Ta rana nigdy się nie zagoi

Ewa Kosowska-Korniak
Stoją w oknie i wypatrują znajomej sylwetki. Czekają na charakterystyczny dźwięk dzwonka. Wiedzą, że na próżno, ale te przyzwyczajenia są silniejsze niż zdrowy rozsądek.

Gdy jadę autobusem i spoglądam na młodych, beztroskich ludzi, nawet gdy patrzę na małe dzieci w wózkach, to w myślach rozmawiam z nimi i powtarzam im jedno: "bądźcie zawsze zdrowe i dbajcie o siebie. Nie opuszczajcie swoich rodziców, bo oni sobie z tym nie poradzą" - opowiada Elżbieta Huptyś z Opola, która cztery lata temu pochowała ukochanego syna, 23-letniego Marcina. Ona bardzo długo nie mogła sobie poradzić.
- Gdyby nie lekarze, wiara w Boga i wsparcie, jakie dał mi mąż, nie wyszłabym z tego - dodaje, nie ukrywając, iż w pierwszą Wigilię bez Marcina próbowała odebrać sobie życie.
Każda rozmowa na temat dziecka to dla osieroconych rodziców rodzaj walki z samym sobą. "Nie będę płakać, opanuję się, będę silna". A łzy i tak momentalnie nabiegają do oczu.

- Wylałam morze łez. Nie ma dnia, ani godziny, żebym o niej nie myślała. Ona w każdej chwili jest przy mnie. Tak bardzo mi jej brakuje, tak strasznie za nią tęsknię - rozpacza mama, która pięć lat temu pochowała 25-letnią córkę. Rozmowa jest ponad jej siły.
Czas goi rany, mawiają przyjaciele i próbują ich pocieszać. Na próżno.
- Tej rany zagoić się nie da - kręci głową Stanisław Wojtasik z Ozimka, który dwa miesiące temu pochował 19-letniego syna. Ukrywa łzy przed drugim synem, przed swoją schorowaną matką, przed przyjaciółmi. Ale nie ma dnia, żeby nie płakał. Wychowywał Rafała samotnie, wykradł go swojej byłej żonie, którą sąd w końcu pozbawił praw rodzicielskich. Wychował go na wspaniałego młodego człowieka. Stracił w ostatnią sobotę wakacji.
- On był moim oczkiem w głowie, moją prawą ręką. Był całą moją nadzieją. Oddałbym wszystko co mam, żeby tylko do mnie wrócił.
Marcin studiował równocześnie na dwóch kierunkach, kończył politologię w Opolu i prawo w Poznaniu. Miał rozległą wiedzę i liczne zainteresowania. Wygrywał ogólnopolskie konkursy i olimpiady, próbował swoich sił w zawodzie dziennikarza, współpracując z redakcją "NTO". Znał niemal na wylot Biblię.
- Po jego śmierci zaczęłam studiować Pismo Święte, gdyż liczyłam, że z niego dowiem się, gdzie jest teraz Marcin. Czy jest szczęśliwy? - zamyśla się pani Elżbieta. - Wiem, że jest szczęśliwy, jest w niebie. Ale ciągle nie opuszcza mnie pytanie co by było, gdyby żył? To pytanie będę sobie zadawać do końca życia.

