Prof. Mikołejko: W Polsce walczą ze sobą dwie cywilizacje. Słychać łabędzi śpiew tradycjonalistów

Dorota Kowalska
Prof. Zbigniew Mikołejko
Prof. Zbigniew Mikołejko Bartek Syta
- O wadach i zaletach Polaków i o dwóch cywilizacjach, które rzuciły się sobie do gardeł – mówi prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską.

Myśli Pan, że Polacy potrafią przebaczać?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć w sposób tak bardzo ogólny. Pewnie jesteśmy jak wszyscy: jedni przebaczać potrafią, inni nie potrafią. Natomiast zależy to też od grzechu, jakiego doświadczamy, od rodzaju i mocy zła, jakiego doznajemy ze strony innych lub o jakie ich posądzamy. No, a przede wszystkim Polacy mają skłonność do wybaczania sobie samym. Czynimy to z niezwykłą łatwością, czemu towarzyszy oczywiście niepamięć - różne zabiegi na pamięci indywidualnej i zbiorowej. Ale myślę, że pyta Pani o grzech zbiorowy i wybaczanie zbiorowe, nie indywidualne.

O takie i takie. Zdarzały się przewinienia, których Pan nigdy nie wybaczył?
Zdarzały się, ale one były już tak dramatyczne, że nie dało się inaczej. Zwłaszcza że ci, który ich dokonali, nigdy nie zabiegali o to, nie starali się, by coś zmienić w tej sprawie. A to jest warunek istotny: to znaczy, tak mi się wydaje przynajmniej, wybaczyć można tylko wtedy, jeśli ten, który jest winny, czyni jakieś starania naprawy, a przynajmniej odczuwa żal z tego powodu, że mu się zdarzyło coś złego popełnić. Jeśli nie ma natomiast takiej postawy, trudno o wybaczenie. Tu dotykamy rzeczy bardzo istotnej: że wybaczenie łączy się z pokorą. Tam, gdzie nie ma pokory - pokory wzajemnej: i w sobie, i w tym drugim - wybaczenie, mówiąc nieładnie, „nie pracuje”, nie działa. Działają natomiast mechanizmy nienawiści. Plemiennej czy wręcz cywilizacyjnej, czego teraz w Polsce doświadczamy. Mówi się „dwa plemiona” - ja też tak myślałem - ale w rzeczywistości rzuciły się sobie do gardła dwie cywilizacje.

