Strażacy z Kuniowa - najlepsza straż ochotnicza na Opolszczyźnie

fot. Helena Wieloch
Werner Niksdorf - strażoholik. fot. Helena Wieloch
Strażacy z Kuniowa z wyników plebiscytu nto cieszą się podwójnie. Są najlepszą ochotniczą drużyną w województwie, a ich naczelnik Werner Niksdorf - strażakiem ochotnikiem roku. Dziś wręczenie nagród w Opolu.

Naczelnik związał się kuniowską strażą równo 52 lata temu. Jego dziadek był strażakiem, ale zmarł zbyt wcześnie, żeby zarazić bakcylem wnuka. - Zgłosiłem się sam, nikt mnie nie namawiał - wspomina.

Miał wtedy 15 lat. Podobały mu się czerwone wozy, galowe mundury. Przyjęli go do drużyny młodzieżowej. A po powrocie z wojska mógł już jeździć do pożarów.
Służba w OSP wciągała (był też strażakiem na kolei). Adrenaliny miał momentami aż nadto. Nie zapomni widoku dziecka w oknie płonącego budynku, kiedy wydawało się, że wszyscy zostali stamtąd ewakuowani. - Na szczęście udało się dzieciaka uratować - wspomina.

Nie zapomni też katastrofy kolejowej pod Bąkowem. Wyciągali z kolegami zabitych, rannych. Wcześniej takie widoki znał tylko z telewizji. Dochodził do siebie kilka dni. Ale się nie zniechęcił. - Taka służba - kwituje.

Naczelnik jest jak ojciec

Do tej służby wciągnął całą rodzinę. Dwaj jego bracia, Hubert i Józef, niemal w tym samym czasie co on wstąpili do kuniowskiej OSP. Starszy Hubert nieco wcześniej od Wernera. Jego pięciu synów od dziecka więcej czasu spędzało w remizie niż w piaskownicy.

- Jak mi żona chłopaków pod opieką zostawiała, to ich ze sobą do straży zabierałem, bo zawsze tam było coś do roboty. Bawili się, przyglądali jak pracujemy... - mówi naczelnik.

I efekt jest taki, że dziś w kuniowskiej straży jest cała piątka Niksdorfów (razem z Wernerem i jego braćmi - ósemka). - To znaczy najmłodszy gimnazjalista czeka na przyjęcie do młodzieżówki, ale to tylko kwestia czasu - prostuje naczelnik Niksdorf.
Tata nikomu nie daje forów, wszystkich traktuje tak samo. I dla wszystkich jest jak ojciec. Pochwali, jak jest za co, i postawi do pionu, jak potrzeba. A przede wszystkim dużo wymaga od siebie.

- My mu w stu procentach ufamy i on ufa nam - mówi Krzysztof Brzoska, prezes OSP. - Zresztą to, że jest naczelnikiem trzecią kadencję o czymś świadczy.
To między innymi dzięki niemu kuniowska straż istnieje. Kiedy kilkanaście lat temu szeregi stopniały, sporo druhów wyjechało, najstarsi poumierali, a następców brakowało, to właśnie Niksdorf razem z Waldemarem Drapaczem sprawili, że straż znowu zaczęła żyć. I to jak!

Kiedy został pierwszy raz wybrany naczelnikiem, straż miała dwa garaże. Sprzęt ledwie się mieścił. Było ciasno. Dzisiaj remiza ma cztery garaże. A w nich bardzo dobry, choć nie najmłodszy, sprzęt. Dyżurkę, świetlicę, internet, nawet kominek. - To wszystko zrobiliśmy własnymi rękami - pokazuje na strażnicę Werner Niksdorf. - Część pieniędzy dostaliśmy od gminy i rady sołeckiej. Bardzo dużo pomogli nam mieszkańcy. Chętnych do pracy nie brakowało.

Był 2005 rok. Strażacy pamiętają dzień rozpoczęcia rozbudowy, to było tuż po śmierci papieża. Spędzali tam prawie każdą wolną chwilę. Także Niksdorf. Przychodził codziennie.

