Przebindowski : - Słowo jest i będzie materią najbliższą aktorowi

Redakcja
Razem z żoną, ktora też jest aktorką, bawimy się z Mią w układanie rymowanek.
Razem z żoną, ktora też jest aktorką, bawimy się z Mią w układanie rymowanek.
Jakub Przebindowski, aktor i autor "Dzikich zwierzeń i innych zdarzeń": - Jestem aktorem i pracuję jako aktor. Cieszę się, że nie muszę zarabiać, jeżdżąc taksówką czy gotując w restauracji.

- Czyżby zapanowała moda na pisanie wierszy dla dzieci? Dwa tomiki wydał Maciej Orłoś, niedawno jako autor ujawnił się Michał Rusinek, a teraz, przed gwiazdką, mały czytelnik otrzymał przepięknie wydany zbiór podpisany pana nazwiskiem. Niech żałuje ten, kto dzieci nie ma i go nie kupi.
- Powiem tak: książki piszą ci, którzy czytają własnym dzieciom i czegoś im w tych lekturach brakuje. Stąd imperatyw, żeby to coś wypełnić.

- Czego panu brakowało?
- Tekstów, które dotykałyby współczesności, bawiły i dorosłych, i dzieci, zachowując formę klasycznego wiersza, z wyraźnym rytmem i melodią oraz odrobiną ironii.

- A do tego telewizor, internet, SMS...
- Oczywiście, to słowa od dawna funkcjonujące w naszym języku. Tym bardziej że maluchy łatwiej przyswajają media elektroniczne niż dorośli. Moja córka w wieku dwu lat potrafiła włączyć i wyłączyć DVD, do dziś wydaje mi się to abstrakcyjne. Wszelkie nowości techniczne Mia przyjmuje w sposób całkowicie oczywisty.

- Ktoś, kto zdążył już przeczytać "Dzikie zwierzenia i inne zdarzenia", powiedział, że ta książeczka świadczy o bardzo dobrych relacjach pomiędzy panem a pana córeczką.
- To miłe. Czasami oboje z żoną, która także jest aktorką, bawimy się z dzieckiem w układanie rymowanek. Wzięło się to z braku innych pomysłów na zabawę. I tak np. podczas jazdy samochodem wymyślałem krótkie wierszyki, wyliczanki, bawiliśmy się w porównania, dobieranie słów, co bardzo poszerza słownictwo i może być niezłą zabawą. Postanowiłem z czasem napisać kilka wierszy i była to ogromna frajda. Zdawałem sobie sprawę z trudności, bo chodzi o twórczość bardzo ryzykowną choćby z tego powodu, że małych czytelników trudno nabrać. Oni muszą wiedzieć - co, jak, dlaczego, znać przebieg historii, w jakim kierunku ona zmierza. Za to ich świat fantazji jest nieograniczony, jest przestrzenią totalnie wolną. Czytałem Mii swoje wiersze jeszcze podczas pisania, ona nieraz dopominała się o ciąg dalszy, a więc stąd, być może, wzięło się wrażenie, że nasza relacja jest tak dobra. Cieszę się, że to widać.
- Nie wiedziałam, że taki z pana kruk...
- Wiersz "Kruk z Krakowa" to rzeczywiście wiersz o nas, o mnie i o mojej żonie. Podczas spotkania w Warszawie z udziałem wielu naszych kolegów aktorów zrobił furorę. Podróże wpisane są w nasz zawód. Często bywa tak, że w pociągu spotykamy się dużą grupą. Jedni wracają z filmu, inni jadą na spektakl. Krukiem jestem nadal, wciąż przemieszczam się z Warszawy do Krakowa, ale, powołując się na słowa wiersza, "taka jest natura kruków".

