natomiast trzeba jasno powiedzieć, że konflikt między Ziobrą a Kaczyńskim nie dotyczy ustawy o ochronie zwierząt; ona jest tylko pretekstem, który Ziobro wybrał. Byłby jeszcze drugi pretekst, czyli tak zwana ustawa COVID-owa, inaczej abolicyjna (dla Morawieckiego i Sasina za wybory pocztowe), gdyby jej nie wycofano. Powód prawdziwy jest zupełnie inny i wiąże się z fiaskiem pomysłu integracji Solidarnej Polski z PiS-em. Uważam za prawdziwe informacje mówiące o tym, że Ziobro nie tak dawno zaproponował Kaczyńskiemu wielkie zjednoczenie: powrót Solidarnej Polski do macierzy, czyli do PiS-u. Dla niego byłaby to szansa na włączenie się do walki o sukcesję po starzejącym się prezesie PiS.

Tylko że Jarosław Kaczyński odmówił Zbigniewowi Ziobrze.

Tak jest. A wtedy Ziobro uznał, że Kaczyński szykuje jego polityczną egzekucję, która nastąpi najdalej przy okazji wyborów w 2023 roku. Przypuszczam, że Zbigniew Ziobro w trakcie ostatnich negocjacji zażądał pisemnych gwarancji, iż on i jego ludzie dostaną konkretne miejsca na listach wyborczych Zjednoczonej Prawicy, a de facto na listach PiS-u w 2023 roku. A że Kaczyński nawet tego dać nie chciał, to doszło do kryzysu. Inne rzeczy są tylko dodatkiem.

Można też przyjąć, że ustawę o ochronie zwierząt Jarosław Kaczyński potraktował jako test lojalności? A również jako okazję do podgrillowania koalicjantów?

Test lojalności – zgoda. Natomiast grillowanie dopiero się zacznie. Co rozumiemy przez grillowanie? Jest to uświadamianie komuś, że jest słaby i nie jest w stanie się obronić przed różnymi działaniami, które zostaną podjęte przeciwko niemu. Wstępem będzie oczywiście usunięcie Ziobry z rządu. Ale na przykład żona ministra Ziobry jest w zarządzie spółki zależnej od PZU i za chwilę może jej tam nie być. To przykład grillowania samego Ziobry. A przecież można to stopniowo, krok po kroku, rozszerzać na kolejnych polityków SP, którzy wraz z rodzinami skolonizowali w minionych latach – zgodnie zresztą z ukształtowaną już wcześniej praktyką – aparat państwa i licznych spółek doń należących.

15 posłów PiS zostało zawieszonych w prawach członków partii. Może dla Jarosława Kaczyńskiego ta ustawa jest tak ważna, bo stałaby się jego politycznym testamentem, a on sam zapamiętany jako polityk, który skończył w Polsce z okrucieństwem zwierząt?

To również jest istotne. Nie jest to jedna z wielu ustaw. Zgadzam się, że prezes PiS ma do niej osobisty stosunek i stąd być może jego reakcja była w związku z tym niewspółmiernie silna. Gdyby jednak lepiej przygotował grunt, to tej burzy mogło nie być. Nie zdziwilibyśmy się wszak aż tak bardzo, gdyby Kaczyński i Ziobro przed głosowaniem ogłosili na wspólnej konferencji, że w tej sprawie ich środowiska polityczne się różnią, ale dalej ze sobą współpracują i nic się nie zmieniło. Przecież ustawa i tak przeszła. Nie byłoby tej całej burzy. Najwyraźniej jednak Kaczyński postanowił postawić Ziobrę pod ścianą. Bo uznał, że to jest najlepszy moment do pacyfikacji mnożących różne żądania obu pół-koalicjantów.

Jaka może być teraz przyszłość tych relacji?

Ona się nie rysuje dla nich różowo, bo o Gowinie Kaczyński w wywiadzie, którego udzielił tygodnikowi „Sieci” parę dni wcześniej, powiedział bardzo lodowato, że pewnie trzeba Gowina przywrócić do rządu, ale „wielu ludzi z naszego obozu tego nie rozumie”, bo ten w maju przekroczył nieprzekraczalną granicę lojalności doprowadzając do przesunięcia terminu wyborów prezydenckich. Dlatego zdziwiłbym się, gdyby ludzie Gowina i ludzie Ziobry dostali miejsca na listach wyborczych PiS-u jeszcze kiedykolwiek.

