Promują Opolszczyznę

    Promują Opolszczyznę

    Anita Koszałkowska Małgorzata Kroczyńska

    Nowa Trybuna Opolska

    Nowa Trybuna Opolska

    Dziś prezentujemy szacownych Opolan, kandydujących do dorocznych nagród "Nowej Trybuny Opolskiej" w kategorii promocja regionu.
    Aleksandra Jakubowska, poseł ziemi opolskiej, wiceminister kultury, zastępca sekretarza generalnego SLD.
    Mimo że nie jest rodowitą Opolanką i nie mieszka w Opolu często łapie się na tym, że mówi "u nas na Opolszczyźnie" i z naszym regionem jest kojarzona, już nie tylko przez znajomych.
    Ostatnio w sejmowej restauracji na widok klusek śląskich z dezaprobatą pokręciła głową: - To mają być śląskie!? Chcecie posmakować prawdziwych, to jedźcie na Opolszczyznę.
    Pytana o największe sukcesy podaje dwie daty: 1997 i 2001, czyli wybory parlamentarne, w których Opolanie jej zaufali i wybrali swoim przedstawicielem w Sejmie (jest członkiem SLD w Domaszowicach, jednej z najbiedniejszych opolskich gmin).
    - Kiedy startowałam po raz pierwszy, z ostatniego miejsca na liście, nie znałam ludzi, w ogóle niewiele wiedziałam o Opolszczyźnie, więc nawet przegrana nie byłaby dla mnie wstydem - mówi dziś. - Ale drugi start to już była weryfikacja po czterech latach. Gdybym teraz przegrała, to by oznaczało, że źle pracowałam, że się nie sprawdziłam. Tymczasem zdobyłam najwięcej głosów ze wszystkich opolskich kandydatów, to ogromna satysfakcja.
    Ten sukces - taką ma nadzieję - świadczy o tym, że ludzie ją zaakceptowali, a według niej - w tym regionie zdobycie zaufania nie jest łatwe, bo: - Opolanie trudno akceptują kogoś, kto został przywieziony w teczce, ale jeśli już się do kogoś przekonają, to można na nich liczyć.
    Walkę o zachowanie województwa opolskiego i utworzenie stowarzyszenia na rzecz telewizji regionalnej uważa za najważniejsze wydarzenia, które zdominowały jej pierwszą kadencję i na ziemi opolskiej zjednoczyły nawet dotychczasowych przeciwników politycznych.
    Mimo wielu obowiązków w Warszawie, stara się często bywać w Opolu i na całym Śląsku Opolskim. Najpierw przyjeżdżała tu przede wszystkim z obowiązku, teraz robi to także z sentymentu i dla przyjemności, dla ludzi, których tu poznała, z którymi się zaprzyjaźniła.
    - W Warszawie nie mam wielu przyjaciół, mogłabym ich policzyć na palcach jednej ręki - przyznaje. - A na Opolszczyźnie mam grono wiernych i czekających na mnie osób.
    Według niej, Opole to jest takie miasto skrojone na miarę "normalnego człowieka". Wszystko tu jest w sam raz.
    - Można w ładny słoneczny dzień usiąść na Rynku pod arkadami i w dwie godziny o Opolu wszystko się wie - żartuje opolska posłanka. - Dobrze się tu czuję, dużych miast nie lubię. Marzę o dniu, kiedy będę miała tyle czasu, żebym mogła pospacerować sobie po mieście, zajrzeć do sklepów, posiedzieć na pl. Sebastiana...
    Często do Opola zabiera rodzinę - męża i 19-letniego syna, który uwielbia festyny, dożynki i festiwal piosenki.
    Przyznaje, że tylko dyżury w opolskim biurze poselskim nie należą do najłatwiejszych. Tu gromadzą się wszystkie ludzkie nieszczęścia. W niektórych sprawach można pomóc od razu. Miłoszowi Klimczakowi z Kędzierzyna, cierpiącemu na zanik mięśni, który po skomplikowanej operacji w Seulu, wymaga rehabilitacji, udało się załatwić turnus w Konstancinie.
    - Ale on nie może tam być bez opiekuna, a ustawowo nie ma możliwości, by zrefundować jeszcze pobyt w sanatorium jego ojca. A rodziny Miłosza na opłacenie takiego pobytu nie stać - tłumaczy poseł Jakubowska. - Więc jeden miesiąc ja temu panu sfinansuję, potem myślę, że dołożą się inni parlamentarzyści.
    Nie wszystko jednak da się załatwić "od ręki". Inne sprawy, choć jednostkowe, zależą od sytuacji w regionie, w kraju. Kiedy Aleksandra Jakubowska dowiedziała się o tragicznym położeniu byłych pracowników Przedsiębiorstwa Produkcji Sadowniczej w Grudyni, starała się wspomóc ich doraźnie, małymi kroczkami.
    - Zaczęło się od pomocy dla szkoły, zorganizowania wakacji dla dzieci z Grudyni, pomocy prawnika, pism do sądu pracy - wylicza.
    - Szukam dla Opolszczyzny inwestorów. Stworzyć nowe miejsca pracy to dla parlamentarzystów główne zadanie - twierdzi.
    Uważa, że szansą dla samego Opola są szkoły wyższe. To miasto - według niej - powinno rozrastać się jako ośrodek akademicko-naukowy. Teraz, jako wiceminister kultury, poddana jest także naciskom gremiów walczących o przetrwanie na tym polu. Na Opolszczyźnie takich instytucji, liczących na wsparcie, też nie brakuje.
    Jak zachować równowagę pomiędzy powinnościami ministra i posła, starającego się o sprawy swojego regionu?
    - Opolszczyzna jest moim oczkiem w głowie, ale pełniąc funkcję wiceministra, muszę tę kupkę marnych pieniędzy na kulturę dzielić sprawiedliwie - argumentuje. - Ale na przykład sprawa Zamku Piastów Śląskich w Brzegu. Nikt nie podważa, że tej instytucji należy pomóc.
    Kilka dni temu magazyn "Home and Market" wybrał ją do grona pięćdziesięciu najbardziej znaczących w Polsce kobiet.
    W pięcioletniej historii honorowych nagród "NTO" jest pierwszym kandydatem do Złotej Spinki spoza Opolszczyzny.
    - Dumna jestem z tej nominacji. Tym bardziej, że nigdy nie dostałam żadnego orderu ani odznaczenia, a nagrodę od prezesa radiokomitetu przyznano mi w tydzień po tym, jak odeszłam z telewizji.