- W Krakowie uczył się pan aktorstwa i dobrych parę lat grał w Starym, teatrach Słowackiego i Stu, za to w Warszawie pewno łatwiej o pracę...
- To prawda. Minął czas, kiedy w Krakowie realizowano teatry telewizji i inne produkcje filmowe. Mam nadzieję, że to się jeszcze zmieni. Warszawa jest miastem, w którym powstaje większość filmów i seriali, a także coraz więcej teatrów. A nawet doszło do tego, że można kupić precle! Bardzo smaczne, prawie jak krakowskie, tylko nazwa jest inna - bajgle. Proszę jednak zwrócić uwagę, że wyprowadziwszy się z Krakowa, nadal w nim gram, mało tego, w tamtym roku miałem premierę, choć obiecywałem sobie, że w nowych przedsięwzięciach nie będę już uczestniczył. Dostałem jednak propozycję zagrania w sztuce "Na końcu tęczy" w Teatrze STU w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego o ostatnich trzech latach życia Judy Garland, którą fenomenalnie gra Beata Rybotycka. Gram przyjaciela i wieloletniego akompaniatora Judy. Więc cóż... przemieszczam się jak ten "Kruk z Krakowa".
- Jak to się stało, że w pana zawodowym życiu tak różnie rozłożyły się akcenty? Z jednej strony Wajda, ostatnio rola księdza wikarego w "Katyniu" i ważne teatry, z drugiej - "M jak miłość" i "Na Wspólnej".
- Jestem aktorem i pracuję jako aktor. Cieszę się, że nie muszę zarabiać, jeżdżąc taksówką czy gotując w restauracji. W swojej pracy spotykałem Andrzeja Wajdę czy Kazimierza Kutza, a równocześnie padają inne propozycje. To nie znaczy, że przyjmuję wszystko. Aczkolwiek aktorzy starej daty zawsze powtarzają: ciesz się, dziecko, że jest praca, pamiętaj tylko, żebyś grał, jak umiesz najlepiej.

- Do aktorskich obowiązków zalicza pan także udział w "Jak oni śpiewają"?
- Od czasu do czasu występuję na estradzie, podobno mam do tego szczególne predyspozycje. A kiedy zaproponowano mi udział w programie w gronie miłych osób - niektórych znam jeszcze ze studiów - nie widziałem powodu, żeby odmówić. Tym bardziej że zagwarantowano nam możliwość śpiewania z orkiestrą na żywo, a to rzadkość i niezwykła przyjemność.

- Realizuje się pan także jako autor scenariuszy, piosenek...
- Napisałem muzykę do przedstawienia w warszawskiej "Bajce" i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. W przypadku aktorów potrzeba działania ujawnia rozmaite umiejętności, bo teatr obejmuje wiele sztuk. To powszechne zjawisko, że aktorzy w pewnym momencie zaczynają reżyserować, że wśród nich pojawiają się scenografowie, jak choćby pan Jan Kozikowski, współautor sukcesu "Matki Joanny od Aniołów" w opolskim teatrze. Pisanie to także czynność pokrewna aktorstwu, ponieważ wciąż pracujemy nad językiem. Słowo jest i będzie materią najbliższą aktorowi.

- W tym kolażu zajęć szykuje pan skok na inne jeszcze dyscypliny?
- Przygotowuję premierę kolejnego autorskiego tekstu w Warszawie, w nowym miejscu, jakim jest budowany od kilku lat teatr "Kamienica" Emiliana Kamińskiego. To skok na głęboką wodę, bo produkcja duża, wieloobsadowa, i inauguracja działalności teatru.

- Na czacie, związanym z udziałem w "Magdzie M.", można było dowiedzieć się, że odpowiada panu postawa, która ma coś wspólnego z szaleństwem. Wcześniej, oglądając pana na ekranie jako inteligenta z kindersztubą, trudno się było tego domyślić.
- Mówiłem o szaleństwie w życiu. Jestem za, jeśli ktoś rozumie szaleństwo przez skok na bungee, choć mnie to do niczego nie jest potrzebne, ale szaleństwo to dla mnie spełnianie marzeń, oczywiście nie za wszelką cenę. I pewien styl bycia, wykraczający poza "od - do", który, odwołując się do języka teatru, dopuszcza improwizację. A propos - mieszkam niedaleko parku, w którym można skakać z dźwigu na bungee. Wszyscy skaczący lecąc głową w dół, wykrzykują mniej więcej te same słowa. Głównie jedno, na literę "k". Kiedyś zaczepił mnie starszy pan, który mijając mnie, powiedział. - Panie, już bym wolał, żeby tu małpy skakały. I byłoby na co popatrzeć, i czego posłuchać.

- O pana żonie napisano przede wszystkim, że jest aktorką i Ślązaczką, jakby zapominając, że i pan urodził się na Śląsku.
- Rzeczywiście Martyna pochodzi ze śląskiej rodziny; pradziadek to powstaniec śląski, odznaczony Virtuti Militari. Ja wprawdzie urodziłem się w Opolu, ale rodzice mojej mamy pochodzą z Kresów, a ojca - z Krakowa.
- Spotkali się państwo w szkole krakowskiej?
- Nie do końca. Kiedy ja kończyłem studia, ona je zaczynała. Za to razem pracowaliśmy w Łodzi, gdzie narodziła się nasza namiętność, a potem miłość. Teraz Martyna występuje w "Barwach szczęścia" i w "Teraz albo nigdy", zresztą razem ze mną, choć w filmie nie tworzymy tandemu. Tu anegdota: ponieważ film kręci się nie wedle porządku chronologicznego, lecz ze względu na miejsce akcji, niektóre odcinki są realizowane przez całe tygodnie i osoby, które nie spotykają się na planie, występują w jednym przedziale czasowym na ekranie. Ostatnio żona włączyła telewizor, a że usypiałem właśnie córkę, zawołała - "Kuba, jesteś w telewizji!". Spojrzałem, wyszedłem, a ona: "Znowu jesteś!". A potem rozległo się: "Teraz ja!'.

- Można to potraktować jako metaforę: nawet wówczas, kiedy jesteście państwo oddzielnie, pozostajecie razem?
- Przynajmniej tego bym sobie życzył.

- Mia skazana jest na przedszkole i na nianię?
- I na naszych rodziców. Choć trudno mówić o skazaniu. Uwielbia chodzić do przedszkola, a z niańkami daje sobie świetnie radę.

- Krótko mówiąc - Opole przyjeżdża do Warszawy?
- Właśnie.

- A Warszawa do Opola?
- Często mnie o to pytają. Powiem tak: jestem opolaninem, bo tu się urodziłem. Faktu tego nie zmienię. Poprzez ilość podróży Kraków i Warszawa łączą mi się w jedno miasto, natomiast w Opolu bywam sporadycznie i może dlatego wydaje mi się trochę cichym miastem. Odnoszę wrażenie, że bardziej się tu mieszka, niż żyje, przeciwnie niż we Wrocławiu, Poznaniu, a nawet w Zielonej Górze, ale widocznie takie są potrzeby mieszkańców, bo to w końcu ludzie tworzą miasta, a nie odwrotnie, i ja gdzieś to szanuję.

- U progu pana kariery zawodowej mogło się wydawać, że jest pan wprost idealnym kandydatem do ról amanckich, a tymczasem pana nazwisko nie budzi takich skojarzeń, jak Żmijewskiego, Adamczyka czy Małaszyńskiego. Jest pan zbyt ułożony, kulturalny?
- Nie ma czegoś takiego jak bycie zbyt kulturalnym. Chamstwa nie znoszę i nie znam ludzi, którym by to imponowało. Piotrek Adamczyk należy do najbardziej ułożonych facetów, jakich spotkałem. Zresztą pozostała dwójka również. A jeśli chodzi o emocje, jakie wzbudza moje nazwisko, to są wystarczające, mam tego dowody na ulicy, w sklepie, w pociągach i zazwyczaj jest to związane właśnie z rolami, które gram, choć widzom myli się moje serialowe życie z prywatnym. Kiedyś sprzedawczyni w sklepie podeszła do mnie i powiedziała: "Panie, kto panu wybiera te narzeczone? No przecież ta ostatnia no to, panie, daj pan spokój. Ja taką ładną córkę mam. Może przyszedłby pan do nas zapoznać? Kasia się nazywa". Ostatnio inna pani po spektaklu poprosiła mnie o autograf i o to, czy może pocałować mnie w rękę. Była ze starszą koleżanką, którą namawiała również na autograf. Koleżanka zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała: Zbieram tylko od piłkarzy.

- Dzisiaj spotkał się pan z opolskimi czytelnikami. Czymś zaskoczyli?
- Dzieci bardzo uważnie słuchały wierszy, pytały o różne sprawy, ale jedna z uczestniczek zapytała, czy wiem, dlaczego dziewczyny lubią się stroić. I to już jest powód, dla którego należałoby napisać nowy wiersz.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
Z dawnych lat...
Kuba!
Ale pozycja Benka Maselego (wciąż) nie jest zagrożona...
Czyli nic się nie zmieniło.
Dodaj ogłoszenie