Dlaczego zagłosowaniu za ustawą o ochronie zwierząt sprzeciwiła się część posłów PiS? Przecież Jarosław Kaczyński jasno wyłożył, czego od nich oczekuje, z jego ust padły ostrzeżenia; mówił też, że ogon nie będzie machał psem.

Kiedy mówił o ogonie machającym psem, to raczej miał na myśli Solidarną Polskę i tych ludzi w PiS, którzy są związani z lobby futrzarskim. Są wśród nich pewnie i tacy, którzy są po prostu sfrustrowani spadkiem znaczenia swojej osoby (tu dobrym przykładem jest były minister Henryk Kowalczyk i kończący ministerialną misję Jan Krzysztof Ardanowski), którzy dali wyraz swojemu niezadowoleniu. W tle tego buntu jest też wpływowy wśród części polityków PiS ojciec Tadeusz Rydzyk. Ojciec dyrektor zareagował zresztą jako pierwszy i już nazajutrz po konferencji prasowej Kaczyńskiego, publicznie skrytykował piątkę dla zwierząt. Doskonale wiemy, że projekt podobnej ustawy był już wniesiony w 2017 roku i wtedy pod presją ojca dyrektora został wycofany. Wówczas Kaczyński stał przed nadciągającym czwórbojem wyborczym – za rok miały być wybory samorządowe, później kolejne i Radio Maryja, TV Trwam i „Nasz Dziennik” były mu potrzebne. A jak bardzo były potrzebne – widać było choćby przy ostatnich wyborach prezydenckich, kiedy, przypomnę, między pierwszą a drugą turą Jarosław Kaczyński pojechał do Torunia i w Telewizji Trwam oraz Radiu Maryja długo i mocno przekonywał starszych słuchaczy, że mimo pandemii trzeba pójść i zagłosować na Andrzeja Dudę. Do tego momentu wychodzenie z tego typu ustawą było nie do przyjęcia. Natomiast już po tych wyborach Kaczyński uznał, że teraz jest najlepszy moment, żeby tę sprawę załatwić, bo ona istotnie osobiście leży mu na sercu. Kaczyński naprawdę uważa, że w Polsce nie powinno być przemysłu futrzarskiego, nie mówiąc już o psach na łańcuchach i innych rzeczach, które zmienia ta ustawa. Nie jest więc dla mnie zaskoczeniem, że prezes PiS teraz z tym wyszedł.

Wyobraźmy sobie, że ukarana grupa posłów PiS przechodzi do Solidarnej Polski. PiS traci większość w parlamencie.

Nie muszą przechodzić do Solidarnej Polski. Już bez samej Solidarnej polski PiS nie ma większości, bo przypomnę, że stała przewaga Zjednoczonej Prawicy wynosi pięć mandatów. „Ziobrystów” jest 19, a „gowinowców” jest 18. Tyle tylko, że podobny kryzys mieliśmy w maju, z udziałem „gowinowców” i okazało się po nim, że Zjednoczona Prawica dalej funkcjonuje. Mimo że były próby przeciągnięcia ludzi Gowina bez Gowina, to ostatecznie utknęło to na jakimś etapie, o którego personalnych szczegółach wie tylko prezes Kaczyński. Inaczej mówiąc, z faktu, że ci wszyscy ludzie zagłosowali wbrew woli Kaczyńskiego w tej konkretnej sprawie i w konsekwencji ich ukarano, nie oznacza, że oni nagle zmienią front. Wrócę do tego, dlaczego nie nazywam ani Solidarnej Polski, ani Porozumienia Gowina koalicjantami…

… tylko pół albo ćwierć koalicjantami.

