Slow Food. Jedzenie wymaga smaku

    Slow Food. Jedzenie wymaga smaku

    sxc.hu

    Nowa Trybuna Opolska

    Aktualizacja:

    Nowa Trybuna Opolska

    Slow Food. Jedzenie wymaga smaku

    ©sxc.hu

    - Przy jedzeniu i jego przyrządzaniu można pobyć z bliskimi, prowadzić ciekawe rozmowy z przyjaciółmi. Jedzenie uczy też szacunku do osób, które wyprodukowały to, co mamy na talerzach - mówi Jacek Szklarek, prezes ogólnokrajowego Stowarzyszenia Slow Food z Krakowa.
    Slow Food. Jedzenie wymaga smaku

    ©sxc.hu

    - W dosłownym tłumaczeniu slow food oznacza powolne jedzenie. Myślę jednak, że założycielom tego międzynarodowego stowarzyszenia nie chodziło tylko o dokładne, niespieszne przeżuwanie pokarmów...
    - Jedzenie od wieków było częścią kultury narodów, ale pośpiech, w jakim żyjemy, sprowadził je do szybkiej, koniecznej dla organizmu czynności. Posiłki zaczęły przypominać tankowanie samochodu, a przecież czas jedzenia był dawniej tylko pretekstem do ciekawej rozmowy, załatwienia sprawy, a także spotkania towarzyskiego i randki zakochanych.
    Ilustruje to choćby przysłowie "przez żołądek do serca". Jednym z celów działalności stowarzyszenia jest więc przywrócenie wspólnemu spożywaniu posiłków szerszej funkcji niż tylko przyswajanie wartości energetycznej. Chodzi nam o smakowanie życia. Przy jedzeniu i jego przyrządzaniu można pobyć z bliskimi, prowadzić ciekawe rozmowy z przyjaciółmi. Jedzenie uczy też szacunku do osób, które wyprodukowały to, co mamy na talerzach...

    - Nie jest łatwo wzbudzić szacunek do producentów żywności...
    - Rzeczywiscie kupujemy żywność w bardzo wysokim stopniu przetworzoną, by łatwiej było ją transportować i możliwie najdłużej przechowywać. Nam chodzi o to, by z regionalnych map nie znikały, ale powstawały nowe, małe ubojnie i mleczarnie. W Krakowie, gdzie mieszkam, najpopularniejsze są nabiałowe produkty spod Hajnówki. Podobne miejsca są w innych regionach.

    - Nie ma pan wrażenia, że dawniej nasze babcie i mamy poświęcały bardzo dużo czasu na przygotowywanie potraw, a my jemy najchętniej to, co da się ugotować szybko...
    - Nie chciałbym gloryfikować naszej kulinarnej przeszłości. U naszych przodków było różnie, a menu dyktował rytm natury. Kiedyś wiosną i latem, kiedy priorytetem były prace polowe, kobiety nie miały czasu na gotowanie. W dni powszednie jadło się więc okraszoną kaszę i ziemniaki, a bardziej wystawny obiad z mięsem i sosem był tylko w niedzielę. Lato i jesień to był też czas przygotowywania przetworów, które wzbogacały menu. Nikt wtedy nie jadł w zimie pomidorów, a teraz o zawartości talerza nie decyduje naturalny rytm przyrody, bo w styczniu do kraju docierają wiosenne warzywa z drugiego końca świata. Uważam, że dla naszego zdrowia korzystniejsze byłoby przywrócenie sezonowości do gastronomicznej oferty. Powinniśmy także jeść to, co wyrosło w pobliżu naszego miejsca zamieszkania. A po świecie niech wędruje kawa i herbata.

    - Ale nasz rytm życia i naszą dietę wyznacza nie przyroda, ale praca...
    - Kwintesencją tego jest fenomen i kariera "gorącego kubka" oraz rosnąca liczba firm cateringowych, roznoszących po biurach kanapki w koszach. To jest odzwierciedlenie stylu życia współczesnego człowieka, tego, że praca zawładnęła innymi jego sferami. Dawniej wracaliśmy po pracy na obiad. Teraz ludzie pracują często do wieczora, a w trakcie dnia trzeba przecież coś zjeść. Stąd popularność fast foodów. Niestety, taki sposób życia dotyczy także dzieci, które w świetlicach siedzą do późnego popołudnia. Dlatego stowarzyszenie toczy walkę, by nie zamykać szkolnych stołówek, gdzie mogą one zjeść pełnowartościowy obiad zamiast batonika i chipsów.