Gdyby Marcin żył, nie musiałbym na pewno pracować na dwóch etatach - zauważa tata Marcina.
- On wygrywałby dla nas wszystkich duże pieniądze w "Milionerach" i innych teleturniejach. Miał tak chłonny umysł i świetną pamięć, że mógłbym śmiało porównać jego rozum z domowym komputerem. Był omnibusem. Nigdy się nie uczył, tylko czytał i czytał. Pochłaniał książki. Wystarczyło, że raz coś przeczytał i już to pamiętał.
Odkąd w 1982 roku, na pierwszą komunię, dostał od wujka z Niemiec spectrum 16, komputer nie miał dla niego tajemnic, pisanie programów to był mały pryszcz, klawiaturę znał na pamięć, mógł pisać po ciemku. Był samoukiem. Sam nauczył się grać na organach, sam w wieku 4 lat nauczył się czytać. Tata czytał "Sport", a Marcinek podszedł i przeczytał tytuł "Liga ruszyła". Gdy miał 6 lat, zbadano mu iloraz inteligencji, wyszło 142 IQ.
- Pamiętam doskonale dzień, w którym się urodził - wspomina pani Elżbieta. - To były urodziny mojej mamy, czwartego lutego. Byłam wtedy najszczęśliwszą kobietą, miałam najpiękniejsze dziecko, wszystko było "naj". Dwa dni później dowiedziałam się, że Marcin musi mieć przetoczoną krew.

Transfuzje były dwie, wkrótce usłyszała, że dziecko ma w mózgu naczyniak, z którym będzie musiało żyć. Lekarze nie pozostawili jej cienia wątpliwości: "będzie żyło krótko". Od szóstego roku życia do dnia śmierci Marcin leczył się u doktora Życińskiego w klinice neurochirurgii w Katowicach Ligocie. Gdy był dziewięcioletnim szkrabem, pielęgniarki w szpitalu przyłapały go, jak grzebie w karcie informacyjnej. Chciał wiedzieć, co mu jest.
- Doktor Życiński powiedział nam, że Marcin jest zbyt inteligentnym dzieckiem, by przed nim ukrywać prawdę. Dlatego, gdy miał 9 lat, dowiedział się, że będzie żył krótko - wspominają rodzice.
- Żyj, na ile Ci życia wystarczy, żyj jak najlepiej - poradził dziecku lekarz i Marcin doskonale zapamiętał jego słowa. Dwa lata później - umierał. Naczyniak pękł. Lekarze w Opolu powiedzieli, że to koniec, dziecko zapadło w śpiączkę. Pani Elżbieta krzykiem zmusiła ich, by zapakowali syna do karetki i zawieźli do Katowic. Dziesięć minut po przyjeździe do kliniki był już na stole operacyjnym. Gdy zjawił się u rodziców, był wybudzony i uśmiechnięty.
Takich chwil niepewności, wyślizgiwania się śmierci i różnorakich operacji było w jego życiu więcej.
- Nigdy nie wierzyłam, że może młodo umrzeć. Widziałam w nim cudowne, normalne dziecko, dobrze się rozwijające, mające przed sobą świetną przyszłość. Nigdy nie dopuszczałam myśli o jego śmierci - mówi matka.

Rafał miał być dziewczynką. Stanisław miał już syna, czekał na narodziny córki. Był w pierwszej chwili lekko zawiedziony.
- Gdy tylko Rafałek zaczął chodzić i wszędzie go było pełno, był takim fajnym chłopaczkiem, że dziękowałem Bogu za syna - wspomina tata. - Zupełnie inny niż jego brat. Rafał miał dziewczęcą wrażliwość, był typem przylepy, tryskał energią. Był bardzo żywym dzieckiem.
Po rozwodzie dzieci zostały z mamą, czterysta kilometrów od Ozimka. Staszek wysyłał im pieniądze, gdy nagle dowiedział się, że idą one na zgoła odmienne cele, a dzieci są bardzo zaniedbane. Pojechał i zabrał do siebie starszego Roberta, Rafała żona nie chciała mu oddać. Trzy miesiące później, za wiedzą i przyzwoleniem swojego teścia i nauczycielek syna, wykradł chłopca ze szkoły i przywiózł do siebie. Rafał miał wtedy 9 lat. Wkrótce sąd oddał chłopców ojcu.
Staszek zaglądał Rafałowi do zeszytów, ale robił to pro forma. Wiedział, że dziecko jest pilne i dobrze się uczy. Rafał miał talent plastyczny. Ojciec wspomina, jak z kawałka tektury skleił wierną kopię nyski, gdyż takim autem wtedy jeździł.
- Widzisz, tatuś, mamy już dwie nyski - żartował.
Odkąd poszedł do technikum, stał się jego prawą ręką i zarazem - jego "kuchcią".
- Zaczynam pracę rano o 6.30. Rafał wstawał już o 5.30. Nie musiał, ale chciał - wspomina tata.
Robił ojcu herbatę, kanapki, a babci i bratu śniadanie. Gdy tata dzwonił, że musi zostać dłużej w pracy, pół godziny później w hucie "na bramie" czekał na niego syn z kanapkami. Rafał robił zakupy, sprzątał, dbał o dom. Gdy Staszek pracował w firmie dekarskiej, Rafał przez całe wakacje pracował razem z nim. Wszystkie zarobione pieniądze oddał tacie. - Musimy kupić własne mieszkanie - powiedział. Planował studia budowlane w Poznaniu.
- Miałem do niego pełne zaufanie, zrobiłem go współwłaścicielem swojego konta, Rafał robił wszystkie opłaty. Nie pił, nie palił, miał bardzo dobre oceny, świetnie znał angielski, przygotowywał się do olimpiady językowej, trenował koszykówkę. Z religii miał szóstkę. Ja wierzę w Boga, ale tak w 80 procentach, lecz jego wychowałem na głęboko wierzącego. Tego lata dwa razy pojechał rowerem na Jasną Górę...