Właśnie. Chcę to wyjaśnić. Pełnoprawny koalicjant to jest partia polityczna, która przekracza samodzielnie próg wyborczy, a w konsekwencji wchodzi do Sejmu i ma poczucie pewnej samodzielności. Takim koalicjantem dla PiS mógłby być np. PSL lub Konfederacja. Tymczasem ani partia Gowina, ani partia Ziobry nigdy samodzielnie nie weszła do Sejmu i wszystkie znane mi sondaże wskazują na to, że to jest niemożliwe. W związku z tym nie mogą tak po prostu opuścić koalicji na takiej zasadzie, że „byliśmy w rządowym porozumieniu, ale teraz wychodzimy, bo uważamy, że nam się to opłaca i przed następnymi wyborami lepiej nam będzie, jeśli przejdziemy do opozycji”. To są podmioty, które nie są zdolne do samodzielnego politycznego życia parlamentarnego. Oczywiście można by sobie hipotetycznie wyobrazić, że zwłaszcza Gowin, który ma tu dużo większe pole manewru, odchodzi z grupką najwierniejszych posłów Porozumienia i próbuje zbudować jakąś większość alternatywną. Podejrzewam, że taki właśnie scenariusz był tematem jego rozmów z politykami opozycji w czasie kryzysu majowego. Rzecz w tym, że i wtedy, i obecnie opozycja jest kompletnie rozbita i - mówiąc w przenośni - nie ma szans na rząd od Zandberga do Korwin-Mikkego. A tylko taki mógłby aspirować do posiadania większości, bez której nie da się złożyć tzw. konstruktywnego wotum nieufności. Krótko mówiąc, Kaczyński będzie teraz grał na tym, że w tym Sejmie nie ma innej, alternatywnej większościowej koalicji, poza tą, która powstała i powołała rząd Morawieckiego. A nasza konstytucja dopuszcza istnienie rządu mniejszościowego nawet przez całą kadencję. Oczywiście, to rząd, który ma ograniczone pole manewru.

Miałby tylko trwać, wegetować?

Proszę pamiętać, że na razie jeszcze nie nastąpiło przekroczenie żółtej linii, czyli wyrzucenie Ziobry z rządu. A później jest jeszcze linia czerwona, czyli trwałe przejście wszystkich lub większości posłów Solidarnej Polski. Dopiero wtedy rząd mniejszościowy stanie się faktem.

Myśli Pan, że Zbigniew Ziobro zostanie odwołany ze stanowiska ministra sprawiedliwości?

Na poniedziałek zwołano naradę kierownictwa PiS-u i będą o tym decydować. Kaczyński zapewne ma już w tej sprawie jakiś pogląd, ale będzie musiał przekonać do niego kierownictwo. A to się może różnie skończyć. Podejrzewam, że niektórzy uważają, że zachował się zbyt ostro i będą próbowali osłabić napięcie między nim a Ziobrą. Stawka jest bardzo wysoka, bo kierownictwo partii raczej oczekiwało trzech spokojnych lat, a nie widma rządu mniejszościowego i przedterminowych wyborów.

Prezes PiS ma się też spotkać z Mateuszem Morawieckim, a premier raczej będzie za tym, aby Ziobrę zdymisjonować.

Morawiecki – tak, to oczywiste, ale w komitecie politycznym jest ponad 30 osób, w tym właśnie zawieszony Henryk Kowalczyk. Zobaczymy. Moim zdaniem to jest prawdopodobne, że Ziobro zostanie z rządu usunięty. Ale powtórzę: jeśli tak się stanie, to jeszcze nie oznacza, że wszystko się rozsypało i będziemy mieli przedterminowe wybory. Wtedy bowiem znajdziemy się między wspomnianą żółtą i czerwoną linią, czyli będziemy obserwować, jak będą się zachowywać posłowie Solidarnej Polski w przypadku głosowań nad kolejnymi projektami rządowych ustaw. Czy będą, tak jak większość opozycji, każdą ustawę odrzucali i wtedy rząd rzeczywiście będzie zablokowany? Czy też będą pewne odrzucali, a innych jednak nie. Równolegle będzie trwało wspomniane grillowanie polityków SP, ich współpracowników i członków rodzin. To może przybrać formę konkretnych targów, jakie w dziejach III RO zdarzały się już wielokrotnie. Czyli ofert: jeśli poprzecie konkretną ustawę, to jakaś liczba osób z listy nie zostanie nazajutrz wyrzucona, a może nawet ktoś z niej awansuje. W ten sposób rząd mógłby funkcjonować, na zasadzie, że Solidarnej Polski niby w koalicji nie będzie, ale de facto będzie…

… na sznurku.

To może trwać wiele tygodni, a nawet miesięcy. A w tym czasie będą w PiS próby odbudowania większości. Najpewniej w oparciu o jakichś pojedynczych posłów z innych klubów, no bo PSL-u jako całości, nie udało się na razie przekonać. O tym jeszcze nie mówiliśmy. Otóż w ciągu tych pary tygodni po wyborach prezydenckich, o czym prezes Kaczyński powiedział otwarcie, więc nie są to plotki, wysłannicy Kaczyńskiego, a może i on sam, negocjowali z PSL-em przyjęcie tej partii do koalicji.

