Straszyli nas karabinami maszynowymi i wywózką na Syberię, ale wygraliśmy!

Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda
W nocy z 12 na 13 grudnia milicjanci kłamstwem wywabili z domu Bożenę Paliwodę-Olszewską. Fot. Paweł Stauffer
Bożena Paliwoda-Olszewska, Lucyna Kusyk i Andrzej Tomczyk mieli odwagę w 1980 roku powiedzieć komunistom „nie”. Przeciw takim jak oni skierowany był stan wojenny. Po 34 latach pamiętają go, jakby był wczoraj.

Dla Bożeny Paliwody-Olszewskiej stan wojenny 1981 roku zaczął się dzwonkiem do drzwi i kłamstwem. Była noc z 12 na 13 grudnia.

- Drzwi funkcjonariuszom po cywilnemu otwarła mama - wspomina pani Bożena. - Nie mówili nic o generale ani o dekrecie o stanie wojennym. Powiedzieli, że spaliła się szkoła w Jełowej, gdzie wtedy pracowałam, a oni złapali jakichś miejscowych chłopaków i mam jechać na konfrontację. Poszłam, nie myśląc o tym, że część nauczycieli mieszka w Jełowej, więc jazda po mnie do Opola jest bez sensu. Przed klatką stała milicyjna suka, która nie zawiozła mnie do Jełowej, tylko Komendy Wojewódzkiej MO.

Tam pani Bożena (dziś nauczycielka historii w liceum) po raz pierwszy usłyszała i zobaczyła na piśmie zarzut: działanie na szkodę socjalistycznej PRL. Na dole dokumentu słowa: stan wojenny. Były szokiem.

- Zamykana w podziemiach komendy nie pytałam, jaka wojna ani z kim - wspomina. - Zrewidowano nas, pobrano odciski palców i zrobiono zdjęcia, jak bandytom. Tam usłyszałam, że Ruscy się z nami rozprawią. Pójdziemy na rozwałkę. Trafiłam do malutkiej dwuosobowej celi, w której pudła z desek zastępowały łóżka. Z zastaną tam dziewczyną spekulujemy, że jednak nas wypuszczą. Najdalej we wtorek.

W poniedziałek po południu Bożena - wraz z innymi działaczami „S” pod bronią maszynową zostaje wyprowadzona do więziennej karetki. Strażnicy straszą, że to początek drogi na Syberię. W rzeczywistości trafiają o wiele bliżej - do aresztu na Sądową w Opolu. Kobiety zajmują 13-osobową, dramatycznie zimną, celę z grającym na ścianie kukuruźnikiem. Z niego dowiadują się o masakrze górników z „Wujka”.

- Esbek, który mnie przesłuchiwał, wciskał mi do ręki amerykańską wizę - mówi Bożena Olszewska. - Na przemian straszył i pouczał, że komuna się nigdy nie skończy, więc nie mam w Polsce nic do szukania.

- Ja tu zostanę - odpowiedziałam - i doczekam, kiedy ty będziesz odpowiadał za to, że ja tu siedzę. Roześmiał się ostentacyjnie.

Te wspomnienia pochodzą nie tylko z pamięci. Bożena ma przed sobą kilkanaście kart zapisanych ciasnym odręcznym pismem. Kiedy w Wigilię o 17.00 zwalniano ją do domu notatki z internowania wyniosła w majtkach.

Do więzienia Bożenę Olszewską zawiodła działalność w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów (była jego wiceprzewodniczącą). Drukowali poza cenzurą pismo „Aneks”, wydawali m.in. „Zarys historii PRL” Natalii Naruszewicz (pod tym pseudonimem ukrywał się lider KPN Leszek Moczulski, ten sam, który skrót PZPR rozwinął jako „Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji”) i „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego - opowieść o życiu w sowieckich łagrach. W NZS działała biblioteka druków nielegalnych. W stanie wojennym została tak starannie zakopana w nocy pod jakąś kapliczką za Nysą, że do dziś nie udało się jej znaleźć.

- Na matrycę strony w drewnianej ramce kładło się rajstopy, smarowało farbą drukarską i wałkiem do ciasta odbijało się druk na papierze.

Każdy taki druk nie dość, że był próbą obalenia ustroju siłą, to godził w sojusze. W „noc generała” Bożena została więc internowana.
- W któryś wieczór pod aresztem na Sądowej usłyszeliśmy gromki śpiew: hymn, „Rotę”, „Boże, coś Polskę” - wspomina. - Natychmiast pobiegłyśmy do okien aresztu z myślą: Jezus Maria, demonstracja pod więzieniem. Chciałam krzyczeć: Idźcie stąd, bo was zabiją. Któraś z nas błagała: Nie strzelajcie do nich. Dopiero po czasie zorientowałyśmy się, że śpiew nie płynie z ulicy, tylko - odbity od więziennego muru - z wnętrza. To śpiewali nasi chłopcy w celach przy otwartych oknach. Za chwilę w miasto poniósł się okrzyk: Solidarność, solidarność.