Tylko trudniejsze prace, które wymagały zaangażowania fachowców, powierzyli firmie. Całą resztą, tynkowaniem, malowaniem itp. zajęli się sami. - Pod okiem strażaka Henryka Kansego i jego ojca - podkreśla wkład dwóch głównych budowniczych Werner Niksdorf - udało się nam zrobić to, co teraz mamy.
Jego najmilsze wspomnienie? - Jak skończyła się rozbudowa, powstawialiśmy auta, otworzyliśmy garaże, staliśmy na placu do pierwszej w nocy i patrzyliśmy z niedowierzeniem - odpowiada bez wahania. - To był piękny widok.

Robota pali się w rękach

Werner Niksdorf - strażoholik.
(fot. fot. Helena Wieloch)

Uzależnionych od pracy nazywają pracoholikami. A jak nazwać uzależnionych od straży? Tak właśnie jest ze strażakami z Kuniowa. W wyremontowanej, przestronnej strażnicy są codziennie, i nawet jak się nie pali, to robota pali im się w rękach.
- Lubimy tak spędzać czas - mówi 20-letni Dawid Drapacz, czwarte pokolenie rodziny Drapaczów w OSP Kuniów. Mówi o sobie, że wychował się kasku.

- Mama nawet na mnie psioczy, że domowe obowiązki zaniedbuję - uśmiecha się. - Mam tu przyjaciół i ciągle się coś dzieje.

Jak nie robią kominka w strażnicy, żeby oszczędzić na ogrzewaniu, to znów jadą komuś pomóc przy usuwaniu gałęzi albo ochraniać jakąś imprezę. Tak było od lat.
Nie lubią bezczynności. Zwykły zbiornik koło strażnicy zamienili w staw z wodnymi liliami. Teraz to wizytówka wsi. I są do dyspozycji mieszkańców na każde zawołanie.

To obecnie najlepsza jednostka straży w gminie. 67 członków, 45 czynnych, 12 dziewcząt w drużynie żeńskiej. Jako jedyna w gminie kuniowska OSP ma sprzęt do ratownictwa technicznego i jest wzywana do wypadków. Jako jedyna w gminie jest w krajowym systemie ratownictwa gaśniczego, co oznacza, że mogą być wysłani do akcji w dowolnym miejscu w Polsce. To zobowiązuje.

- Rocznie mamy 200 wyjazdów na akcję - wylicza Krzysztof Brzoska, prezes kuniowskiej OSP.

O strażakach z Kuniowa można powiedzieć, że są prawie jak straż zawodowa. Z tym, że tu prawie nie robi żadnej różnicy.
- Są w pełnej gotowości, ale nie tylko na sygnał syreny, jak trzeba coś dla wioski zrobić, też - mówią ludzie w wiosce.

Zamiast powiesić mundur na haku i czekać do następnej akcji, w wolnych chwilach zarabiają pieniądze, bo w wyremontowanej strażnicy zawsze jest jeszcze coś do zrobienia.

- Dzięki temu, że mamy auto z drabiną, możemy wynajmować się do ścinki drzew, usuwania wystających konarów - mówią druhowie z Kuniowa. - I w ten sposób zamiast czekać aż ktoś nam da, sami zarabiamy na to, co chcemy w straży zrobić. Tak zapracowaliśmy na zakup kwatermistrzowskiego busa - chwali się Krzysztof Brzoska.

Zarabiają też, zabezpieczając imprezy masowe w mieście, na przykład Dni Kluczborka, czy mecze MKS-u, bo jako jedyna ochotnicza straż mają do tego uprawnienia.

- Ale często pomagają nam w weekendy, także za dziękuję, kiedy mogliby spokojnie odpoczywać z rodzinami - mówi Jarosław Kielar, burmistrz Kluczborka. - Wiem, że zawsze możemy na nich liczyć.

- Liczyć może na nas cała wieś, jak trzeba pomóc - zawsze jesteśmy - mówi Waldek Steinberg, kierowca z OSP.