PSL zaprzeczył, mówiąc, że to fake news.

To, że zaprzeczają jest jasne; politycy zawsze zaprzeczają temu, że rozmawiają z kimś z drugiej strony barykady, chociaż oczywiście rozmawiają. Wiemy, że takie rozmowy były; nie wiemy dokładnie, kto je prowadził, ale wiemy, jaki był finał. Kaczyński powiedział o tym niezwykle szczerze w ostatnim wywiadzie, mówiąc: „Rozmawialiśmy z panem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i rzeczywiście jest trochę inny niż niektórzy politycy PSL, z którymi zdarzało nam się rozmawiać w okresie ostatnich 30 lat, ale generalnie rzecz biorąc, to człowiek, który wydaje się stać jednoznacznie po drugiej stronie. (…) Wiemy, że są tam tacy, którzy chcieliby inaczej, ale są obecnie za słabi, by coś zmienić”. Przekładając nieco ezopową mowę Kaczyńskiego na język bardziej zrozumiały jego wypowiedź wygląda następująco: złożyliśmy PSL atrakcyjną ofertę udziału we władzy, czyli dużo fajnych stanowisk do objęcia, ale ku mojemu zaskoczeniu nawet nie chciał się potargować, jak to mieli w zwyczaju jego poprzednicy. Sprawdziliśmy też, czy nie da się go obalić, ale okazało się, że opozycja przeciwko niemu jest w PSL wciąż, jak na razie, za słaba. Gdyby finał był inny, to Kaczyński najpewniej pożegnałby już Ziobrę, a i Gowina prawdopodobnie też. Miałby innego koalicjanta.

No, ale się nie udało. Co teraz?

Czas pokaże. Może Ziobro się ukorzy, albo też zostawi go większość posłów SP? A może dopiero strach przed przedterminowymi wyborami skłoni niektórych posłów opozycji (np. z Kukiz’15) do zasilenia obozu rządzącego? Dopiero na końcu tej drogi, wobec fiaska innych rozwiązań, jest wariant przedterminowych wyborów. Zatem ja dzisiaj tych wyborów nie wykluczam, natomiast uważam, że czeka nas wiele tygodni testowania innych opcji. Żeby zrobić przedterminowe wybory, konstytucyjnie są tylko dwie możliwości. Pierwsza to samorozwiązanie Sejmu większością dwóch trzecich, ale wtedy trzeba się dogadać z Platformą, a Kaczyński w żadnej sprawie nie chce się dogadywać z Platformą, dlaczego więc miałby się dogadywać akurat w sprawie samorozwiązania Sejmu? To jest dla niego upokarzające, bo musiałby ich o coś prosić. Zostaje mu więc drugi scenariusz – nieuchwalenie budżetu. Jeśli zatem miałyby być przedterminowe wybory, to przypuszczalnie ten właśnie wariant zostanie wybrany. Ponieważ mamy wrzesień, a budżet zwykle uchwala się na przełomie roku, to jest parę miesięcy z opcją rządu mniejszościowego, w ramach którego można testować te różne rozwiązania i oczywiście śledzić sondaże. Ale aby w ogóle wejść na tę drogę, trzeba z rządu wyrzucić Ziobrę. Dopóki Ziobro w nim pozostaje, to można udawać, że w ubiegły czwartek nic nie wydarzyło; że to był taki incydent, o którym zapomnimy i już, bo ustawa przecież przeszła.

Chyba nie da rady udawać, bo od razu padły twarde słowa ze strony PiS, że koalicji już nie ma. Wśród różnych scenariuszów na temat tego, co będzie przeczytałam i o takim pomyśle, że Jarosław Kaczyński może sam chcieć być premierem. Myśli Pan, że to możliwe?

W to wierzę najmniej. Premierem mógł zostać wielokrotnie poczynając od 2015 roku, a od tego czasu przybyło mu 5 lat. Oczywiście intelektualnie nadal jest bardzo sprawny, ale praca premiera to wyzwanie niezwykle wyczerpujące czysto fizycznie. Nie wiem też, co miałby osiągnąć tą drogą, skoro Morawiecki we wszystkich ważnych sprawach i tak chodzi do niego. Co więcej, ministrowie też we wszystkich ważnych sprawach chodzą do Kaczyńskiego. Nikt w rządzie nie ośmieli się podjąć żadnej istotnej decyzji bez zgody Kaczyńskiego. Chyba, że jest to sprawa, która go nie interesuje. Natomiast jako premier musiałby się zajmować setkami spraw, które w ogóle go nie interesują. On chce być tym, kim jest, czyli nadpremierem. Albo jak się go często trafnie nazywa: naczelnikiem państwa.