Poranna sobotnia kąpiel. Pan Piotr poganiał Marcina, "szybciej, ja też chcę się wykąpać". To było 30 czerwca 1997 roku, trwały przygotowania do imprezy imieninowej. - Tata, ja się chyba źle czuję - odpowiedział z łazienki Marcin. Zaczął się paraliż prawej strony.
- To tylko lekki przykurcz - zignorowała obawy rodziców lekarka i przez czystą złośliwość wysłała na tomografię komputerową do Kędzierzyna-Koźla, choć w Opolu był sprawny tomograf. Stamtąd pojechał prosto do Katowic, a zważywszy na to, że miał w tym czasie wylew, przesiadki bardzo mu zaszkodziły.
Dwa dni później stracił przytomność.
- Ma jeden procent szans na wyzdrowienie - ostrzegali rodziców każdego dnia lekarze. Marcin odzyskał przytomność po 2 tygodniach. Zaczęła się rehabilitacja, wszystko zaczynało się układać. W tym czasie trwała powódź, więc rodzice zamieszkali na 2 miesiące w hotelu w Katowicach. Tyle czasu trwała walka o zdrowie Marcina. Zmarł 30 sierpnia.
- Był nieprzytomny, lekarze ostrzegali, że to nastąpi, ale ja nie mogłam uwierzyć - tamten dzień mama Marcina pamięta jak przez mgłę. Również kilka najbliższych dni i pogrzeb. Rodzice żyli wtedy jak w transie.

Kończył się sierpień. Rafał, jak zwykle pilny, kupił podręczniki. - Tatusiu, wiem, że były drogie, ale ja zarobię i ci oddam pieniądze - powiedział. Spakował plecak do szkoły.
- Tego dnia, 25 sierpnia, jak zwykle pomógł mi przy wszystkich pracach domowych, potem pojechał do Biestrzynnika, mówił, że nie będzie się kąpać. Nie wziął nawet ręcznika, Miał wrócić o dwudziestej - wspomina nieszczęśliwy ojciec
W Biestrzynniku jest dzikie kąpielisko. Staszkowi skóra ścierpła już o 20.30, gdyż Rafał był zawsze punktualny co do minuty, a gdy coś mu wypadło - natychmiast dzwonił. Mijała dziewiąta, dziesiąta, północ, a on nie wracał. Staszek nie spał całą noc, wczesnym rankiem pojechał go szukać. Pięć razy przechodził obok miejsca, gdzie leżał rower syna. Nie zauważył. Nie szukał roweru, szukał syna. Po południu pojechał nad wodę z dziećmi swojej przyjaciółki. To one znalazły na brzegu rzeczy Rafała.
- Zasłabłem. Wiedziałem już, że i Rafał tam jest - wspomina. - Momentalnie został przewieziony na pogotowie. Leżał pod kroplówkami do 1. w nocy. Przez najbliższe dni był na silnych lekach uspokajających. Nic nie pamięta. Płetwonurkowie wyłowili Rafała pięć metrów od brzegu, w miejscu, gdzie kończyła się woda sięgająca do pasa, a zaczynała głęboka na 5 metrów.
- Przez miesiąc nie spałem ani nie mogłem pracować. Ciągle myślę o Rafałku. Tak bardzo mi go brakuje - mówi Stanisław.