- Ludzie to docenili i to dzięki mieszkańcom Kuniowa i wszystkim, którzy na nas głosowali udało nam się wygrać. Dziękujemy! - mówi Krzysztof Brzoska.

Jak zapracować na tytuł ochotniczej straży roku? - Trzeba mieć ochotę do pracy
- stwierdza Dawid Drapacz - i powołanie, czyli serce do tej służby. Tak jak my!

Tradycja zobowiązuje

Komenda Powiatowa Straży Pożarnej w Nysie... Jakie drzewo? W którym dokładnie miejscu? Już kogoś wysyłamy! - 37-letni Sylwester Łucki przyjmuje zgłoszenie na dyspozytorni. Pochyla się nad mapą, wciska jakieś guziki, wywołuje jednostkę przez radiostację...

Za oknem grzmi, wiatr zrywa czapki z głów. Z Opola w kierunku Nysy idzie burza. Łucki już wie, że przechodzi właśnie nad Korfantowem. Złamane drzewo spadło gdzieś na drogę, w innym miejscu jakieś zwarcie, pod Nysą coś się pali. On musi zadecydować, gdzie i kogo wysłać.

- Dwa wozy tam, nad jezioro wystarczy jeden - wydaje codzienne dyspozycje.
O Łuckim całkiem spokojnie powiedzieć można, że płynie w nim strażacka krew. Ojciec był strażakiem, ba! - komendantem i założycielem OSP w rodzinnej Łące pod Otmuchowem. Bracia Sylwestra też trochę strażakowali, zatem od kiedy sięga pamięcią, on sam też nie miał innego pomysłu na życie. Taka ich rodzinna przypadłość.

Dźwięk wiejskiej syreny wzywającej ochotników do akcji był dla niego prawie jak kołysanka. A w czasie gdy jego koledzy siedzieli w piaskownicy albo biegali za piłką, on z hełmem na głowie bawił się prądownicą, zasysaczem, wytwornicą, wężem albo jakimś innym strażackim ustrojstwem. Toteż nie pozostało mu nic innego, jak samemu wziąć za sikawkę i jeździć do płonących lasów. Tradycja zobowiązuje!
Jak rodzina jechała na strażackie zawody, a ja byłem za mały, żeby w nich startować, to był płacz i zgrzytanie zębów. Awanturę robiłem potężną, więc na otarcie łez pozwalali mi pilnować przyczepy i wydawać sprzęt - wspomina Sylwek. - Ależ byłem wtedy dumny i szczęśliwy...

Ale jak już skończył upragnione 12 lat, mógł zacząć biegać w zawodach. 6 lat później od razu po szkole wstąpił do OSP w rodzinnej Łące, a dwa lata potem został już zawodowym strażakiem w Nysie. Pierwszy wyjazd pamięta do dziś:
To była płonąca stodoła, którą udało nam się uratować. Spłonęła tylko słoma - wspomina.

Dzisiaj rozlicznych pożarów i akcji nie jest w stanie już zliczyć. W pamięci utkwiły tylko te najbardziej niebezpieczne, trudne i wstrząsające. W 1992 roku przez półtora miesiąca zmagał się z płonącymi hektarami lasów w Kuźni Raciborskiej, gdzie zginęło dwóch strażaków. Pamięta też powódź stulecia i zatopione Sielce dwa lata temu.

Ratowaliśmy stojące samotnie w oknie dzieciaki, bo rodzice zajęci byli wynoszeniem dobytku - wspomina. - Trzeba było mieć oczy dookoła głowy, bo z wodą żartów nie ma.

Z ogniem również. 15 lat temu w Szyszkowicach Łucki pojechał do płonącego budynku. Tam przeżył chwile grozy, bo strop się pod nim zawalił i wiele nie brakowało, a mógłby stracić życie. Na szczęście dowódca go uratował.
Zaczepiłem aparatem tlenowym i wisiałem tak kilka minut. Wydawało mi się, że trwało to całą wiecznosć - opowiada. - Różne myśli się kłębiły, włącznie z tymi najczarniejszymi. Ale nawet takie otarcie się o śmierć nie zniechęciło mnie do służby. Wręcz przeciwnie.