Nie ma Pan wrażenia, że historia znów się powtarza? W 2007 roku było podobnie.

Ale wtedy byli prawdziwi koalicjanci. Liga Polskich Rodzin i Samoobrona weszły do Sejmu samodzielnie; wśród nich było większe poczucie niezależności i podmiotowości. Giertych i Lepper byli autentycznymi liderami swoich formacji. A Zbigniew Ziobro będzie teraz bardzo mocno przekonywany przez swoje otoczenie, może nawet przez swoją małżonkę, żeby się opamiętał, bo za chwilę wykolei pociąg, do którego już nigdy nie wsiądzie. Moim zdaniem rokowania dla Ziobry, spośród wszystkich uczestników tej gry, są najgorsze. Jeśli rzeczywiście doszłoby do przedterminowych wyborów, to prawdopodobnie Ziobro wypadnie z polityki. Co mógłby zrobić? Solidarna Polska samodzielnie nie przekroczy progu wyborczego, zostaje im tylko szukanie jakiegoś koalicjanta czyli realnie Konfederacja. Ideologicznie Ziobro istotnie pasowałby do Konfederacji, ale nie wiem, czy oni by go tam chcieli przyjąć. Ale nawet, gdyby go przyjęli, to byłby tam tylko jednym z kilku liderów i nie odgrywałby tej roli, którą chce odgrywać, czyli przywódcy własnej partii. Mam wrażenie, że PiS na prawicy jest ciągle hegemonem. Konfederacja co prawda prześliznęła się przez próg, ale nie zdobyli oszałamiającego wyniku. Ryzykiem PiS-u w następnych wyborach jest to, że w Sejmie nie będzie miał samodzielnej większości i to jest to, co będzie Kaczyńskiego najmocniej powstrzymywało przed przedterminowymi wyborami. No, ale skoro uzna, że i tak nie ma większości w tym Sejmie, to może rzeczywiście na to pójdzie. Sądzę, że na ostateczną decyzję istotny wpływ będą miały wyniki sondaży, które będą teraz wykonywane. Czy PiS wciąż może liczyć na samodzielną większość, już bez poparcia Ziobry i Gowina, czy też ją traci? W tym ostatnim przypadku przedterminowe wybory tracą sens, bo po co ryzykować utratę władzy? Trzeba przy tym pamiętać, że teraz nastroje będą się szybko zmieniały, bo sytuacja gospodarcza się pogarsza. Już to widać. Równolegle z częścią rolników, także górnicy zaczynają się buntować. Rozwija się protest w służbie zdrowia, a za chwilę mogą się pojawić problemy nawet z urzędnikami, po tym jak zapowiedziano istotne redukcje liczebności administracji państwowej.

Zastanawiam się, po co to wszystko prezesowi PiS i czy o to chodziło Ziobrze? Poszedł na otwarte starcie z Jarosławem Kaczyńskim, bo był przekonany, że teraz albo nigdy?

Po kolei. Kaczyński zbiera owoce błędu sprzed roku, kiedy układał listy Zjednoczonej prawicy w wyborach w 2019 roku. Miał wtedy moment, kiedy Gowin i Ziobro byli absolutnie bezbronni. Nie mieli wyjścia, musieli wziąć to, co by im dał. Czyli, gdyby dał im dużo mniej miejsc, to musieliby je przyjąć; nie byli w stanie powiedzieć wtedy: „To nie, dziękujemy, startujemy samodzielnie”, bo wiadomo, jakby się to skończyło. Ale wtedy dostali sporo miejsc, bo Kaczyński ich zlekceważył. Tymczasem okazało się, że w kampanii oni bardzo się uaktywnili. Analizowałem to i rzeczywiście przeciętny kandydat partii Ziobry i partii Gowina był bardziej aktywny, częściej obecny w mediach, na co też wpływ miały błędy sztabu PiS. Symbolem tej aktywności może być poseł Kanthak z Solidarnej Polski, który wszedł do Sejmu z ostatniego miejsca na liście. W rezultacie z kilkuosobowych grupek posłów w poprzedniej kadencji, w obecnej zrobiły się grupy kilkunastoosobowe. Jednak już po wyborach zarówno Ziobro, jak i Gowin nie próbowali grać ostrzej, bo zaraz po wyborach mogli stworzyć odrębne kluby w Sejmie. Dalej byliby w koalicji, ale nie byłoby jednego klubu PiS, tylko też klub Solidarnej Polski i klub Porozumienia. Nie zrobili tego, co było pewną manifestacją lojalności wobec PiS i uznania jego hegemonii. Jednak konflikt od początku wisiał w powietrzu: z Gowinem został upubliczniony w maju, natomiast z Ziobrą dopiero obecnie, choć wcześniej mocno iskrzyło. Ale punktem zwrotnym było wspomniane odrzucenie przez Kaczyńskiego propozycji zjednoczenia PiS-u i Solidarnej Polski, co uważam za kolejny błąd z jego strony.