Dwie cywilizacje w jednym narodzie?
Tak! Podstawą jest tutaj plemienność, która ma bardzo stare źródła, bo wynika jeszcze z podziału między Polskę szlachecką a chłopską, z dziedzictwa Polski pańszczyźnianej. Z drastycznego antagonizmu między chłopskim dziedzictwem Polski jakby zwierzęcej, pozbawionej głosu i historii, a szlachecko-inteligencką opowieścią o „polskich dziejach malowanych”, o bohaterstwie, męczeństwie, wzniosłości czynów. I coś ponadto jeszcze. Coś, co odsłonił pewien pozorny szczegół: zdjęcie zegara w kancelarii premiera i zastąpienie go przez krzyż (nota bene, to jest, jak mi się zdaje, kopia jakiegoś toskańskiego krucyfiksu z okresu Trecenta). Nie była to jedynie manifestacja religijności, o nie. To widowiskowy przejaw zderzenia dwu różnych koncepcji czasu właściwych dla dwu różnych kultur mentalnych. Dla poprzedników dzisiejszej władzy, których obecność była oznaczona przez zegar, to było świadectwo, że żyją w czasie liniowym, mechanicznym, mierzalnym, w czasowości określonej przez rytm cywilizacji wyrosłej z oświecenia i całej nowoczesności pooświeceniowej. Że byle jakie to było u nas oświecenie, to już inna sprawa. Ale jednak było! I przyniosło dla wielu życie w jednorodnym i jednokierunkowym czasie zmiany, postępu, względnie praktycznego działania z nastawieniem na rysujące się w przyszłości cele. To, że teraz pojawia się krzyż, oznacza natomiast, że nowa ekipa żyje w zupełnie innej czasowości. Że jej nie obowiązuje już czas chronologiczny, mierzalny, mechaniczny, ale czas symbolu, obrzędy, rytuału. Czas przełomu, czas szczególnie gęsty, wyjęty z normalnego obrotu godzin. Patetyczny czas duchowego - by tak rzec - stanu wyjątkowego, który np. Nowy Testament nazywa kairos, odróżniając go od czasu zwykłego, od chronos, niezróżnicowanego biegu dni. I nieważne, czy jest to świadome, czy też nie. Ważne - co doskonale widać i w innych aktach - że obecna ekipa bardzo dobrze czuje się w kulturze rytuału, symbolu, mitu, archaicznej u korzeni. Ale też jej zwolennicy przychodzą w znacznej mierze z zastygłych rzeczywistości kulturowych i społecznych, przynajmniej częściowo zastygłych. Godzą się więc oczywiście - podobnie jak radykalni islamiści - na techniki i technologie nowoczesności, na lepsze samochody, komputery, lodówki, wszystkie te dobra praktyczne i usprawniające działanie, natomiast nie akceptują tego, co w cywilizacji nowoczesnej łączy się z mentalnością, to znaczy z otwartością, ruchliwością, wielością i odmiennością, ze zrozumieniem innego itd. Kurczowo trzymają się więc tych zakrzepłych światów, w których się ongiś zadomowili. I tutaj dochodzimy do źródeł zmagania: znaki mentalnych i kulturowych przemian, głosy wzywające do postępu i otwarcia się na ogromnie zróżnicowany świat, z jego wielością stylów życia i sposobów myślenia, traktują jako zagrożenie, jako zamach na ich zadomowienie w korzennym i archaicznym świecie odwiecznie powtarzalnych gestów, zachowań, symboli, obrzędów, zewnętrznej religijności, opowieści mitycznych. To jest bolesne, bo na to składają się zarówno złogi z obszaru doświadczenia feudalnego i ludowego katolicyzmu, jak i komunizmu. Jacek Kuroń mawiał np. rozumnie, że wielu ludzi jest przywiązanych do komunizmu i nie należy się za to na nich gniewać, bo komunizm był przez wiele lat dla nich domem. Niewygodnym, i owszem, ale ludzie nauczyli się w nim przecież żyć. A teraz przychodzą ci miastowi, postępowcy, lewicowcy, liberałowie, wymagają racjonalnych zmian, otwarcia się na wielość i zróżnicowanie, na odmienne postaci egzystencji - i im to wszystko burzą. Wali im się więc świat, do którego są emocjonalnie przywiązani, bo wrastali weń bezrefleksyjnie od pokoleń.
Zaczynają się bać?
To uruchamia tak ogromne pokłady lęku, że rodzi się niebywała agresja. Dlatego rzucają się choćby na dziennikarzy. Zwłaszcza dziennikarzy telewizji. Telewizja jest bowiem, jak chciał Marshall McLuhan, „chłodnym spojrzeniem”, medium cool - patrzy i obnaża, a tymczasem oni żyją w pewnej emocjonalnej gorącości. Radia tak nie zaatakują, dziennikarza prasowego tak nie zaatakują, ale to „chłodne oko” pokazuje ostro złudzenia owej mitycznej cywilizacji i jej słabości. Tę tanią emocjonalność, bo to prosta emocjonalność szyta przy pomocy kilku symboli, kilku mitów, wytartych słów. Ich przywódcy często mówią o polityce historycznej, ale tak naprawdę to dziwna i skąpa zbitka, w której się splatają - przywoływane hasłowo i w uproszczeniu - powstania narodowe, zwłaszcza powstanie warszawskie, Katyń, wojna z bolszewikiem, katastrofa smoleńska. I nic poza tym. To jeden wielki rytuał. Jeden wielki mit. Jedna wielka opowieść o męczeństwie i triumfie narodowego ducha. Jeden wielki polski różaniec, odmawiany pobożnie, lecz nie nazbyt rozumnie.

Między tymi dwoma cywilizacjami nie ma przebaczenia?
Nie ma przebaczenia, bo jedna jest cywilizacją dogorywającą. Słychać teraz łabędzi nawet nie śpiew, ale wrzask, taki bolesny i zarazem okrutny. Ona musi wszak odejść. Ale jej wyznawcami są przecież miliony ludzi, którzy chcieliby wprawdzie odnieść pewne korzyści materialne z nowej cywilizacji, ale nie chcą zapłacić ceny w postaci utraty swego kulturowego domu, swego uczuciowego łożyska. A ci nowi, ze swoją progresją, często prowokacyjną, wyzywającą, z innego już rodzaju tandetnością, też nie są wcale bez winy.

Oprócz tej agresji cywilizacyjnej, czym jeszcze Polacy grzeszą?
Grzeszą grzechem egocentryzmu, takiego wpatrzenia się w polski tylko pępek: „Niech na całym świecie wojna, Byle polska wieś zaciszna, Byle polska wieś spokojna.” Co oczywiście pociąga za sobą lekceważenie przez innych - a potem dąsanie się, że nikt nas nie dostrzega, nie docenia. Nie chcemy brać udziału w grupowych działaniach - koncentrujemy się na sobie, na własnym tyłku, na własnym brzuchu, na własnym bezpieczeństwie. A wtedy, kiedy trzeba myśleć w kategoriach bardziej globalnych, nie myślimy, nic nas to nie obchodzi. Ten egocentryzm dotyka zarówno wspólnoty, jak i jednostek, które nie chcą brać udziału w niczym. W różnych miejscach w Polsce - zasobnych, zadowolonych z siebie - nie można np. powołać radnych, bo nikogo takie zajęcie nie interesuje. Nie chodzi się na wybory, nikt się do niczego nie zgłasza, w nic nie angażuje. Nawet w niektórych miejscach na Pomorzu, gdzie poziom zadowolenia jest niezmiernie wysoki, najwyższy w Polsce.