Rozlany na asfalcie olej? Uwięziony pasażer w aucie po wypadku? Płonący las, stodoła, powódź, gniazdo szerszeni? Proszę bardzo! Dwa razy Łuckiemu powtarzać nie trzeba, bo przecież każda akcja ratunkowa jest ważna. Żadnej nie wolno zbagatelizować.

Nawet miauczącemu na drzwie kotu nieszczęśnikowi nie odmówi pomocy.
Asertywności za grosz. Koledzy z pracy wiedzą, że z czymkolwiek zwrócą się do Sylwka, on ich nie zawiedzie. Cenią go i poważają, o czym świadczyć może choćby te tysiące głosów w strażackim plebiscycie. A sam komendant to nawet mówi o nim "lwie serce".

Łucki wychodzi bowiem z założenia, że co go nie zabije, to wzmocni. Powtarza zawsze, że strażak musi być odważny, wytrzymały oraz uczciwy. No i jeszcze czujny, zwarty i gotowy. On przynajmniej stara się takim być.

Strażacki kac moralny

- Jak syrena zawyje, nie ma zmiłuj się. Trzeba lecieć do pożaru - uśmiecha się. - To nie tylko praca, to przede wszystkim służba, misja. Z tym czymś, co gna nas do ognia, trzeba się chyba urodzić...

Co nie znaczy, że czasem nie ma dość. Zwłaszcza po jakiejś porażce, nieudanej akcji ratunkowej. Wówczas przychodzi żal i rozgoryczenie, czyli tzw. strażacki kac moralny. Ale w takich chwilach wspiera go małżonka, bo ona też w strażackim duchu wychowywana i udziału w zawodach nie odmówi. Tak jak dwójka ich dzieci
- Paweł i Asia.

Syn odgraża się już, że zostanie strażakiem, córka również. Tyle że ona zamierza podejść straż z innej strony. Na studia w tym kierunku się wybiera - mówi dumny ojciec, który sam obecnie przecież zasiada w fotelu dyspozytora komendy. No i z tej pozycji stara się ogarnąć wszelkie nieszczęścia i żywioły.

Nie zmienia to jednak faktu, że z ogniem walczy nadal. Bo oprócz pracy zawodowej ma przecież jeszcze czas wolny, który na cóż innego mógłby wykorzystać jak nie na strażakowanie w OSP w Łące? Albo jeszcze lepiej - szefowanie całej otmuchowskiej komendzie OSP. Do tego jest jeszcze gminnym radnym w Otmuchowie. A jak akurat ma chwilę wolną od wszelkich pożarniczych akcji, to lubi sobie gdzieś pojechać. No i pozwiedzać.
Najlepiej okoliczne... remizy.

To chyba taka choroba zawodowe - śmieje się. - Nie mogę się oprzeć, żeby nie zobaczyć, podejrzeć, jak w innych miastach czy państwach strażacy sobie radzą.
Bo Łucki to akurat radzi sobie świetnie. Za jego panowania w Otmuchowie udało się dwie jednostki - Łąkę i Wójcice - wprowadzić do krajowego systemu ratowniczego. A rzecz to nie byle jaka, bo do systemu dostać się ciężko.

Głównie o sprzęt i wyszkolenie chodzi - mówi Sylwester. - Staram się szkolić osobiście, a pieniądze na samochody i urządzenia zawsze skądś udaje się pozyskać.

W ciągu ostatnich 7 lat udało się wymienić osiem samochodów strażackich, wyposażyć jednostkę w pompę szlamową, piłę do drewna, agregat. A do tego nawiązać współpracę z czeskimi strażakami z Vidnavy oraz wziąć udział tudzież zorganizować dla straży i mieszkańców rozliczne ćwiczenia, szkolenia, rozrywki i festyny. No i spełnia szczenięce marzenia dzieciaków, które na organizowanych zabawach mogą potaplać się w pianie, wleźć do strażackiego samochodu, dotknąć, nacisnąć, włączyć i poczuć się przez chwilę tak, jak on sam czuł się 30 lat temu.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie