Profesor Dorota Simonides obchodzi dzisiaj 90. urodziny. Jest spełniona jako żona, matka, naukowiec i polityk. Dała temu wyraz, nadając swej - wydanej kilka lat temu - biograficznej książce tytuł „Szczęście w garści”. Szczęścia miała w życiu wiele. A chyba jeszcze więcej dała go innym.

Pierwsze zetknięcie z profesor Dorotą Simonides zapamiętam na zawsze. To była niedziela, 10 października 1982 roku. Od tygodnia byłem studentem pierwszego roku polonistyki w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. Ale pani profesor nie spotkałem tego dnia w Katedrze Folklorystyki, tylko w katedrze Podwyższenia Krzyża Świętego. Razem z mężem weszła do świątyni na niedzielną mszę i szła wzdłuż prawej nawy pod obraz Matki Bożej Opolskiej.

Tak jak przesuwała się od ostatnich ławek do przodu, ludzie wstawali i bili jej brawo. Kiedy doszła pod obraz, klaskała już cała katedra. Jak wszyscy obecni dobrze wiedziałem, za co ta owacja. Dwa dni wcześniej, w piątek, odbyło się w Sejmie głosowanie nad delegalizacją „Solidarności”. Posłanka Stronnictwa Demokratycznego z Opola była jedną z ledwo dwunastu osób, które miały odwagę być przeciw (dwie się wstrzymały).

Miałam świadomość, że to głosowanie mogło mnie drogo kosztować - wspomina. - Straszono mnie bardzo mocno: że mogą mi córkę zgwałcić, syna przejechać, a przestępców nigdy nie odkryjemy. Sugerowano, że nieznani sprawcy mogą mnie wyrzucić z pociągu gdzieś między Warszawą a Opolem. Ja wiedziałam jedno: muszę sobie i rodzinie patrzeć prosto w twarz. Liczyłam się wtedy ze śmiercią. Ale moralny nakaz był silniejszy. Pomogło mi, że nie byłam sama. Podobnie głosowali m.in. Hanna Suchocka (późniejsza premier RP i ambasador przy Stolicy Apostolskiej), Edmund Osmańczyk, rektor AGH Jan Janowski. Gdybym dzisiaj znalazła się w takiej sytuacji, zrobiłabym to samo. Przecież byłam członkiem „Solidarności” i należałam do komisji porozumiewawczej rządu i „S”. I ja miałabym zdradzić? To było niemożliwe i wtedy, i dziś.

Źródło tej odwagi i prawego charakteru przyszła senator RP wyniosła z familoka. Urodzona - jak sama wspominała - pod trąbą (nad dziecięcym łóżeczkiem wisiał wypolerowany na glanc instrument ojca, dyrygenta górniczej dętej orkiestry), wyrosła w świecie, w którym ludzie niekoniecznie znali znaczenie słowa etyka, za to świetnie wiedzieli, że jest to coś, czego w życiu trzeba się trzymać. Realizowało się to bardzo prosto. Były rzeczy, które się robi i takie, których się nie robi. Niezależnie od tego, kto rządzi i skąd wiatr wieje.

- Wyrosłam w czworokątnym kopalnianym bloku z czerwonej cegły - wspomina pani profesor - w którym od małego uczono nas, że nie wolno czynić zła, bo ono wraca do sprawcy. A dobro cię ubogaci i pozwoli kiedyś pójść do nieba. To była bardzo prosta etyka. Wspólna, bo wszyscy chodzili do tego samego kościoła, a dzieci do tej samej szkoły. Więc jako dziecko wiedziałam, że psa nie wolno kopnąć, a kota nie ciągnie się za ogon. Starszej kobiecie pomaga się przynieść zakupy i ustępuje miejsca w kościele, nawet jeżeli nabożeństwo jest dla dzieci. Wszyscy sąsiedzi się znali i wszyscy nas wychowywali. Jeśli sąsiadka zwróciła mi uwagę, to było tak samo ważne jak upomnienie mamy, babci czy ciotki. A jak kiedyś wróciłam z zakupami - miałam 9 lat - i mama zorientowała się, że sprzedawczyni wydała mi o 10 groszy za dużo, kazała mi biec z powrotem do sklepu i oddać pieniądze.

Łóżko z piwnicy, pierzyna babci

Ślonsko dzioucha musiała stoczyć bój z rodzicami, ciotkami i babciami, żeby pójść do szkoły średniej. Klasyczna droga była inna: po szkole podstawowej chłopcy szli z ojcem do roboty w kopalni (on brał odpowiedzialność za synów i za zięcia, jeśli i jego do kopalni sprowadził), dziewczyny szły do pracy jako pomoce domowe - do sztygarów, urzędników czy innych panocków, którzy potrzebowali służby.