I z czego to wynika?
Z tego egocentryzmu właśnie. Z ograniczenia życia do życia rodzinnego, jednostkowego, nawet nie plemiennego, tylko rodowego. Wszystko inne nie jest traktowane jako konieczne. Łączy się z ryzykiem, odpowiedzialnością, z bardziej życzliwym stosunkiem do drugiego człowieka. W Polsce często można się upić z sąsiadem czy z nim pobiesiadować, ale nie będzie się z nim pracowało nad dobrem wspólnym. Przyjemność tak, obowiązek już nie. Ten nasz stosunek do obowiązku jest dość szczególny. Nasze kolejne grzechy? Zawistny egalitaryzm. Zazdroszcząc bowiem komuś jakiegoś dobra działamy negatywnie - rozmaici nieudacznicy tak czynią - żeby zniszczyć to dobro, żeby ten drugi nie mógł go pomnażać. Egoizm czy zazdrość jest czymś naturalnym w człowieku. Ale my nadajemy im taki destrukcyjny wymiar, niszczący.

Bo zazdrość może, wbrew pozorem, działać na nas mobilizująco: sprawiać, że bardziej nam zależy, że bardziej się staramy, prawda?
Tak, może prowadzić do pomnażania dóbr. Tyle, że my wyrównujemy poziom życia do tego, komu zazdrościmy poprzeć paraliżowanie jego działania, nie przez własną pozytywną mobilizację. Naszym doświadczeniem historycznym jest to, że nie przyswoiliśmy głębiej tradycji oświeceniowej, tej nowoczesnej. Bo kiedy inni budowali nowoczesne cywilizacje, myśmy musieli walczyć z zaborcami o przetrwanie. Kiedy więc, budowano pierwszą linię metra londyńskiego, u nas wybuchło powstanie styczniowe. Tu nie chodzi tylko o rozwiązania techniczne, ale o to, że mentalność ludzka „fiksowała się” na czymś zupełnie innym: na wyjściu z rozmaitych zniewoleń, które Zachód miał już za sobą. Zachód budował kulturę praktyczną, racjonalną, myśmy budowali kulturę emocjonalną, patriotyczną, zafiksowaną na różnych symbolach, na pojęciu wolności narodowej, a nie na wolnościach partykularnych. Straciliśmy jednocześnie to, co zostało ukształtowane w Polsce Jagiellonów: całą wielość i otwartość kulturową, religijną, ów pluralizm, który był cokolwiek mechaniczny, bo to były grupy, które żyły obok siebie, ale otwierały się jakoś na siebie aż do połowy XVII wieku siebie mimo różnych, okresowych wybuchów wrogości. Natomiast odkąd się zaczęły drastyczne procesy - pod wpływem traum dziejowych - zamykania się, nienawiści wyznaniowej tłumów, ksenofobii, wszystko się zmieniło. A polskie oświecenie było nader naskórkowe, było je widać w Warszawie i kilku innych miejscach. Owszem, zostawiło lepszą edukacją, pozostawiło mit Konstytucji 3 Maja i kilka nietrwałych instytucji. I to właściwie tyle.
A nie ma Pan wrażenia, że jesteśmy narodem bardziej zacietrzewionym niż inne?
Tak! To bierze się właśnie stąd, że nie przeszliśmy lekcji tej oświeceniowej rozumności, tylko wyłącznie braliśmy lekcję emocjonalności. Mówiąc w dużym skrócie oczywiście, bo to nie dotyczy wszystkich grup w równym stopniu. Nie ukształtowaliśmy takich zdolności praktycznych, jak Anglosasi, o których mówiło się kiedyś pogardliwie, że to naród kupczyków, naród handlarzy. To oczywiście jest przejaskrawieniem, ale tak na to z polskiej perspektywy patrzono. Podobnie jak na tę niemiecką skrzętność, oszczędność, zapobiegliwość. Te Lutry niemieckie! Natomiast u nas nic nie ograniczało upustu emocjonalności: w Polsce więc, to charakterystyczne, można zranić uczucie religijne, a nie można zranić religijnego rozumu.