Więzienie niosło przykre doświadczenia i pociechy. Esbecy próbowali szczuć jednych zatrzymanych na drugich, że iksińska czy igrekowska donosi. Świetnie spisują się więźniowie kryminalni. Dostarczają politycznym grypsy, choć wraz z ich przybyciem kryminalnym odebrano widzenia i inne przywileje.

Do internowanych docierały wieści o godzinnym strajku solidarnościowym w Paryżu i o kolejce w warzywniaku, która się rozstąpiła, gdy mąż jednej z zatrzymanych powiedział, że potrzebne są jabłka dla internowanych.

Andrzeja Tomczyka z Namysłowa właśnie stan wojenny uczynił prawdziwym działaczem „Solidarności”.

- Wcześniej byłem wolnym strzelcem. Traktowałem „S” jako ruch społeczny, bez wchodzenia w struktury - przyznaje - pomagałem w kolportażu ulotek. Miałem przyjacielskie kontakty we Wrocławiu i stamtąd tę bibułę przywoziłem.

Krótko po 13 grudnia Tomczyk dostaje propozycję wejścia w struktury konspiracyjnej „S”. Po naradzie z żoną i tygodniowym namyśle - niebezpieczeństwo utraty pracy, uwięzienia, przymusowej emigracji, nawet śmierci było realne - decyduje się wziąć udział. Przysięgę na krzyż i Pismo Święte odbiera od niego Lech Stefan, członek zarządu RKS Dolny Śląsk.

Ulotki w Namysłowie i okolicy rozrzucał nadal (ludzie bali się je brać bezpośrednio z ręki do ręki). Największą akcją, w jakiej uczestniczył, był ślub Marii i Józefa Piniorów. Pinior był przewodniczącym KRS na Dolnym Śląsku. To on podjął z konta „S” 80 mln zł, co 30 lat później utrwalił w głośnym filmie Waldemar Krzystek.
- Młodą parę przywieziono do mnie do mieszkania w bloku 18 marca 1983. Na drugi dzień odbył się ślub w kościele Piotra i Pawła - opowiada pan Andrzej. - Ja odbierałem gości i przywoziłem do kościoła. - To, co ksiądz Aleksander Matyka zrobił, było przestępstwem zagrożonym więzieniem: Piniorowie nie mieli ślubu cywilnego, a dostali - za zgodą biskupa - kościelny. Wśród gości był Eugeniusz Szumiejko, członek Tymczasowej Komisji Krajowej. Konspiracja była więc tak głęboka, że ani wikary, który grał na organach, ani ministrant służący do mszy nie wiedzieli, czyj to ślub. Wtedy w Namysłowie wiedziały to tylko trzy osoby: ks. prałat, jego gospodyni i ja.

Wesele odbyło się w domu u Tomczyków. Pan Andrzej uprzedził sąsiadów, że organizuje spotkanie kolegów ze studiów. Tańców nie było, musiały wystarczyć rozmowy. Noc poślubną nowożeńcy spędzili na plebanii.

- Na drugi dzień goście wyjeżdżali - wspomina pan Tomczyk. - Gienek Szumiejko zapomniał o kierunkowskazie i natknął się na milicjanta. Ten na szczęście nie spodziewał się tej rangi działacza „S” w Namysłowie, więc nawet mandatu nie zapłacił, nie mówiąc o aresztowaniu.

Andrzej Tomczyk zabezpieczał także logistycznie spotkania Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej „S”, która dwa razy obradowała w Namysłowie. Za pierwszym razem mieszkania użyczył były akowiec, Stanisław Jackiewicz. Lokal był dobry, bo duży. W dodatku naprzeciw mieszkał esbek, nikt się tam konspiratorów nie spodziewał. Ale na wszelki wypadek gospodarz zdjął siatkę z ogrodzenia za domem, by łatwiej było uciekać w razie wpadki. Kartkę z autografami uczestników tamtego spotkania pan Andrzej przechowuje do dziś.

- Jan Krzysztof Bielecki, przyszły premier, przyjechał białym mercedesem, ledwo go w garażu zmieściłem, Zbyszek Bujak, z doklejonymi wąsami i brodą, dotarł pociągiem. W drodze z dworca nikt go na szczęście nie rozpoznał. Pierwszy raz obradowali od 31 października do 2 listopada 1983. Ks. prałat odprawił dla nich w domu mszę. Tu w Namysłowie po raz pierwszy „Solidarność” przyjęła stanowisko,że socjalizm jest niereformowalny. Kolejne posiedzenie odbyło się rok później na probostwie. Z okna od podwórza zwisała gruba lina na wypadek ucieczki.

Na plebanii w Namysłowie spotykał się z władzami dolnośląskiej „S” kardynał Henryk Gulbinowicz. Pretekstem do przyjazdu i oficjalnego pobytu na plebanii było poświęcenie a to monstrancji, a to obrazu. Kardynał uczestniczył w kolacji z wszystkimi, ale po jakimś czasie chciał się zwykle odświeżyć. Proboszcz prowadził go na górę, a tam już czekali związkowi konspiratorzy.
- Do naszego dorobku w stanie wojennym należą też Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej - dodaje z pewną dumą Andrzej Tomczyk. - Namysłów był pierwszym miastem powiatowym w Polsce, gdzie takie spotkania - z udziałem tuzów kultury polskiej - odbywały się już od 1985 roku.

Lucyna Kusyk, dziś pracownik rektoratu UO, w czasach pierwszej „Solidarności” nie była jej działaczką, tylko etatowym pracownikiem Zarządu Regionu. Noc stanu wojennego zastała ją w podróży. Była przekonana, że to jej mąż, Edward Żuraw, zostanie internowany.

- Kiedy przyjechałam do domu, okazało się, że owszem smutni byli, ale nie po niego, tylko po mnie - opowiada. - Zostawili wezwanie na milicję. Zastanawiałam się, co robić. Nie mieliśmy wyobrażenia, co stanie się z tymi, których zatrzymano. Może po 48 godzinach wypuszczą? Z kimś rozmawiałam, może nawet ze Stanisławem Jałowieckim, który się ukrywał. W każdym razie poradzono mi, żebym na tę milicję poszła, bo bez końca skutecznie się ukrywać nie sposób. W poniedziałek z siateczką z bielizną i przyborami na 48 godzin, w pożyczonym od siostry płaszczu - nie miała go przez całą zimę - zgłosiłam się w Komendzie Wojewódzkiej.

Lojalki nie podpisała. Nawet nie dlatego, że była taką świadomą bojowniczką. Zwyczajnie nie spodobał się jej zwrot: Zaprzestanę działalności wymierzonej przeciwko państwu.

- Przecież ja takiej działalności nie prowadziłam - mówi. - Odezwała się we mnie rogata dusza. Jak zawsze, gdy mnie chcą do czegoś zmusić. Więc chciałam napisać po swojemu. Nie pozwolili. To panią zamkniemy, mówią. Jestem przygotowana, odpowiadam. Decyzję o internowaniu dostałam do ręki do kilku dniach, z datą 12 grudnia. Zrozumiałam, że pewnie nie puszczono by mnie, nawet gdybym lojalkę dwa dni później podpisała.
Pani Lucyna przeszła przez tę samą 13-osobową, lodowatą celę na Sądowej, w której siedziała Bożena Olszewska.

- Na początku stycznia 1982 zawieźli te z nas, które w niej zostały, do Wrocławia. Na drogę dostałyśmy bochenek chleba w całości, trochę suchej zbożowej kawy i odrobinę cukru. Stamtąd trafiłyśmy do Gołdapi - wspomina. - Już we Wrocławiu dotknęłyśmy innego świata. Dziewczyny nie siedziały w zamkniętych celach. Mogły się odwiedzać i były bardzo bojowo nastawione.

Do Gołdapi jechały dwoma autokarami z napisami „Wycieczka”, eskortowanymi przez milicyjne suki. Zakwaterowano je w dwupiętrowym ośrodku Radiokomitetu. W porównaniu z aresztem był tu luksus: pościel, normalne, a nie blaszane naczynia i pokoje kilkuosobowe, bez krat. Ale euforia trwała chwilę. Wychodzić można było tylko na taras. Parę osób miało prawo „do spaceru po miękkim podłożu”.

- Byłyśmy zamknięte. Pobyt nie był fajny, choć miał fajne momenty. Było nas ponad 230 osób - opowiada pani Lucyna. - Prowadziłyśmy dla siebie nawzajem kursy językowe i zajęcia z różnych dziedzin wiedzy. Szkoliłyśmy się też z tego, co mówić i czego nie mówić. Już się nie bałyśmy gadania esbeków, że posiedzimy aż nam włosy wypadną. Propaganda próbowała wmówić mieszkańcom miejscowości, że przetrzymuje z przeproszeniem jakieś kur... Ale miejscowy ksiądz pracował nad nimi i na Wielkanoc przyniósł nam pisanki i inne dary przez nich przygotowane. Odprawiał na bilardowym stole msze i przenosił grypsy, bo jego nie kontrolowano.