Ale wówczas Ziobro chciałby być wiceprezesem PiS.

Wiceprezesów jest kilku i nie odgrywają istotnej roli. Ale Kaczyński za bardzo się boi o spójność partii. Najwyraźniej uznał, że jak już ten Ziobro wróci do partii, to mu ją rozsadzi od środka.

Raz już tak zrobił.

Był raz rozłam, ale czy teraz ponownie by to robił? Uważam, że Jarosław Kaczyński ma swoje fobie, a jedną z nich jest niechęć do wpuszczania Ziobry do partii. Najwyraźniej uważa, że można Ziobrę wpuścić do rządu, ale już do partii nie można. To potwierdza, że dla Kaczyńskiego najważniejsza jest partia, a dopiero później państwo, którym ta partia rządzi. Dla Kaczyńskiego najważniejsze pozostaje bowiem przetrwanie jego partii, która w ostateczności może stracić władzę, ale najważniejsze jest, aby pozostała spójna i podporządkowana woli lidera.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Materiał oryginalny: Prof. Antoni Dudek: Dla Kaczyńskiego najważniejsza jest partia, dopiero później państwo, którym ta partia rządzi - Polska Times

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

i
iustus

No i znowu sie okazalo ze Dudek opowiada bzdury.

n
normals

Prezes za sprawą "piątki" wprowadził w obieg publiczny nowe pojęcie - ZWIERZOMŁOTA. Zwierzo-Młota charakteryzuje przynalezność do kamarylii naczelnikowskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami. Zwierzo-Młoty tworzą dwa osobne podgatunki: polityków i dziennikarzy. Politycy zagłosują nawet za tym aby kopnięcie psa karano dożywociem. Warunek jest jeden - polecenie naczelnika. Dziennikarze natomiast bedą osłaniać ten zabieg bez względu na konsekwencje, ponieważ zwierzomłoty całkowicie podwiesiły się mentalnie pod naczelnika uznając go za nieomylnego.

Dalekimi kuzynami zwierzomłotów są zwierzo-młoto-sierpy, które poprą wszystko co jest antycywilizacyjne. Wywodzą się z okolic Pułtuska, jednakże tamtejsza populacja została przetrzebiona za sprawą emigracji do Brukseli.

A
Antoni Adam

Nie zgodzę się z prof. Dudkiem, a przyznam rację kandydatce na Prezydenta Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, która POwiedziała, że cytuję "Jarosławowi Kaczyńskiemu zależy tylko na Polsce".

Z
Zbigniew Rusek

Ziobro bezwzględnie musi odejść, gdyż chce on wszystkich ludzi wsadzać do więzienia - niech sam tam trafi!!! Trzeba uniezależnić Prokuraturę od ministra sprawiedliwości i rozdzielić urząd Prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. Prokuratura MUSI być apolityczna i niezależna od rządu (a rząd powinien ... stawać przed prokuraturą w charakterze oskarżonego). Rząd mniejszościowy - bardzo dobre. Może wreszcie nie będą automatycznie przyjmowane wszystkie rządowe projekty usta (teraz "z automatu" przechodzą przez Sejm, co wręcz osłabia rolę parlamentu i w praktyce prawo tworzy rząd a nie Sejm) - normą byłoby, gdyby połowę rządowych projektów ustaw parlament odrzucał, a jeśli przyjmuje wszystkie, znaczy to, że jest zniewolony przez rząd. W ogóle powinno się ograniczyć pozycję rządu, zwłaszcza premiera (J. Kaczyński chciałby systemu kanclerskiego, co w praktyce oznacza dyktaturę premiera).

g
grzeg

Bzdury. Jarosław Kaczyński jest wybitnym, wyjątkowym - nie waham się rzec - państwowcem.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3