I tacy pyszałkowaci jesteśmy trochę, prawda? Niektórzy mówią: duma narodowa. Nie wiem, czy to duma narodowa, czy pyszałkowatość właśnie.
To jest kompensacja, tak mi się wydaje. Ponieważ mamy poczucie małości, braku znaczenia, to pojawia się dęcie w puzon, wyolbrzymianie symbolicznych wymiarów istnienia, martyrologii dziejowej, siły ducha. Tymczasem liczy się pozycja materialna, finansowa, sprawna gospodarka, skuteczność polityczna. Liczą się dokonania w świecie naukowym, wielkie wynalazki, rozwiązania techniczne, dokonania artystyczne i intelektualne. To się liczy i zawsze liczyło się bardziej niż duma narodowa. Chociaż ona może napędzać, kompensować. Mówiliśmy kiedyś o takiej anegdocie z książki Walerija Piecucha „Nowa filozofia moskiewska”. Ona pasuje też doskonale do Polaków. Oto dwóch facetów mieszkających w sowieckim kolektywnym mieszkaniu rozmawia przy piecu o różnych sprawach i w pewnym momencie jeden z nich pyta drugiego: „Wiesz, z jakiego powodu Hindusi wynaleźli buddyzm?”. „Nie” - odpowiada ten drugi. „Ano, z tych samych powodów, dla których Rosjanie wynaleźli dusze rosyjską, mianowicie z braku dostępności przedmiotów codziennego użytku”. Dusza polska też zrodziła się w pewnej mierze z braku dostępności - sensownych rozwiązań, otwartej kultury miejskiej z jej zróżnicowanym rynkiem idei i stylów życia, porządnej gospodarki, która by nie była jedynie gospodarką surowcową. Mieliśmy za to zamkniętą kulturę agrarną, wiejską. A to kultura dość szczególna - brak w niej dialogu, wymiany, jest gospodarnością zależną od nieustannego, powtarzalnego, jak w rytuałach, porządku zmian pór roku. Miasto żyje tymczasem w innym liniowym i postępowym porządku czasu. To jest jedno z ważnych źródeł konfliktu, o którym na początku mówiliśmy.

Ja do tego konfliktu jeszcze wrócę, ale zostańmy jeszcze przy nas. Może jako naród mamy też jakieś zalety, bo dość ponuro ta charakterystyka Polaków wypada?
Oczywiście, że mamy zalety! Ten nasz heroizm jednak - czasem fałszywy i fatalny, czasem prawdziwy i zbawienny - różne rzeczy przynosi. Zależy, w co ten polski heroizm zostanie przekuty: czy w takie próżne demonstrowanie siły, czy w działania, które Polskę podnoszą. Wiele więc dokonaliśmy - i dobijając się wolności, i po 1989 roku. A taki smutny głos z siebie wydaję dlatego, że stoimy w obliczu roztrwonienia tego wszystkiego, zmarnowania, rozrzucenia tego, co udało się wielkiej części społeczeństwa wygospodarować. Polska ma bowiem z czego być dumna, w tym wymiarze takim zwyczajnym. Możemy być dumni z wyglądu miast, ulic, z rożnych osiągnięć związanych z codziennością i gospodarką, która jest - do tej pory była przynajmniej, mimo wszystkich błędów - porządnie działającym mechanizmem. Błąd polegał na tym, że tym rozwiązaniom gospodarczym nie towarzyszyła odpowiednia praca w kwestiach sprawiedliwości społecznej czy też edukacji.

Ale zostając jeszcze przy naszych zaletach: uchodzimy za pracowitych i otwartych, gościnnych. Pan też tak odbiera Polaków?
Tu właśnie daje znać o sobie pewne „pęknięcie”. Bo jedni są pracowici, a drudzy chcą żyć z ręką w kieszeni sąsiada. Wcale więc nie jesteśmy jako społeczeństwo rozrzutni, wbrew temu, co niektórzy myślą. Jesteśmy raczej skąpi. Gościnni też jesteśmy do pewnych granic. I gościnność często kończy się tam, gdzie przychodzi zetknąć się z poświęceniem i innością. Gościnni często jesteśmy też wobec tych, wobec których czujemy niższość (w dawnych czasach to byli przybysze z Zachodu). To raz. A dwa - gościnni jesteśmy dla tych, którzy są jakoś do nas podobni. Taka gościnność jest przy tym gościnnością akcyjną, jednorazową. Nakarmić, napoić - i precz. Żeby ten gość trochę ze mną pomieszkał, pracował w tej samej firmie, ożenił się z moją córką - to już nie bardzo.
Te dwie cywilizacje, o których Pan wspomniał, tak różne, one jednak w Polsce współistnieją, muszą współistnieć!
Tak, muszą znaleźć płaszczyznę porozumienia, musi dojść do jakiegoś mariażu między nimi. Nie wiem, czy to możliwe. Chyba jednak możliwe, krew się jeszcze nie leje. One muszą więc dokonać jakiegoś rozsądnego kompromisu - między tym otwartym uniwersalizmem, progresywnym, niezwracającym uwagi na tradycyjne sposoby życia Polaków, a tym archaicznym, wywleczonym gdzieś tam z lamusa rytualnym symboliczno-mitycznym sposobem istnienia, bardzo zasklepionego na nieruchomości i trwaniu „przy swoim”. I musi dokonać się jakaś synteza. Oby się ona nie dokonała na ulicach. Jest bowiem trochę tak, że jedna cywilizacja ma żal do drugiej, że ta próbuje ją przydusić, mniej lub bardziej drapieżnie stłumić.

Ale mówiąc szczerze, ja nie widzę jakiejś chęci do kompromisu.
Nie ma chęci do kompromisu, bo od wielu, wielu lat trwa walka. Zaczynało się lepiej, kończy się gorzej. Tutaj już pracują często przypadki na taki stan rzeczy. Ten kompromis byłby możliwy chociażby, gdyby nie było katastrofy smoleńskiej.

Czemu tak Pan uważa?
Bo nie byłoby wydarzenia mitycznego, które ogniskuje tę walkę, to zmaganie. Nie byłoby punktu oparcia. Rzeczy zaś, które mogłyby się pojawić w służbie mitu, nie byłyby tak świeże i bolesne, nie nosiłyby znamion niedawnej rany ledwie co zjawionej na polskim ciele mentalnym. Mentalnie przecież zostaliśmy poranieni, okaleczeni. Nie da się, krótko mówiąc, wokół katastrofy smoleńskiej zbudować żadnego, wspólnotowego podejścia. Jedni chcą tu przecież myśleć praktycznie, zgodnie z procedurami formalnymi i technicznymi, drudzy chcą, żeby to zostało wystawione na ołtarze, ubrane w szaty męczeńskie i ofiarnicze, wyrażone w języku walki o polskość, o jej nienaruszalny kształt duchowy. A jeszcze zaprzęga się w tę duchowość jakieś parówki, banany czy baloniki maltretowane gdzieś w stodole. Obie strony są tu zresztą dość dziecinne. To taka infantylizacja umysłowa - ale za to odpowiada kształt polskiej edukacji, o którą nikt się specjalnie nie troszczył.

To trochę smutne, co Pan mówi.
No, smutne. W te święta wkraczam w jakimś poczuciu smutku. Poczuciu klęski. Myślałem oto naiwnie, że będziemy sobie żyli w miarę spokojnie. Wiem, że polityka jest wszechobecna - ona jest zawsze jakimś pokrzykiwaniem, jakimś zmaganiem ideologicznym - a tymczasem doszliśmy przed świętami do dość brutalnego zderzenia dwóch cywilizacji. I zastanawiam się, co z tego wyniknie. Jedna przecież chce drugiej złamać kręgosłup.

Nie wszystkich to tak zajmuje.
Tak, wielu ludzi chce być poza tym. Przyglądają się temu, co się dzieje, jak jakimś jasełkom - gdzieś się to dzieje daleko, w dużych miastach, chociaż oczywiście internet i inne media angażują ludzie zewsząd w ten konflikt. Ale tak naprawdę nie wiem, jak z tego wyjść. Potrzebne jest jakieś uspokojenie. Najgorsze jest to, że Kościół i jego hierarchowie, którzy odpowiadają w dużej mierze za to wszystko, którzy brali w tym udział skwapliwie, w obliczu tego zaogniającego się konfliktu zamilkli. Absolutnie zamilkli! Nie słychać ich głosów nawołujących do uspokojenia, do opamiętania.

Ale te cywilizacje muszą się ze sobą dogadać! Przecież się nie wyrżną!
Oczywiście, że się nie wyrżną, ale może się to stoczyć w coś trzeciego, czego zapowiedzią jest ruch Kukiza, jego bank organów.

Bank organów?
No, przecież w Sejmie oni są bankiem organów czy protezą dla kogoś innego, głównie dla Prawa i Sprawiedliwości. To taki PiS gimbazy: dość chaotyczny, nieświadomy, emocjonalny, pozbawiony w zasadzie cynizmu, którym ten „duży PiS” się posługuje. Bez przerwy w Polsce zrywa się zresztą pokusa jakieś siły rzekomo „antysystemowej” - a to Tymiński, a to Lepper i spółka… To ludzie, którzy nie chcą tego porządku, tego zmagania, chcieliby czegoś trzeciego, ale tak naprawdę nie wiedzą, czego by chcieli.