Kto tego nie przeżył, nie jest w stanie zrozumieć, co czują. W Opolu na Półwsi przy jednej z alejek spotykają się osieroceni rodzice. Blisko siebie znajdują się bowiem groby 23-letniego Marcina, 16-letniej Ani, 11-letniej Justynki.
- Między nami wytworzyła się bardzo silna więź - mówi Piotr Huptyś, ojciec Marcina.
- Rozmawiamy o swoich dzieciach, tworzymy taką grupę obustronnej pomocy. Dobrze się nawzajem rozumiemy, bo wszyscy przez to przeszliśmy.
Wszyscy szaleli z radości, gdy mamie Ani urodziło się kolejne dziecko. Żyli jej szczęściem. Tak jak w rodzinie.
- Nie czytam klepsydr, ale kiedy dowiaduję się, że gdzieś chowają młodego człowieka, mam ochotę podejść do rodziców, by im zaoferować swoją pomoc, powiedzieć, że wiem, co czują - dodaje żona pana Piotra.
Przez pierwsze trzy lata pani Elżbieta przychodziła na grób Marcina codziennie. Stała na cmentarzu po trzy, cztery godziny i rozmawiała z synem. Nie zauważała deszczu czy mrozu. Trzeba ją było stamtąd zabierać. Od roku odwiedza grób syna co drugi dzień.
- Idę do Marcina. Nigdy nie powiem, że idę na cmentarz, bo ja idę do syna, a nie na jego grób - wyjaśnia.
Tata Rafała, w przeciwieństwie do mamy Marcina, ucieka z cmentarza. Nie może patrzeć na tablicę z nazwiskiem swojego syna, odwraca wzrok. Wpada na grób, odgarnia liście, zapala znicz i odchodzi. Rafał miał kolegę, który rok temu zginął w wypadku samochodowym. Teraz groby młodych chłopców znajdują się blisko siebie. Ojcowie tu się spotykają.
- On jeden może mnie tak naprawdę zrozumieć, bo też stracił syna. Kiedy z nim rozmawiam, jest mi lżej. Ale potem każdy idzie w swoją stronę i znów jest ciężko - mówi Stanisław Wojtasik.
Brat Marcina po studiach zamieszkał w Warszawie, mąż dużo pracuje, więc pani Elżbieta większą część dnia spędza sama.
- Najbardziej brakuje mi dźwięku słowa "mama" i zwykłego przytulania - zwierza się. - Marcin był pieszczochem, co chwilę mnie obejmował, przytulił się. Teraz jestem sama.
Dopiero po śmierci Marcina rodzice "wyjęli" z komputera jego teksty: liczne piękne wiersze i głębokie przemyślenia. Z nich dowiedzieli się, że przeczuwał, iż jego życie dobiega końca. "Jestem skazany na powolną śmierć, oswoiłem się z tą myślą" - pisał. Z okazji zbliżającej się piątej rocznicy śmierci syna planują wydać jego poezje (część wierszy wydrukowały kiedyś "Wiadomości Literackie" z bardzo przychylną recenzją). Na razie z twórczości syna wybrali jeden cytat, który umieścili na pomniku. "Moje cierpienie nie jest dla innych, moja rozterka tylko do mnie należy".

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3