- Ja tego uniknęłam, bo w 1946 roku ks. Wiktor Mandrek zaproponował mi pracę częściowo biurową, częściowo fizyczną w Kurii Diecezjalnej w Katowicach - mówi pani profesor. - Tam spotkałam się po raz pierwszy z paniami, które pisały poezję do „Gościa Niedzielnego”, miałam kontakt nie tylko z maszyną do pisania, ale i z ludźmi, którzy stale czytali książki. Przynosiłam nowości z księgarni. I przeglądałam, zanim oddałam je zamawiającym. Zaciekawiły mnie m.in. „Sprawy Polaków” Osmańczyka wydane po raz pierwszy w 1946 roku. O tej książce mówiłam na egzaminie kończącym szkołę podstawową. Komisja była zdumiona i namawiała mnie do dalszej nauki.

Zobacz galerię

Dorota Badura wybrała Seminarium dla Wychowawczyń Przedszkolnych w Opolu. Pierwszego września 1947 przyjechała do szkoły. Dyrektorka odmówiła przyjęcia - lista uczennic była zamknięta, a wszystkie łóżka w internacie zajęte. Kandydatka nie dała się zrazić. Na stacji kolejowej w Szopienicach z pomocą siostry załadowała do pociągu znalezione w piwnicy żelazne łóżko (pierzynę ofiarowała jej babcia Waleska, kończąc tym samym rodzinny spór o edukację Dorki). Dyrektorka Jadwiga Popielewska widząc jej determinację, przyjęła nową uczennicę. A że miejsca naprawdę nie było, przez pierwsze dwa tygodnie spała ona na scenie szkolnej auli. Braki w literackiej polszczyźnie - w szkole nie mówiło się gwarą - nadrabiała, kując nocami w toalecie (tylko tam po ciszy nocnej mogło palić się światło). Szybko stała się jedną z najlepszych uczennic. Po roku droga do liceum dla dorosłych, a potem do studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim (Dorota Badura była jedyną Ślązaczką na liczącym ponad sto osób pierwszym roku) była otwarta. Promocja doktoratu odbyła się w 1962 roku w słynnej Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego. Habilitowała się w 1970 na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Dzisiaj Dorota Simonides znana jest na całym świecie w środowisku folklorystów.

Pani profesor nie przypadkiem zajęła się badaniami terenowymi - mówiła w laudacji podczas ubiegłorocznego 60-lecia pracy naukowej o jubilatce jej uczennica, prof. Janina Hajduk-Nijakowska. - Chciała być bliżej człowieka, blisko ludzi. Prowadziła pionierskie terenowe badania folklorystyczne i przez ponad dwadzieścia lat kierowała opolską folklorystyką.

Ma w dorobku ponad 300 publikacji. Są wśród nich poważne, fundamentalne dzieła naukowe jak „Folklor Górnego Śląska”, ale i bawiące kolejne pokolenia Opolan „Bery śmieszne i ucieszne”. Do napisania pierwszej wersji „Berów” namówił ją Karol Musioł. Był rok 1967.

Jak wspomina pani profesor, dowcipy do tej książki zbierała wraz ze studentami przy okazji naukowych poszukiwań folklorystycznych.

- Po takiej wyprawie rozliczaliśmy u kwestora obok biletów, taśm magnetofonowych, ołówków i zeszytów także „środki inspirujące”, czyli wódkę, którą trzeba było od czasu do czasu zwilżać gardła opowiadających. Bo dla anegdoty nie ma żadnego tabu. Dowcip może opowiadać o chorobie, o śmierci, o pogrzebie, o spowiedzi i mszy św. Bez śmiechu żyć nie można. Człowiek, który się nie śmieje, staje się myślącym inaczej - opowiada.

Ogromny dorobek naukowy skutecznie łączyła przez wiele lat z działalnością polityczną. Wybrana do Senatu RP po śmierci Edmunda Osmańczyka - w wyborach uzupełniających w 1990 roku - zasiadała w nim do 2005 (razem pięć kadencji).

- Najważniejsza była dla mnie zawsze uczciwość wobec wyborców - podsumowuje ten czas. - Nie miałam wątpliwości. Parlamentarzysta nie może postępować wbrew sumieniu. Wtedy komisje senackie były po to, by można było mówić, pytać o wątpliwości. Dzisiaj uchwalenie ustawy może trwać 10 minut. Nikt pytać nie może. Ja pytałam, pytałam, pytałam. A jak mnie nie przekonano, wnosiłam poprawkę. Utrzymywałam poprawne relacje z prawicą, z lewicą i z centrum. Jak chciałam napić się kawy, siadałam tam, gdzie było miejsce. Rozmawialiśmy z uśmiechem. Nie było nienawiści. Była chęć zrozumienia drugiego. Do dziś z dawnymi kolegami z parlamentu spotykam się i rozmawiam. Przecież każdy z nich to jest mój bliźni.

W 2008 roku profesor Simonides otrzymała - razem z Władysławem Bartoszewskim - doktorat honorowy Uniwersytetu Opolskiego.

- Oboje całe życie czuwali nad dobrem państwa i dobrem społeczeństwa - mówiła podczas tamtej uroczystości przed dziesięcioma laty ówczesna senator Krystyna Bochenek. - Ich godne życie obecnym pokoleniom pomaga w nawigacji. O ich zasługach będą się uczyć nasze dzieci i wnuki.