Sprzedawcy boją się zakażenia koronawirusem. Na Opolszczyźnie część personelu już korzysta ze zwolnień chorobowych i urlopów

Edyta Hanszke
Edyta Hanszke
Po wielkich zakupach w ubiegłym tygodniu uzupełniamy towar - mówi Zuzanna Krawiec.
Po wielkich zakupach w ubiegłym tygodniu uzupełniamy towar - mówi Zuzanna Krawiec. Edyta Hanszke
Większość chwali klientów za zdyscyplinowanie, ale - mimo wprowadzanych w sklepach zabezpieczeń - boją się, że przy tak częstym kontakcie z nieznajomymi osobami załapią koronawirusa.

Na drzwiach małych sklepów kartki z prośbami, żeby do środka nie wchodziły więcej niż dwie, trzy osoby. Na wejściach do marketów - apele, żeby utrzymywać bezpieczne odległości i zachowywać zasady higieny. W środku - prośby o płacenie kartą i używanie foliowych rękawiczek do produktów do samodzielnego nałożenia. Pieczywo popakowane w worki.

- Nasi klienci są zdyscyplinowani. Zanim zdążyłyśmy wywiesić informację na drzwiach, sami wyczekiwali przed wejściem, żeby w środku nie było tłoku - mówi Zuzanna Krawiec, ekspedientka ze sklepu Charciarek na opolskiej Malince. Na brak klientów pani Zuzanna w poniedziałek nie narzekała, ale - jak zauważyła - trudno jest zrobić duże zapasy pieczywa, a przy okazji kupić co niego do chleba.

Po ubiegłotygodniowym szale zakupowym właśnie dowieziono nowe partie produktów. - Drożdży nie ma - zapowiada od progu dostawca.

Drożdże, spirytus i żele antybakteryjne - to obecnie towary deficytowe. Drożdże, ponoć dlatego, że ludzie, w obawie przed całkowitym zamknięciem, planowali piec chleby w domu.

- Dziś towaru mamy pełno, co kto sobie zażyczy, ale klientów jak na lekarstwo - ocenia ekspedientka ze stoiska mięsnego w markecie w centrum Opola. - Podczas gdy od zeszłej środy do soboty zamawiałam tyle mięsa, co przed świętami, a już w południe nie było czym handlować - wspomina.

Szturmujący sklepy tłum budził strach u obsługi sklepów, brak klienteli rodzi obawy u ich właścicieli.

- Boimy się, żeby się nie zarazić. Mamy rękawiczki i płyn do dezynfekcji, ale to za mało. O podwyżce za pracę w tak trudnych warunkach szef nie chce słyszeć - opowiada nam młoda kobieta z małego sklepu na osiedlu. - Jeśli liczba zachorowań będzie gwałtownie rosła, to nie wiem, czy będę przychodziła do pracy. Nie chcę narażać siebie i bliskich.

Część personelu już korzysta ze świadczeń na opiekę nad młodszymi dziećmi, zwolnień chorobowych i urlopów. Dariusz Cieciński prowadzący sklep Bazzar w Opolu właśnie szuka pracowników do uzupełnienia składu. - Mamy po dwie pracownice na zmianie plus kierowniczki. Nie są w stanie wykonać wszystkich prac, np. odbierać towaru - mówi.

Rudolf Rygol, właściciel 16 sklepów Tomi Markt w regionie, w których pracuje ok. 300 osób, szacuje, że ok. 1/4 załogi jest wyłączona z powodu koronawirusa. - Staramy się dbać o ludzi, ale boją się. My też. Zamówiłem przegrody z pleksy oddzielające sprzedawców od klientów. To chyba lepsze niż ochraniacze na głowę - analizuje.

Roman Kozieł, prezes Zarządu Stowarzyszenia Handlowców Ziemi Opolskiej „Unia”, zauważa, że rząd wysłał część pracujących osób do domów, zapewnia, że jedzenia nie zabraknie, ale zapomina, że musi je mieć kto dostarczyć i sprzedać. - Handlowcy, kierowcy, magazynierzy, cała logistyka, a w końcu, może najważniejsi, w całym łańcuchu - sprzedawcy, muszą pozostać na swoich stanowiskach pracy. Tym osobom należą się specjalne podziękowania i wsparcie w dalszej pracy - ocenia prezes Kozieł

od 12 lat
Wideo

Protest w obronie Parku Śląskiego i drzew w Chorzowie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na nto.pl Nowa Trybuna Opolska