    Prof. dr hab. Wiesław Lesiuk, historyk i politolog, wieloletni dyrektor Instytutu Śląskiego w Opolu.

    Trzydzieści pięć lat zajmuje się badaniem dziejów Śląska. W tym czasie przeszedł wszystkie możliwe szczeble błyskotliwej kariery zawodowej - od asystenta stażysty do dyrektora Instytutu Śląskiego i jednocześnie kolejne awanse naukowe - od doktoratu do profesury. Będąc wybitnym śląskoznawcą i niemcoznawcą, recenzuje doktoraty i prace habilitacyjne w kraju i za granicą, współpracuje z krajowymi i zagranicznymi instytucjami naukowymi i gremiami eksperckimi. Zainicjował nawiązanie stosunków partnerskich z czeską Opavą i niemieckim Mulheim.
    Przez wszystkie lata pracy rok po roku z pasją promuje w kraju i poza granicami Śląsk Opolski i jego stołeczny ośrodek. Wśród ponad 550 publikacji wybijają się problemy politycznej i społecznej historii Opolszczyzny, zwłaszcza stosunki etniczno-narodowościowe, powstania śląskie, polski ruch narodowy w Niemczech, ruchy społeczno-polityczne, dzieje subregionów i wiele innych. A także problematyka współpracy transgranicznei i euroregionalnej.
    Brał udział w 120 konferencjach naukowych w Polsce i poza nią, za każdym razem z wielkim zaangażowaniem, sercem i starannością przypominając o randze i bogatej historii śląskiej ziemi.
    Popularyzując dzieje Śląska wymyślił i zrealizował polsko-niemiecką wystawę historyczno-muzealną pt. "Przebudź się serce moje i pomyśl", poświęconą historycznie ukształtowanym relacjom i więziom między Śląskiem a Berlinem - Brandenburgią w ostatnich 250 latach. Ekspozycji towarzyszył obszerny dwujęzyczny tom z opracowaniami czołowych śląskoznawców tych regionów. Wystawę obejrzało ok. 100 tys. ludzi w Polsce i za zachodnią granicą.
    Pracę w Instytucie Śląskim traktuje nie tylko jako wypełnianie zadań naukowych. - Pomyślałem, że ten instytut powinien być przydatny ludziom. Stąd pomysł wykładów w jednostkach wojskowych Opolszczyzny, w których służyli ludzie nie znający historii tej ziemi - wspomina profesor, zapalony militarysta i jedyny Opolanin nominowany do prestiżowej nagrody "Buzdygan 2001".
    Jednak większość pracy naukowej to lata spędzone na badaniu, analizowaniu skomplikowanych, ale szalenie interesujących, dziejów ukochanego regionu.
    Co jest niezwykłego w Śląsku Opolskim. Dlaczego warto zgłębiać dzieje tej ziemi? - Śląskoznawstwo zrodziło się z interdyscyplinarnego sposobu spojrzenia na Śląsk. Ten region zawsze był na styku różnych kultur, targany dramatycznymi dziejami stanowi część składową historii Polski, Niemiec i Czech. Był i nadal jest obszarem skomplikowanych procesów społecznych, zróżnicowań etnicznych i narodowościowych - mówi.
    Profesor specjalizuje się w historii XIX i XX wieku. - To pasjonujący czas powstawania państw, ale jednocześnie tworzenia się wszelkich nieszczęść. Myślę, że ten okres w historii Śląska decyduje o bilansie otwarcia na przyszłość - dodaje.
    Wiesław Lesiuk z pasją i determinacją zawsze dowodził, iż dzieje Śląska Opolskiego należą do najbardziej ciekawych. - Historycy uważają, że działalność śląskich badaczy dziejów należy do drugiej kategorii. Nic podobnego. Przecież historia powszechna żywi się historią regionalną. Nie można pisać o procesach, nie wspominając o ludziach w nich uczestniczących. Inaczej tworzy się historię bez ludzkiej twarzy - mówi.