I w takim pesymistycznym nastroju zakończymy tę rozmowę?
Kiedyś to się jakoś utrze. Choć teraz to taki wielki dziejowy tygiel, a my siedzimy w środku. Miałem jednak nadzieję, że przy drzewkach bożonarodzeniowych będziemy siedzieć sobie w zupełnie innym nastroju. Ze świadomością, owszem, że jest polityka- ale tak, jak pogoda: zawsze musi jakaś być. A teraz zerwał się w nas niepokój. Nie chciałbym oczywiście, żeby te święta, do których jestem przywiązany dość mocno, minęły w takim nastroju. Lecz dzieje się. W każdym razie nie liczę na to, że święta coś rozwiążą. Może tylko trochę wyciszą. Na nic więcej, niestety, nie liczę.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Materiał oryginalny: Prof. Mikołejko: W Polsce walczą ze sobą dwie cywilizacje. Słychać łabędzi śpiew tradycjonalistów - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 70

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
KALINOWSKI ROMAN

PONIKLOWAĆ TYSIĄCE BLISKICH PLANET CZYSTYM NIKLEM, PRZEZ
TYSIĄCE TRYLIONÓW MIĘDZYNARODOWYCH ZDALNIE STEROWANYCH
ROBOTÓW Z 280KRAJÓW CAŁEGO ŚWIATA. POWOŁAĆ NA CAŁYM
ŚWIECIE MILIARD NOWYCH KONKURĘCYJNYCH RZĄDÓW. TYSIĄCE TRYLIONÓW ZDALNIE STEROWANYCH ROBOTÓW PRODUKUJE MILIARDY
WAGONÓW PIENIĘDZY. KAŻDEMU NALEŻY SIĘ PAŃSTWOWA EMERYTURA
OD 20 ROKU ŻYCIA. BUDOWAĆ NA CAŁYM ŚWIECIE TYSIĄCE MILIARDÓW ZAKŁADÓW MLECZARSKICH. W TYCH ZAKŁADACH ZATRUDNIONE TYSIĄCE BILIONÓW ZDALNIE STEROWANYCH ROBOTÓW.
BUDOWAĆ TYSIĄCE MILIARDÓW CYFROWYCH STACJI TELEWIZYJNYCH
ODBIORCZO- NADAWCZYCH, W TYCH STACJACH TELEWIZYJNYCH ZATRUDNIONE TYSIĄCE BILIONÓW ZDALNIE STEROWANYCH ROBOTÓW.
ROBOTYZACJA BRANŻ SPOŻYWCZYCH. PISZCIE NA CAŁY ŚWIAT.
KOMPUTERYZOWAĆ BRANŻE TRYLIONAMI KOMPUTERÓW, KOMPUTERY
DRUKUJĄ CO OBYWATELOWI SIĘ NALEŻY, NIECH RZĄDZĄ KOMPUTERY.

M
Maras63

Pan Profesor łaskawie był zapomniał o takich "wykwitach" racjonalnie myślącego Zachodu jak Auschwitz czy brytyjskie obozy koncentracyjne w czasie wojen burskich. Chyba, że ja z kolei nie pamiętam o jakiś polskich sposobach na masowe zabijanie, a to wtedy będzie remis:-))

@kprzepior

Newton, Pascal, Pasteur, Maxwell, Gauss, Planck - wszyscy ludzie uduchowieni, kreacjoniści, chrześcijanie. A gdzie wtedy byli "lewicowcy"? Zajmowali się filozofią, wkraczali w modernizm i postmodernizm... Tak, bo lewica potrafi tylko znajdować problemy, które nie istnieją i pozostawiać je bez odpowiedzi, czasem stosując śmieszne rozwiązania które nijak mają się do faktycznego stanu rzeczy - np. ochrona mniejszości LGBTQ w sytuacji, gdy takiej ochrony nie potrzebują albo walka z globalnym ociepleniem w sytuacji, gdy jest ono spowodowane czynnikami niezależnymi od nas.
To ludzie uduchowieni wiedzą, że świat, stworzony i podtrzymywany Słowem Bożym jest uporządkowany, gotowy do badań, eksploracji. Gdzie coś wynika z czegoś, łańcuch przyczynowo skutkowy jest zachowany. Gdy ktoś jest przekonany, że jest wynikiem "kosmicznego beknięcia" i potomkiem skały, jak może wysnuwać poprawne wnioski z taką samą skutecznością jak ktoś, kto wierzy w porządek i celowość w przyrodzie? Nie twierdzę, że nie ma wybitnych agnostyków-naukowców, np. Carl Sagan, twierdzę, że pogląd ten nie sprzyja odkrywaniu świata takim jaki jest.

I
Ivi

Panie Wladyslawie, czy moglby Pan wyjasnic, co w kontekscie tego artykulu mowi przyznanie sie pana Krzeminskiego, ze jest gejem? Jaki ma to zwiazek z trescia? Przeczytal Pan calosc, czy tylko wrzuca Pan wpis z listy dla trolli? Ja nie wiem, moze Pan tez jest gejem, ale sie Pan nie przyznal? Pozdrawiam serdecznie i prosze o mertytoryczne argumenty.

W
Władysław

Mikołejko ogłosił, że jest ateistą. Nie wiem, czy jest również gejem, ąle jego koleś Krzemiński przyznał, że jest gejem. to są niby nieistotne informacje, ale dużo mówią o człowieku.

L
Leszczyłowski

każdy odbiorca ocenia ze SWEGO punktu widzenia i wybiera to co mu się podoba i to do czego może się przyczepić.Ale,tak sądzę, lepiej byłoby w Polsce gdyby wykazał więcej zrozumienia dla "drugiej strony" /obojętnie która to jest/ i zastanowił się dlaczego jego postawa budzi sprzeciw.I O TYM JEST TEN ARTYKUŁ.

k
koriolan

Rozumiem, że prof. Mikołejko próbuje sobie zracjonalizować obecną sytuację, ale jego brednie o "złogach z obszaru doświadczenia feudalnego i ludowego katolicyzmu, jak i komunizmu" budzą raczej śmiech politowania niż strach. Na tym właśnie polega intelektualna słabość środowisk "postępowych", że wszystkich głosujących na Prawo i Sprawiedliwość wrzucają do jednego wora - zbioru jednostek z jednej strony głęboko wierzących, z drugiej niesamodzielnych, niezdolnych do odniesienia sukcesu i tęskniących za komunistyczną urawniłowką. Ach, gdybyż to tylko było aż takie proste...

k
koriolan

Rozumiem, że prof. Mikołejko próbuje sobie zracjonalizować obecną sytuację, ale jego brednie o "złogach z obszaru doświadczenia feudalnego i ludowego katolicyzmu, jak i komunizmu" budzą raczej śmiech politowania niż strach. Na tym właśnie polega intelektualna słabość środowisk "postępowych", że wszystkich głosujących na Prawo i Sprawiedliwość wrzucają do jednego wora - zbioru jednostek z jednej strony głęboko wierzących, z drugiej niesamodzielnych, niezdolnych do odniesienia sukcesu i tęskniących za komunistyczną urawniłowką. Ach, gdybyż to tylko było aż takie proste...

M
Malleus

to będzie tak, jak w powieści Szczypiorskiego "Msza za miast Arras". Kiedy już łby się potoczą i krew spłynie, przyjedzie biskup i wszystkich pobłogosławi.

M
Michal

Az sie zakrztusilem ze smiechu :) "To zbrobnia, by brutalnie zmieniac ludziom zycie kiedy wszystko nieziemsko funkcionuje." Chyba nie kazdy rozumie Pani/Pana sarkazm.

N
Norbert Paprocki

Systemom państwowym (paraplemiennym) zawsze towarzyszyły dogmatyczne i hermetyczne ideologie (świeckie czy sakralne), które z racji braku wiedzy, dobrych intencji przemieszanych z cyniczną, intuicyjną manipulacją, stawiały u podstaw tych systemów mity. Najważniejszym, wspólnym mianownikiem owych mitów jest wizja superorganizmu, dla którego ludzkie jednostki (jakby narządy) miały się poświęcać wyrzekając się siebie.

Mit ten krąży w dyskursie po dziś dzień, wspomagany oczywiście szeregiem innych, często ze sobą sprzecznych, choć równie fałszywych; wszystkie jednak cechuje ten dualizm, którego zaczynem jest rozdzielenie organizmu od narządów. Mity te mówią np. o złej lub dobrej naturze ludzkiej, o pustej tablicy, pustych pojemnikach, braku natury ludzkiej poza anatomią itd.

Z tego wywodzą się również ideologie lewicowa i prawicowa, ewidentnie przestarzałe. Mity te weszły na dobre w geny systemu na wszystkich jego płaszczyznach- edukacyjnej (podstawa), socjalizacyjnej, wychowania, medialnej, legislacyjnej, prawnej, ideologicznej, religijnej, każdej. Zaprogramowują umysły ludzi na samospełniającą się przepowiednię monolitu, cierpiętnictwa, równania w dół- tylko kultury dzięki temu się między sobą różnią, choć w sposób pstrokaty i bardzo przewidywalny; jednostkowe, niepowtarzalne potencjały są natomiast tłamszone, w wyniku czego ludzie stają się mimowolnym przedłużeniem systemu, jego narzędziami, żołnierzami wyruszającymi na misję życia dorosłego pełnego schematycznych etapów, w której to misji "zgodność ze sobą" (pracy, towarzystwa, partnera, stylu życia itd.) traktuje się jako dziecinną wybredność.

Takie wypełnianie ludzi jak pustych pojemników (zamiast pomocy w spełnianiu ich zasobów) powoduje upośledzenie tak cech nam wspólnych, jak empatia czy krytycyzm, weryfikacja logicznych sprzeczności, jak i predyspozycji indywidualnych, czyli cech również ogólnoludzkich, ale w większym natężeniu u konkretnych osób. Mamy dzięki temu głównie pstrokate różnice, a ludzie wpasowują się w narzucone im podziały, co stanowi szkodliwe ujście dla atawistycznych instynktów, przeciwnie niż np. sport.