    - W Danii i na Węgrzech producenci chipsów, batoników i słodkich napojów płacą wyższe podatki, a konsumenci są zniechęcani do ich zakupu poprzez wyższe ceny. Czy to jest sposób na obniżenie spożycia tych produktów?
    - Nie znam efektów tych rozwiązań, ale uważam, że gdy chodzi o ochronę zdrowia dzieci, podatki na szkodliwe w nadmiarze produkty mogłyby być wyższe.

    - Większość dorosłych chce jeść zdrowo, ale nie wszystkich stać na kupowanie produktów w ekosklepach. Dlaczego dobra żywność jest taka droga?
    - Odpowiedź zilustruje przykład. W Krakowie kilogram kiełbasy lisieckiej, wyprodukowanej w firmie Stanisława Mądrego, kosztuje ponad 20 zł, a w Warszawie już ponad 50 zł. Pomiędzy producentem a konsumentem jest kilku pośredników - hurtowni, firm transportowych i handlowych. One dokładają do ceny producenta koszty swoich usług. Podobnie jest z innymi produktami. Jeśli przestaną one wędrować do klientów z jednego krańca Polski na drugi poprzez pośredników, będzie taniej. Wszystko powinno się więc opierać na regionalnych wytwórcach. Jeśli skrócony zostanie łańcuch dystrybucyjny, ceny spadną.

    - Ale to nie znaczy, że poprawi się jakość wędlin, w których zamiast mięsa jest tylko jego uzyskany z pomocą chemii smak...
    - Skrócony łańcuch dystrybucyjny jest także jednym ze sposobów na poprawę jakości produktów. Jeśli nie będą one musiały wędrować, zostaną pozbawione chemicznych dodatków, a wytwórca spotka się twarzą w twarz z konsumentem i jego opinią.

    - A może bardziej skuteczna byłaby pełna informacja o tym, jaki jest skład wędliny, ciasta, chleba, umieszczony przy cenie.
    - Piekarze nie mają obowiązku podawać na etykietce ile w chlebie jest środków spulchniających, przyspieszających rośnięcie i pieczenie ciasta. Myślę, że klienci sami eliminują z rynku niesolidnych producentów. Zwłaszcza tych z lokalnego rynku. Dobrą markę trudno sobie wyrobić, ale łatwo stracić, a jeszcze trudniej odrobić utracone zaufanie.

    - Pod patronatem stowarzyszenia odbywają się regionalne festiwale smaków. To duża pomoc dla producentów, która jest jednym z celów organizacji. A jakie są bariery, które muszą oni pokonać?
    - Bardzo pomagają wypromować regionalnych wytwórców urzędy marszałkowskie. Znakomicie robią to w Małopolsce, Wielkopolsce, na Podlasiu i w kilku innych regionach. Ale na świecie reklamą zajmują się sami producenci i ich konsorcja. Nasi wytwórcy powinni być bardziej kreatywni zarówno w propagowaniu swoich wyrobów, jak i w likwidacji barier, jakie stanowią m.in. luki w prawodawstwie i nie przygotowana do regionalnego boomu obsługa weterynaryjna.

    - Słyszałam takie stwierdzenia, że polskie rolnictwo ma szansę na to, by stać się liderem ekologicznego rolnictwa w Europie...
    - Nie sądzę by mogło to nastąpić w najbliższym czasie. Takie stwierdzenie brzmi jak żart. Zapewne wzięło się stąd, że w statystykach przybywa ekogospodarstw, ale powstały one głównie po to, aby rolnicy mogli otrzymać wyższe unijne dopłaty. Należące do nich łąki spełniają więc określone wymagania, ale nie pasą się na nich zwierzęta domowe. Nie wyprzedzimy Włochów i Niemców, jednak gołym okiem widać, że mamy atuty gospodarcze, jakim jest bioróżnorodność upraw w obrębie jednego gospodarstwa i wielki ruch wśród tzw. ekologiczności niecertyfikowanej. Posiadacze ogrodów przydomowych zaczynają uprawiać warzywa, hodować kury. Impuls ku temu dały wysokie ceny jaj na przedwiośniu.

    - Jakie sposoby na pozyskanie zdrowych, tanich warzyw mają ci, którym bliskie są idee stowarzyszenia?
    - Jednym z nich jest internetowa "skrzynka warzyw", które można zamówić wprost od producenta. Myślę że naśladowcami tej akcji powinni być działkowicze, którzy mogliby sprzedawać naddatki swoich plonów. Takie ogrody to prawdziwy polski fenomen, obecny w każdym mieście, więc należałoby wykorzystać jego atuty nie tylko w celach rekreacyjnych.

    Czytaj treści premium w Nowej Trybunie Opolskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Forum tylko dla zalogowanych.

    Załóż konto / Zaloguj się

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Warto zobaczyć

    Wideo