    Jego walka o uznanie wysokiej rangi badań naukowych tego regionu jest niczym innym, jak wielką promocją dziejów i teraźniejszości Opolszczyzny. Zresztą z podobnym problemem borykają się historycy z Czech.
    Związki profesora z regionem opawskim to kolejny etap naukowych peregrynacji i sukcesów. Oprócz szerokich kontaktów z tamtejszymi historykami, ciągłym dyskursem i setkami publikacji prof. Wiesław Lesiuk współpracuje z tamtejszym uniwersytetem. Powołany w skład Senatu i do Rady Naukowej Wydziału Filozoficzno-Przyrodniczego prowadzi wykłady, seminaria, konferencje.
    - To właśnie dzięki pracy z opawskimi studentami i historykami, których, podobnie jak nas, interesuje problem tożsamości, pojawił się pomysł nawiązania szerszych kontaktów - twierdzi.
    Za swoją pracę i pasję został profesor nagrodzony Złotym Medalem Uniwersytetu Śląskiego w Opawie - tytułem równym doktorowi honoris causa. Ten ostatni jest kwestią czasu, opawska uczelnia jeszcze ich nie przyznaje. Medalem takim uniwersytet uhonorował jedynie czterech obcokrajowców, a profesor otrzymał go jako drugi Polak. Wcześniej medal odebrał papież Jan Paweł II.
    Za swój osobisty sukces uważa trzy (choć ma ich jeszcze dziesiątki) najpoważniejsze nagrody "śląskie": im. Wojciecha Korfantego, Karola Miarki i najważniejszą, im. Juliusza Ligonia - za pracę badawczą nad dziejami Śląska oraz koncepcyjną, prowadzącą do polsko-niemiecko-czeskiej syntezy dziejów regionu. - To moja korona śląskoznawstwa - mówi.
    Niedawno zakończył misję szefowania Instytutowi Śląskiemu. Wciąż intensywnie pracuje naukowo. Podjął się bardzo trudnego, ale wykonalnego, jak mówi, opracowania dotyczącego nowoczesnych systemów historycznych na Górnym Śląsku od wojen śląskich w 1740 roku do dziś. Drugi dotąd etat na Uniwersytecie Opolskim zastąpił pierwszym. Praca ze studentami daje mu olbrzymią satysfakcję. Do 45-minutowego wykładu potrafi się przygotowywać cztery godziny. Studenci mówią, że umie rozbudzić w nich pasję. Profesor zaś dodaje, że brzydzi się wystawiać słabe oceny: - Bo to oznacza, że nie potrafiłem zainteresować ich tematem - dodaje z uśmiechem. W swojej działalności promującej region nie zapomniał o uczelni. W ciągu dwóch lat w Instytucie Nauk Społecznych zorganizowano trzy konferencje naukowe z młodzieżą czeską, a światło dzienne ujrzały dwa tomy materiałów naukowych.
    O Opolszczyźnie i Opolu mógłby mówić godzinami. Nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. - Nie lubię dużych miast, kameralne Opole jest idealne - twierdzi. Po dwóch, trzech tygodniach spędzonych poza miastem, najchętniej rzuciłby wszystko, by tu wrócić. - Gdy słyszę, gdy ktoś mówi źle o Opolszczyźnie, gdy powiela stereotypy, burzy się we mnie krew - dodaje.
    Nie bez powodu jako jedyny Polak otrzymał honorowe obywatelstwo Opola za promowanie w nauce problematyki regionu. A dzięki tej pracy Opole otrzymało flagę i plakietę Rady Europy.