Jest to wizja prawie przeraźliwa. Prawie, bowiem przed nastaniem chrześcijaństwa (czyli głównie katolicyzmu, jako określonej interpretacji Starego i Nowego Testamentu), mieliśmy antyk, swobodną dyskusję, względny pluralizm. Teologowie sami czasem do niego wracali. Renesans i Oświecenie były przełomowe, ponieważ powrócono do starożytności i jej dziedzictwa najbardziej okazale i bez barier dla ludzkiego poznania, czy ogólnie potencjału.

Nie oznacza to jednak, że tym samym pozbyliśmy się mitów w genach systemów państwowych. Oznacza to, że rozpoczął się proces na poważnie naukowy. Krytyczny. Zaczęła się eksploracja możliwości świata. Standardy etyczne procesu naukowego stopniowo wchodziły również w sferę systemową równolegle z filozofią wyzwoloną od dogmatów. Innymi słowy, coraz więcej się "liberalizowało". Coraz bardziej majaczy nam na horyzoncie ta idea, że wolność jednego kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiego i żadne sztywne szablony nie mają nad tą prostą zasadą panowania, choćby opierały się na objawieniu, tradycji, obrzędach, guru.

Nauka wyciska ze świata potencjał i przekształca go w praktykę (technika, farmakologia itp.). System państwowy czyni odwrotnie- ponieważ ludzi uniformizuje. Jego reformy są raczej kosmetyczne. Liberalizm sprzyja spojrzeniu naukowemu- ponieważ ludzie wybierają dla siebie życie kompatybilne z ich indywidualnymi predyspozycjami, osobowościami, temperamentami itd. I to jest prawdziwa różnorodność. Ludzka. Dzięki owocowi nauki, jakim jest internet, mamy informacje w zasięgu ręki, możemy się nimi dzielić, wielu ludzi świadomieje. Jest to system samoorganizującej się świadomości, który wypiera system państwowy i zawęża jego kompetencje.

Pomagają w tym procesie ludzie umocowaniu w duchowości Dalekiego Wschodu, która nacisk kładzie na pojęcia równowagi, balansu, uzupełniania się, symbiozy i zgodności. Niektórzy odrywa

G
Gość

na spokojnie odpowiedz sobie - co rozumiesz pod terminem - lewactwo.
Na wyciągnięcie ręki masz źródła encyklopedyczne i inne.
Czy lewak, lewactwo to jest taki cep do wymachiwania w ręku katolików jak masoneria?
O masonerii też warto poczytać - masonami byli najświatlejsi ludzie kilku ostatnich wieków, oni stworzyli Stany Zjednoczone.
Zapraszam do lektury.

G
Gość

damo, 54-letnia@linde, najpierw zacznij samej myśleć. I choćby po anglosasku tak się naucz, jak ja
pa polski. I takiej persony, która nie urodzona w Polsce, która w niej raz na 10 lat na pogrzebie w rodzinie.
I przyjmij pod swą owczą skórę, no humanistyczną, że do lewackiej bojówki KOD należą odstawieni
przez PiS od żłoba i utrzymywanego z podatków. I ci właśnie wolą w KOD wisieć, bo w PUP i WUP
nie kierują na zmywak do UK i gdzie indziej. 54-letnia@linde, nie ten papierek i wiek, i nie ta owcza skóra

P
POdPIS

Prawi Obywatele kategorycznie sprzeciwiają sie tezie o dwóch cywilizacjach. Jest tylko jedna właściwa oświecona nowoczesna peło. Tylko ona w zjawiskowy sposób wprowadziła nasz kraj w epokę demokratycznych zmian i konstytucyjnej praworządności. Tylko ona fenomenalnie rozdzieliła bez zgrzytów i podziałów społeczeństwa, zakres praw, obowiązków, odpowiedzialności. I co najważniejsze, przy pomocy zaprzyjaźnionego tk już niemal na stałe umocowała słuszną sprawiedliwość społeczną. Słusznie wybrani sie bawią inni na nich pracują. Niestety słuszna demokracja jest zagrożona. Barbarzynskie pisiorskie hordy, nocą podstępem zdobytą władzę chcą bezwzglednie wykorzystać do daleko idacych zmian i dać coś zwykłym ludziom. To zbrodnia, by brutalnie zmieniać ludziom zycie kiedy wszystko nieziemsko funkcjonuje. Teraz widać prawdziwą twarz perfidnej, podstepnej władzy.

J
Jaca

Twój stary jest bełkot, a Twoja stara przeintelektualizowana.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3