- Ale to nie była sielanka - dodaje. - Ja byłam w tej luksusowej sytuacji, że nie mieliśmy z mężem dzieci. Nie można mnie było straszyć, że trafią do domu dziecka. To była dla dziewczyn potężna presja. Część z nich szła dobrowolnie pracować do kuchni, żeby odpędzić złe myśli.
Szybko okazało się, że władze traktują Gołdap jako swoisty obóz wzorcowy i zwożą telewizje z różnych stron świata i wizytatorów Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.

- Kiedy przyjechała polska telewizja, po prostu nie wyszłyśmy - wspomina Lucyna Kusyk. - Na spotkanie z Czerwonym Krzyżem kazano iść wszystkim. Bardzo nam zależało, by naruszyć ten obraz, który forsowały władze: opozycjonistki są tu na wczasach. Same ostrzygłyśmy się prawie na zero.

Na wolność pani Lucyna wyszła w ostatnich dniach kwietnia. Ośrodek całkiem opustoszał 22 lipca.

- Na powrót przyszyłyśmy sobie do ubrań plakietki, że byłyśmy internowane od do - opowiada pani Lucyna. - To powodowało u podróżnych w pociągu raczej dystans niż sympatię.

Bohaterów tych trzech różnych solidarnościowych opowieści łączy wspólne przeświadczenie: warto było. Komuna nie upadła sama. Ten mur musiał ktoś przewrócić. Mają świadomość i - starannie skrywaną - satysfakcję, że mają w tym swój udział. Po latach już im nie doskwiera, że nawet wtedy nie wszyscy rozumieli ich zaangażowanie.

Pytamy, co bojownicy pierwszej „Solidarności”myśleli o stanie wojennym wtedy? Co myślą dzisiaj?

- Wtedy wierzyłam, że Sowieci wejdą, ale że zrobią to na życzenie Jaruzelskiego, nie z własnej woli - przyznaje Bożena Olszewska. - Sugerowali to zresztą esbecy. Straszyli, że obóz w Gołdapi jest stacją przesiadkową na Syberię. Nigdy nie wybaczę Jaruzelskiemu stanu wojennego. Nie mogłam pojąć, tak naprawdę do dziś nie mogę, że zrobił to człowiek wychowany w ziemiańskiej rodzinie, w dodatku ciężko doświadczonej przez Ruskich. Jak mógł sprzedać siebie i sprzedać Polskę? Opóźnił wprowadzenie demokracji. Dlatego napisałam protest przeciwko grzebaniu go na Powązkach. Dla mnie wolna Polska zaczyna się dopiero wtedy, gdy Jaruzelski przestał być prezydentem i zastąpił go Lech Wałęsa.

- Może komuś 13 grudnia 1981 kojarzy się z tym, że „Teleranka” nie było. Dla mnie to był zamach na rodzącą się demokrację w Polsce. Generała nie usprawiedliwiam. Dziś już wiadomo, że zagrożenia z zewnątrz, ze strony Rosjan, nie było. On bronił komunizmu. Był wszechwładny, a to znaczy, że mógł także reformować Polskę, a zatrzymał ją na dziesięć lat. Dlatego „Solidarność” z nim walczyła. Czy warto było? Udało się. Po stanie wojennym przyszedł rok 1989 i mamy tak, jak mamy. Ale nie do końca jest to taka Polska, o jakiej marzyliśmy, spotykając się potajemnie jeszcze przed 1980 rokiem - mówi Andrzej Tomczyk.

- Jestem rozgoryczona i rozczarowana tym, że nie tylko generał lubił władzę - mówi Lucyna Kusyk. - Okazuje się, że inni rządzący też lubili i lubią. Kiedyś Jan Paweł II w Gdańsku uczył, że „Solidarność” to zawsze jeden i drugi razem. Nigdy jeden przeciw drugiemu. Czasem myślę, że żaden ze współczesnych polityków w Polsce na tej mszy nie był i tych papieskich słów nie słyszał.
Wystawa w Namysłowie

W Namysłowskim Ośrodku Kultury można oglądać wystawę autorstwa Andrzeja Tomczyka, jednego z bohaterów tego reportażu, dokumentującą stan wojenny i działalność demokratycznej opozycji.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3