    Alfons Schnura, wieloletni radny Rady Miasta i Gminy w Strzelcach Opolskich, społecznik, piewca swojej małej ojczyzny i promotor regionu w Niemczech.

    Za jego sprawą niemieckie Soest stało się miastem partnerskim gminy, a później powiatu strzeleckiego. Oprócz uroczyście podpisanych aktów pan Alfons zadbał o to, by zbliżyli się do siebie przede wszystkim ludzie. Dziś współpracują ze sobą polskie i niemieckie szpitale, szkoły, policjanci i strażacy.
    - Robię zawsze to, co każe mi serce - mówi skromnie.
    Początki nie były łatwe. - Pierwsze kontakty załatwił profesor Gerhard Bartodziej. Kiedy był na Zachodzie i zaprosił do Strzelec burmistrza Soest. To był kwiecień 91 roku - wspomina.
    Potem był kolejne wizyty i rewizyty.
    - Rany między Polakami i Niemcami były wtedy wielkie, trzeba było się pogodzić. Bardzo chciałem, żeby nasza rada do nich pojechała - mówi. I to był wyjazd przełomowy. Radni, jeszcze do niedawna obcy sobie ludzie, stali się wielkimi przyjaciółmi. Do Strzelec ruszyła lawina darów i pieniędzy. Alfons Schnura od początku pełnił rolę pośrednika i dobrego ducha.
    - Pojedź ty, Alfons, umiesz z nimi rozmawiać, tobie ufamy - mówili.
    Zawsze uważał, że jak człowiek z człowiekiem się nie porozumie, to niewiele da się załatwić, nawet jeśli granice byłyby otwarte.
    Pierwszą instytucją, której pomagali Niemcy z Soest, był strzelecki szpital. - Oni tam w Niemczech wiedzieli, że u nas jest bieda, że szpitale nie mają sprzętu, że strażacy jeżdżą marnymi wozami - wspomina i opowiada, jak urzekł go gest jednego z profesorów szpitala w Soest. - Dał mi do ręki 3 tys. marek. Powiedział: - Alfons, kupcie, co potrzebujecie - dodaje. I tak strzelecki szpital wzbogacił się między innymi o profesjonalną aparaturę do szycia ran.
    Gdy w 1997 roku Strzelce walczyły ze skutkami powodzi, mieszkańcy Soest zorganizowali koncert dla Strzelec. Nazbierali 6 tys. zł, za które kupili wysokowydajną pompę. Strażacy zaś samochód bojowy.
    Jednak jego największą pasją jest badanie dziejów Strzelec - jego małej ojczyzny. Mieszkańców miasta, przyjaciół, znajomych zaskoczył filmem o dziejach strzeleckiej ziemi.
    - Nakręciłem ten dokument dla przyszłych pokoleń, okazuje się bowiem, że nie wszyscy znają historię naszego miasta. Chciałem też zrobić prezent naszym przyjaciołom z Soest - żeby pochwalić się opolską ziemią - tłumaczy.
    Film zatytułowany "Ziemia Strzelecka przez stulecia" opowiada niezwykłe epizody, legendy, mało znane fakty z historii Strzelec Opolskich. W jego powstaniu swój udział mieli także mieszkańcy Soest, którzy odnaleźli w swoich archiwach stare pocztówki przedwojennego miasta, w którym się urodzili i spędzili młodość. - W dzisiejszych czasach nic tak nie wypromuje miasta i regionu, jak film. Taśma trafiła już do Soest, a niedługo będzie chwalić Opolszczyznę na Litwie - zapowiada Schnura.
    Z zawodu ślusarz, z zamiłowania metaloplastyk - w metalu utrwala historyczne i urokliwe zakątki swojej małej ojczyzny.
    Z jego inicjatywy na strzeleckim cmentarzu ustawiono obelisk, na miejscu grobu właściciela tamtejszego zamku - hrabiego Renarda. Przez kilka lat bez reszty poświecił się odszukaniu grabarza, który znał miejsce pochówku hrabiowskiej rodziny. Odnalazł go w Niemczech. Dzięki informacjom Wilhelma Zientka możliwe było wskazanie kwatery, gdzie spoczywa rodzina Renardów.
    Dziś na miejscu zdemontowanego grobowca, dzięki pracy Alfonsa Schnury, stanął nagrobek dawnych mieszkańców strzeleckiego zamku.
    Niemiecka praca nazwała go "budowniczym pomostów partnerstwa". Miasta Soest i Strzelce Opolskie uczyniły go swoim honorowym obywatelem.
    Alfons Schnura obiecuje, że nie zamierza na tym poprzestać, ma jeszcze wiele do zrobienia.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo