Przeszłość mnie nie interesuje

Redakcja
Z Leonem Tarasewiczem, malarzem, rozmawia Danuta Nowicka

- Podobno chciał pan w tym roku przemalować kolumnę św. Marka i kolumnadę Starych Prokuracji przy San Marco? Był to jeden z najbardziej rewolucyjnych pomysłów w ponadstuletniej historii biennale w Wenecji...
- To nieprawda. Jeśli obłoży się kolumnę pleksi, a taki właśnie miałem zamiar, i dopiero na nim maluje, to nie jest żadne przemalowanie. Jestem ostatni, który by to zrobił. Po prostu dziennikarze zrobili aferę.

- Skończyło się malowaniem podłóg w polskim pawilonie.
- Owszem. A kontekst tego, że nie działałem w mieście, jest bardzo prozaiczny: nie tylko w Polsce panuje niechętny stosunek do sztuki. Władze Wenecji także nie cierpią biennale i dochodzi do paranoi: jeśli miasto przed wojną wybudowało w Gardini niektóre pawilony (m.in. Polska ma pawilon sprzed wojny), to obecnie nienawidzi sztuki współczesnej. Polskich władz też nasz pawilon specjalnie nie obchodzi.

- Był pan ostatecznie zadowolony ze swoich realizacji?
- Tak, bo zrobiłem, co chciałem, pozostając w dużej opozycji do tego, co pokazali inni. Dzięki temu zostałem zauważony.

- Jaka była idea pana ekspozycji?
- Ojej, najgorzej definiować... Wiedząc, że wszystko będzie zdominowane przez świat techniczny, postarałem się, aby w Wenecji, tworze sztucznym, zbudowanym na morzu, przedstawić dzieło organiczne, z odnośnikami do przyrody, a z drugiej strony, żeby wykonać je na podłodze. To nawiązanie do moich wcześniejszych doświadczeń, malowania na ścieżkach, i do Wenecji, z licznie występującym w tym mieście malarstwem poziomym: mozaikami, arcyciekawymi sposobami rozwiązywania przestrzeni.

- Słyszałam niedawno opinię, że Tarasewicz jest coraz trudniejszy. Domyślam się, skąd to się bierze. Coraz częściej rezygnuje pan z obrazu zamkniętego na rzecz otwartych przestrzeni.
- Nie jestem trudniejszy, wystarczy tylko obserwować na bieżąco, co maluję.

- Jak to się stało, że pan, chłopak ze wsi, mocno stojący na ziemi, porwał się na coś tak ulotnego jak sztuka?
- Nie jestem wyjątkiem. Naturę artysty posiada się bez względu na pochodzenie, ale żeby doszło do spełnienia, potrzebna jest już mobilizacja miejska. W moim przypadku nastąpiło to w sposób naturalny. Po skończeniu podstawówki jeździłem do Warszawy, sięgnąłem do "Na tropach sztuki" Joanny Guze, spotkałem ludzi o pokrewnych zainteresowaniach. Znalazłem się w sytuacji luksusowej, bo mogę mieszkać na wsi i tam, gdzie trzeba, dojeżdżać.

- Po drodze była Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie..
- A wcześniej liceum plastyczne w Supraślu.

- W akademii - Gruppa...
- Byli koledzy, którzy ją stworzyli.

- W jednym z wywiadów zadano już to pytanie: jak to się stało, że jednak to pan się wybił? Że o panu stało się głośno za granicą?
- Wie pani, odnoszę wrażenie, że pokutuje u nas pewien kompleks: że jak ktoś coś robi za granicą, to już kariera albo sława. Owszem, jestem obecny na wystawach, ale to nie ja kształtuję tamtą sztukę, więc o karierze nie ma co mówić. Zaś na to, że w kraju mam jakąś pozycję, złożyło się wiele powodów: przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że sztuka zawsze pozostaje w opozycji do zastanej kultury, poszukuje nowych dróg, łamie schematy. Moje życie miało różne współrzędne, w przyspieszony sposób mogłem realizować rzeczy wybiegające w przyszłość. W efekcie w Białymstoku mają problemy z akceptacją mojej osoby i tak naprawdę żyję dzięki realizacjom w Warszawie czy za granicą. Nie są w stanie zanegować Tarasewicza artystę, bo stanowi jakąś tajemnicę. Mogą - osobę, Białorusina, tym bardziej że od początku nie ukrywałem, że nim jestem.

- W ostatecznym rachunku przynależność narodowa bardziej panu przeszkadza czy pomaga?
- Czyni mnie bogatszym, a w latach 80. pozwoliła uniknąć wielu błędów. Tworzyliśmy wtedy ruch analogiczny do polskiego solidarnościowego i miałem dystans do tego, co odbywało się na Białostocczyźnie, gdzie szczytna idea demokratyczna nabrała szowinistycznego charakteru. Mogłem robić rzeczy bardziej uniwersalne, przyswajalne przez osoby spoza Polski. Wyjść z zamkniętego świata, który powoduje, że obcokrajowcy nie potrafią nas zrozumieć, przekroczyć tę barierę patetyczno-symboliczno-cierpiętniczą.

- I to, myślę, jest odpowiedź na pytanie o przyczyny pańskiego powodzenia za granicą. Dodać należy do tego jeszcze zbiegi okoliczności, dzięki którym pana obrazy znalazły się poza krajem.
- Nic nie dzieje się przypadkowo. Na IV roku studiów debiutowałem na wystawie w galerii pracowni "Dziekanka" (był stan wojenny i nie wystawiało się w innych miejscach, które popierały reżim), gdzie nie miało się zgryzu moralnego. Miałem problem z wystawianiem, bo inni robili to w kościołach, ale ja już działałem w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, pracowałem w zarządzie głównym i wiedziałem, że w kościołach nie stawia się pytań. Wróciłem na Białostocczyznę, urządziłem sobie pracownię w domu rodziców i obrazy, które namalowałem, pokazałem w Lublinie i znowu w "Dziekance". A potem był Sztokholm, Anglia, Wenecja, Kanada, Nowy Jork...

- Niektóre prace stale są w obiegu. Nie ściąga ich pan nawet do kraju.
- Tak się składa, że chcą mnie pokazywać. Na wystawę retrospektywną w Zachęcie trzeba było sprowadzać obrazy z Niemiec i Szwecji.

- Kiedy ogląda się reprodukcje, można ulec złudzeniu, że pańskie malarstwo bliższe jest sztuce konceptualnej niż emocjonalnej, ekspresyjnej. Oko w oko z oryginałami nie ma się już wątpliwości, jak bardzo czerpie z żywej materii i jak jest dynamiczne. Jakby pan je najkrócej scharakteryzował? Co jest dla pana ważne w sztuce?
- Każdy twórca maluje swoje życie. Myślę, że gdyby skorzystać z programu komputerowego, do którego wrzuciłoby się moją osobę, cały życiorys z edukacją na Białostocczyźnie, a nie w żadnym innym miejscu, gdyby dodać do tego dwa lata w wojsku, okres akademii, ludzi, z którymi dyskutowałem i jeszcze świadomość, którą otrzymałem poza Polską, a na końcu nacisnąć klawisz "drukuj" - wyszłyby prace, które robię. Rzeczy uniwersalne, oparte na naturze, z mistyczną zadumą.

- Na filmie, z którym mieli okazję zapoznać się opolanie w galerii muzealnej, uderza, z jaką siłą posługuje się pan pędzlem. Jak brutalnie atakuje podłoże...
- Każda czynność wiąże się z jakimś znojem, z czego rzadko kto zdaje sobie sprawę. Pisanie także. To, co bez wysiłku, skazane jest na doraźność. W czasie, kiedy budowano Wawel, powstawały pokraczne budynki, o których obecnie nic nie wiemy, i gotycka cerkiew w Supraślu z freskami. Dzisiaj też patrzę z niepokojem na budynki i cerkwie wyrastające na Białostocczyźnie. Równocześnie Jerzy Nowosielski buduje malutką cerkiewkę w Białym Borze. Jestem pewny, że zostanie w historii i stanie się wzorcem dla innych.

- Bardzo skomplikował pan sobie życie, decydując się na mieszkanie w rodzinnych Waliłach?
- Każdy artysta komplikuje. Jeśli chodzi o malarstwo, to jak powiedziałem, nie drażnię ludzi mieszkających obok, w Białymstoku czy we wsi Waliły, notomiast bulwersuję, jeżeli równolegle dotykam tego, co namacalne, jak chociażby zakładanie studenckiego ruchu białoruskiego w latach 80., podnoszenie miejscowej kultury. I kolejne etapy: budowanie władzy białoruskiej terytorialnej w Polsce, tworzenie gazety dwujęzycznej, tłumaczenie wspomnień Żydów z Gródka. To, co dziś mówi się w związku z Jedwabnem, w Gródku już dawno mamy przećwiczone. Środowiska konserwatywne próbują mnie zablokować. Teraz ktoś chce korzystać z tego, co maluję, chce z tego robić politykę kulturalną, ale akceptacji mnie, jako osoby, nie ma. A przecież jest to nierozdzielne.

- Tym razem do Opola przyjechał pan na "zwiady". Wystawa planowana jest na marzec.
- Będzie związana z Cybisem, co ma dla mnie istotne znaczenie nie tylko jako laureata nagrody Cybisa. W Warszawie, na Akademii Sztuk Pięknych, odziedziczyłem jego pracownię. Zachowało się zdjęcie, na którym Cybis właśnie w tej pracowni dokonuje korekty Tadeuszowi Dominikowi, mojemu profesorowi. Dzień przed przyjazdem do Opola spotkałem się z Dominikiem, który jest promotorem mojej pracy o granicach obrazu; tak to się wszystko składa. Gdyby nie te powiązania, nie przyjechałbym do Opola.

- Ma pan już pomysł na tutejszą wystawę?
- Chcę zrobić coś, co będzie pasować do przestrzeni galerii muzealnej. Nie widzę w niej, ze względu na architekturę, swoich gotowych obrazów. Bardzo często maluję specjalnie do pomieszczeń, czasami bezpośrednio na ścianach. Mnie wystawy prac z przeszłości nie interesują. Są już historią. Spoglądam na nie, jakby je namalował kto inny.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3